Święta, święta i po świętach.
Jeszcze wczoraj wieczorem układałam sobie w głowie zdanie, że napiszę coś w ten deseń
” … a na choince z mieszanki wedlowskiej zostały już tylko Nyguski zaś poza nimi wiszą same puste papierki”.
Ale dziś rano ojciec pewnikiem i te wypatroszył.
Ojciec… na pewno, choć się nie przyznaje, ale nie ma innej możliwości bo moje dzieci nie tkną zestawienia czekalodowo-owocowego. A Nyguski akurat są najpaskudniejsze, bo pod czekoladową polewą kryje się cytrynowa galaretka.
Taka to jedna z naszych tradycji, że choinki nie muszą być ładne ale powinny być smaczne.
A odkąd są też i ładne?
Konkretnie od czasu zorganizowania przez Nadbałtyckie Centrum Kultury – w którym przez jakiś czas pracował ojciec rodziny – wystawy bombek choinkowych.
I firma produkująca te bombki w rewanżu za reklamę obdarowała organizatorów wystawy szczodrze.
A bombki naprawdę śliczne, zazwyczaj takie figuratywne, zwierzątka, domki, aniołki, królewny i królowie, fasolki, orzeszki, koniki, rybki…choć z roku na rok coraz ich mniej… ale też choinka coraz mniejsza… na moje szczęście.
Wcześniej choiny braliśmy z kościoła św. Jana, zaraz przed Wigilią, kiedy już odsłużyły swoje przy ołtarzu.
I to naprawdę były choiny.
Nasze mieszkanie do niskich nie należy bo na dole jest 3, 5 metra do sufitu a mimo to choina świętojańska nie zawsze chciała się zmieścić.
Co ze świąt wyszło najlepiej?
Karkówka… nie jestem specjalnie uzdolniona kulinarnie, z domu przeszkolenia nie wyniosłam żadnego a do tego upodobania, a raczej nieupodobania, moich Miśków skutecznie udupiły wszelkie moje szanse na rozwój w tej dziedzinie… bo ile można upichcić wariacji na temat makaronu i filetów z kurczaka.
Bo już ziemniaki to jednak bleeeh… do tego dla Misia tłuczone piureee-e to bleeeeh niedopuszczalne, zaś dla Ptysia wręcz przeciwnie – te z wody w kawałkach nie przejdą nijak.
Uj… namiałam ja się z nimi.
Znalazłam niedawno fajny blog, chyba nigdzie go nie zabukowałam a szkoda. I tam matka dzieciom, już taka pani z doświadczeniem sporym w tym i w owym, opowiadała właśnie jak to wygląda wigilijny stół w ich wydaniu. Albo jak obchodziła urodziny jednego z dziatek w restauracji i kiedy sama konsumowała sobie wymyślne pyszności sam młodociany solenizant świętował swoje święto suchą bułką z wodą mineralną.
No… to u mnie podobnie było.
Z tym, że nas ratowały frytki… frytki… i nic poza tym. I Pepsi.
No i właśnie przez takie dziatki w pieczeniu pieczeni i pieczystych wprawy nie mam kompletnie i zawsze to jakieś takie łykowato suche mi wychodzi, choćbym nie wiem jak się nakombinowała.
A w tym roku właśnie karkówka pieczona wręcz rozpływała się w ustach.
Nie wiem na czym wist polegał bo przepis był – że tak powiem – wiązany… trochę tu zerknęłam do sieci trochę tam i tu tego wzięłam a tam tamtego … i normalnie palce lizać… jak masełko.
Trochę może za mało słona była w samym środku, bo bardzo duży kawałek chłop przywlekł z hali, ale taki był zgrabny i wszystko w nim było na swoim miejscu, że żal było mi dzielić to cudo na mniejsze cudeńka… no i do samego środka ta sól nie całkiem widocznie dotarła.
A zrobiłam tak:
Najpierw natarłam mięcho solidnie solą, pieprzem, majerankiem i zgniecionym czosnkiem. Potem jeszcze ponakłuwałam i powtykałam ząbki czosnku do środka, zawinęłam w folię i wsadziłam do lodówki.
I zapomniałam o niej.
Przypomniała mi się dopiero pierwszego dnia świąt… tak głęboko była upchana w lodówce pod resztą produktów.
I tym sposobem dwa dni tak się kisiła.
Obsmażyłam ja wtedy na bardzo gorącym tłuszczu na patelni, wstawiłam do takiego szklanego czegoś i właśnie wedle wskazówek jednego pana – sieciowego speca od garów, do tego czegoś szklanego dolałam wody… tak do połowy mięska. Zakryłam folio-aluuu-u i wstawiłam do piecyka. Tak na jakieś półtorej godziny do dwóch.
No pychota… jak masełko normalnie. To chyba przez tę wodę.
I tyla.
Nazbierało mi się sporo doświadczeń z zakresu radzenia sobie ze zgagą… i jedno powiem.
Skuteczna jest ta musztarda mniej więcej tak jak Rennie… ale ja musztardy mam już tak dosyć, że chyba do końca życia nie tknę.
Poza tym skuteczna jest tylko ta marki Daveley, a w naszym sklepie jest sarepska, tylko taka inna. Niemarkowa. I to chyba ta nędzna imitacja takie obrzydzenie we mnie zakodowała, że teraz żadnej innej już nie tknę z dożywociem bez możliwości apelacji.
Zaś teraz wyprawiam mego chłopa na dwa dni w świat i się zastanawiam.
Zastanawiam się nad losem tego bloga, bo prawda jest taka, że chyba źle przeliczyłam siły na zamiary i coraz więcej wysiłku mnie to kosztuje. Ciężko z siedzeniem… boli… nie to, że niewygodnie, ale boli… taki paskudny piekący skurcz w dole brzucha z lewego boku.
Chyba to jednak nie jest ciąża z rodzaju takich, co się je lekko przechodzi.
Bo to jeszcze dwa miesiące zostało a ja już coraz rzadziej i z większym wysiłkiem z łóżka się podnoszę. To chyba chodzi głównie o te dysproporcje między rozmiarami brzucha a kingsajzem reszty mojej osoby.
Ciężko jest serio serio i trochę łapię poczucie bezsensu takiego wysiłku… że niby po co to?
Skoro się przy tym męczę.
Zaś z drugiej strony szkoda mi,bo jednak jakiś dorobek mi się wreszcie uzbierał, patologicznej delejtomance, jak to rzekł Kajtuś.
Muszę to wszystko dobrze przemyśleć a nuż-widelec znajdzie się jakieś rozwiązanie.
Edit:
O! znalazłam linka do bloga, o którym wspominam we wpisie. Konkretnie do tego wpisu wigilijnego. Trochę przeinaczyłam fakty, ale jak na moją dziurawą pamięć i tak mogło być gorzej. Fajny… bardzo fajny blog… dawno tak się nie uśmiałam. Polecam!






komentarze