rss notki
mail
...
...
...

kolejne strony

tagi

27 grudnia 2009

poświątecznie

Święta, święta i po świętach.

Jeszcze wczoraj wieczorem układałam sobie w głowie zdanie, że napiszę coś w ten deseń
” … a na choince z mieszanki wedlowskiej zostały już tylko Nyguski zaś poza nimi wiszą same puste papierki”.
Ale dziś rano ojciec pewnikiem i te wypatroszył.
Ojciec… na pewno, choć się nie przyznaje, ale nie ma innej możliwości bo moje dzieci nie tkną zestawienia czekalodowo-owocowego. A Nyguski akurat są najpaskudniejsze, bo pod czekoladową polewą kryje się cytrynowa galaretka.

Taka to jedna z naszych tradycji, że choinki nie muszą być ładne ale powinny być smaczne.
A odkąd są też i ładne?

Konkretnie od czasu zorganizowania przez Nadbałtyckie Centrum Kultury – w którym przez jakiś czas pracował ojciec rodziny – wystawy bombek choinkowych.
I firma produkująca te bombki w rewanżu za reklamę obdarowała organizatorów wystawy szczodrze.
A bombki naprawdę śliczne, zazwyczaj takie figuratywne, zwierzątka, domki, aniołki, królewny i królowie, fasolki, orzeszki, koniki, rybki…choć z roku na rok coraz ich mniej… ale też choinka coraz mniejsza… na moje szczęście.
Wcześniej choiny braliśmy z kościoła św. Jana, zaraz przed Wigilią, kiedy już odsłużyły swoje przy ołtarzu.
I to naprawdę były choiny.
Nasze mieszkanie do niskich nie należy bo na dole jest 3, 5 metra do sufitu a mimo to choina świętojańska nie zawsze chciała się zmieścić.

Co ze świąt wyszło najlepiej?

Karkówka… nie jestem specjalnie uzdolniona kulinarnie, z domu przeszkolenia nie wyniosłam żadnego a do tego upodobania, a raczej nieupodobania, moich Miśków skutecznie udupiły wszelkie moje szanse na rozwój w tej dziedzinie… bo ile można upichcić wariacji na temat makaronu i filetów z kurczaka.
Bo już ziemniaki to jednak bleeeh… do tego dla Misia tłuczone piureee-e to bleeeeh niedopuszczalne, zaś dla Ptysia wręcz przeciwnie – te z wody w kawałkach nie przejdą nijak.
Uj… namiałam ja się z nimi.

Znalazłam niedawno fajny blog, chyba nigdzie go nie zabukowałam a szkoda. I tam matka dzieciom, już taka pani z doświadczeniem sporym w tym i w owym, opowiadała właśnie jak to wygląda wigilijny stół w ich wydaniu. Albo jak obchodziła urodziny jednego z dziatek w restauracji i kiedy sama konsumowała sobie wymyślne pyszności sam młodociany solenizant świętował swoje święto suchą bułką z wodą mineralną.
No… to u mnie podobnie było.
Z tym, że nas ratowały frytki… frytki… i nic poza tym. I Pepsi.

No i właśnie przez takie dziatki w pieczeniu pieczeni i pieczystych wprawy nie mam kompletnie i zawsze to jakieś takie łykowato suche mi wychodzi, choćbym nie wiem jak się nakombinowała.
A w tym roku właśnie karkówka pieczona wręcz rozpływała się w ustach.
Nie wiem na czym wist polegał bo przepis był – że tak powiem – wiązany… trochę tu zerknęłam do sieci trochę tam i tu tego wzięłam a tam tamtego … i normalnie palce lizać… jak masełko.
Trochę może za mało słona była w samym środku, bo bardzo duży kawałek chłop przywlekł z hali, ale taki był zgrabny i wszystko w nim było na swoim miejscu, że żal było mi dzielić to cudo na mniejsze cudeńka… no i do samego środka ta sól nie całkiem widocznie dotarła.

A zrobiłam tak:

Najpierw natarłam mięcho solidnie solą, pieprzem, majerankiem i zgniecionym czosnkiem. Potem jeszcze ponakłuwałam i powtykałam ząbki czosnku do środka, zawinęłam w folię i wsadziłam do lodówki.
I zapomniałam o niej.
Przypomniała mi się dopiero pierwszego dnia świąt… tak głęboko była upchana w lodówce pod resztą produktów.
I tym sposobem dwa dni tak się kisiła.
Obsmażyłam ja wtedy na bardzo gorącym tłuszczu na patelni, wstawiłam do takiego szklanego czegoś i właśnie wedle wskazówek jednego pana – sieciowego speca od garów,  do tego czegoś szklanego dolałam wody… tak do połowy mięska. Zakryłam folio-aluuu-u  i wstawiłam do piecyka. Tak na jakieś półtorej godziny do dwóch.
No pychota… jak masełko normalnie. To chyba przez tę wodę.
I tyla.

Nazbierało mi się sporo doświadczeń z zakresu radzenia sobie ze zgagą… i jedno powiem.
Skuteczna jest ta musztarda mniej więcej tak jak Rennie… ale ja musztardy mam już tak dosyć, że chyba do końca życia nie tknę.
Poza tym skuteczna jest tylko ta marki Daveley, a w naszym sklepie jest sarepska, tylko taka inna. Niemarkowa. I to chyba ta nędzna imitacja takie obrzydzenie we mnie zakodowała, że teraz żadnej innej już nie tknę z dożywociem bez możliwości apelacji.

Zaś teraz wyprawiam mego chłopa na dwa dni w świat i się zastanawiam.
Zastanawiam się nad losem tego bloga, bo prawda jest taka, że chyba źle przeliczyłam siły na zamiary i coraz więcej wysiłku mnie to kosztuje. Ciężko z siedzeniem… boli… nie to, że niewygodnie, ale boli… taki paskudny piekący skurcz w dole brzucha z lewego boku.
Chyba to jednak nie jest ciąża z rodzaju takich, co się je lekko przechodzi.
Bo to jeszcze dwa miesiące zostało a ja już coraz rzadziej i z większym wysiłkiem z łóżka się podnoszę. To chyba chodzi głównie o te dysproporcje między rozmiarami brzucha a kingsajzem reszty mojej osoby.

Ciężko jest serio serio i trochę łapię poczucie bezsensu takiego wysiłku… że niby po co to?
Skoro się  przy tym męczę.
Zaś z drugiej strony szkoda mi,bo jednak jakiś dorobek mi się wreszcie uzbierał, patologicznej delejtomance, jak to rzekł Kajtuś.
Muszę to wszystko dobrze przemyśleć a nuż-widelec znajdzie się jakieś rozwiązanie.


Edit:
O! znalazłam linka do bloga, o którym wspominam we wpisie. Konkretnie do tego wpisu wigilijnego. Trochę przeinaczyłam fakty, ale jak na moją dziurawą pamięć i tak mogło być gorzej. Fajny… bardzo fajny blog… dawno tak się nie uśmiałam. Polecam!

4godzinynadobe.blox.pl

kategoria notki blox — Tagi: , , , , , — jamatka @ 20:15

25 grudnia 2009

Ot jedna z historii, które podobnie się zaczynają

WSZYSTKIE JESTEŚMY MADONNAMI

Pier Paolo Pasolini – Vangelo secondo Matteo

2010 lat temu 24 grudnia pewna Maria urodziła małego Jezusa
dwadzieścia jeden lat lat temu 20 grudnia urodziłam mojego Misia.
Za dwa miesiące 24 lutego powinna na świat przyjść moja Kalinka… co z niej wyrośnie?
Podejrzewam, że raczej świętą nie zostanie.

Strasznie jestem z siebie dumna… i z niej i z Nas wszystkich.
Aż mi lżej ten brzuch teraz dźwigać…

kategoria notki dziennik fizooloficzny — Tagi: , , , , — jamatka @ 21:22

22 grudnia 2009

kwestia bigosu – ripley cykliczny

Nie ma żartów.
Sytuacja należy do tych krytycznych i muszę się zaopatrzyć koniecznie w jakieś zbijacze cukru.
Bo moja cukrzyca niestety ma podłoże … eee… psychosomatyczne.
Prosto mówiąc, jak się wkurwię to mi skacze.
Mocno.
Tak to spoko… może być i czekolada i inne tłuszcze…
Tylko wkurwów muszę unikać.
A robi się niebezpiecznie.

Wrócił pan domu do dom, a tradycja w domu taka, że to pan domu robi co roku bigos.
Bigos fajna rzecz, tylko że dzieci nie tkną go nawet kijem, więc zwykle my oboje pochłaniamy ten stulitrowy gar.
No i jak czasem nas kto nawiedzi.
Z bigosem fajna zabawa, jak ma się czas, bo to spore pole do popisów i kulinarnych fantazji… i w ogóle robi atmosferę.
Ino w tym roku z wąskiej grupy konsumentów bigosu odpadam jeszcze ja… przez cukrzycę i zgagę i w ogóle. Znajomi też się ostatnio przerzedzili… ciocia Lidzia np. ciocią już nie jest. Inni święta u rodziców święcą.
Zatem wychodzi na to, że w tym roku bigos będzie jadł tylko ten co se go sam uwarzy.
On se go sam warzy, owszem, ale kuchnia przy tym wygląda jakby sto diabłów w niej smołę gotowało i warzyciel tym ubocznym aspektem sztuki kulinarnej już się nie zajmuje.
A ja … świąteczna pomywaczka, jakoś półleżąca ostatnio się zrobiłam.

I wczoraj były pierwsze zbiorowe próby przemówienia ojcu do rozumu.

Jednak dziś rano widzę po jego przedświątecznym entuzjazmie, że się nie da.
Musi być sto litrów bigosu na święta, choćby się to potem miało wyrzucić, bo inaczej to co to za święta?

Zatem trzymajcie mnie ludzie bo nie wytrzymam!
Siostro, insulinę proszę, tylko migiem!

kategoria notki blox — Tagi: , , , — jamatka @ 10:38

dziennik

  • 6 września 2010dziś dostała jamatka w kość. Nie wiem co… ząbkowanie czy podniecenie po wczorajszym spacerze nad morze. Widok morza zatyka dziecku dech w piersi i wprawia w dziwne podniecenie, które jak widać nie mija przez dłuższy czas.Albo budzi się w Inoczce zwierze pt. Rozwydrzony Bachor.dzisiaj zaczęło się… dla chwili świętego spokoju dałam jej mojego różowego laptopika, bo Inoczka ma bzika na punkcie wszelkiej elektroniki, a szczególnie ma jazdę na klawiatury z wyświetlaczem.Poza tym problem nowy.Nie będzie pełzania, będzie od razu raczkowanie.Dziś twardo staje na czterech z brzuchem wysoko w górze. Staje i boi się ruszyć. Ni w tył ni do przodu.I wtedy krzyk.Poza tym nie chce już siedzieć o leżeniu nie mówiąc, tylko by stała i machała skrzydełkami.Ptasiek mi rośnie?
  • 5 września 2010eee… tego … jakoś skończyło mi się zacięcie do pisania dziennika. Za dużo spraw na głowie, poza tym nowości już nie są nowościami a jak są to pojawiają się tak często, że jest to już norma.Więc o czym tu by…A… owsianka. Przebój piątego miesiąca to owsianka na mleku. Taka z torebki, dostosowana do wieku.Inoczka uwielbia, znacznie bardziej niż kleik ryżowy.Poza tym odkąd są te dwa ząbki włączył się odruch żucia, co stanowi pewien kłopot przy karmieniu łyżeczką.Za to biszkopty wcinamy aż miło.
  • 22 sierpnia 2010wczoraj nareszcie wyrównaliśmy szczerbę w ewolucyjnym płocie i nadrobiliśmy braki.Nareszcie dziecko dokonało epokowego odkrycia, ze jak na chwilę przestanie machać tymi łapami to może wykorzystać je do podparcia podczas siedzenia. Tak nagle tego dokonało, podobnie jak nagle przypomniało sobie o obrotach z pleców na brzuszek… tylko w odwrotną stronę jakoś nie bardzo. A wszystko to z okazji półrocznej "rocznicy"

katalogi

    Z brzucha wzięte w katalogu Gwiazdor Najlepsze Blogi Katalog blogów. Najlepsze blogi. Family BlogsBlogging My BlogCatalog Z Brzucha Wzięte Stronę monitoruje stat24