a chodzi o wybór bujaczka.
bo był tatko… kompletna nowość, zmiana w zestawie rodzinnym i test odporności na owe zmiany.
No więc dziecko ZMIANY wszelkie lubi BARDZO, nie ma w niej za grosz lęku przed nowym, nieznanym, obcym, wręcz WOLI.
Woli NOWEGO OJCA niż STARĄ, mocno zużytą przez ostatnie tygodnie MATKĘ.
I zmian otoczenia też to dotyczy.
W nowym miejscu Inka przez dłuższy czas z oczami jak złotówki i rozdziawioną mordką w pełni zachwytu bada szczegół po szczególe: ściany, sufit, okna… okna uwagę przyciągają na dłużej.
Zaś np. w kuchni najbardziej interesujące są schody.
Nowy tatko nie dość, że był nowy, to jeszcze nosił dzidzię na rękach po coraz to NOWYM otoczeniu i dziecko było do rany przyłóż i spało snem kamiennym… w dzień.
A w nocy?
A w nocy w starym pokoju musiało gdzieś energię rozładować.
W każdym razie niunia jest coraz bardziej wszystkiego ciekawa i mus jest nabyć jak najszybciej leżaczek – bujaczek, bo leżenie na płasko w wózku,a co gorsza w łóżeczku to se ne da!
No i o mnie też chodzi, a nawet przede wszystkim.
Dlatego zagwozdka jest na tapecie od kilku dni.
JAKI LEŻACZEK?
Bo jest, kurdesz, wybór.
I to spory, a wybór to problem.
za czasów mojej… eee… jakby to ująć…. optymalnej prokreacji leżaczki dopiero wchodziły na rynek,a konkretnie wszedł jeden typ leżaczka, taka szmatka rozpięta na drucie i tyle.
I było prosto i nieskomplikowanie, może i bez obecnie dostępnych szaleństw ale i tak wszyscy się cieszyli, że coś takiego się pojawiło w szaroburej PRL-owskiej rzeczywistości.
a teraz…
Najlepszy byłby leżaczek co ma wszystko czego mi trzeba… ale tak się chyba nie da, bo jakoś znowu nie znalazłam.
Tak to zwykle z zakupami bywa, niby nie chcesz żadnych ekstrawagancji, tylko jedyne logiczne wymagania… i akurat tego najrozsądniejszego rozwiązania nie ma.
Są tysiące innych, ale tego najprostszego akurat nie.
Przekonała się o tym Mamrotka szukając stołu i krzeseł, przekonałam się ja szukając kanapy i co roku, butów.
Nie ma.
Nie ma na naszym rynku butów jakie by mnie satysfakcjonowały za żadne pieniądze.
A chcę tylko takie zwykłe najprostsze, byle by były zgrabnie uszyte i bez nadmiaru udziwnień.
I nie ma takich.
Przeciętny krajowy producent czy importer musi mieć jakiś feblik z zaburzeniami osobowości, bo wszystkie dostępne modele czegokolwiek cierpią na wyraźną schizofrenię formy.
I bujaczek jakiego szukam też ma spełniać tylko kilka podstawowych warunków.
Po pierwsze mieć wibracje.
to akurat nie wiem czy mi potrzebne, ale jak se pomyślę jak bardzo mogłoby mi ułatwić życie, to muszę spróbować.
zatem wibracje…
Z tymi wibracjami to właśnie problem, bo bez nich nie byłoby wielkiego kłopotu… bo są takie bujaczki co mi pasują pod każdym względem, ale wibracji w nich niet.
Po drugie – regulowane oparcie, koniecznie.
No i z tego co wyczytałam na forach najczęstszy dylemat to czy leżaczek ma być na drucie czy na rurce, tzn na płozach.
I właśnie na drucie lepiej i tu jest cały szkopuł, bo nie ma takiego leżaczka coby te trzy warunki spełniał.
Tzn miał wibracje, był na drucie i miał regulowane oparcie.
I do tego chciałabym jeszcze coby nie był plastikowy i jakoś szczególnie odjechany w formie. Ale to tylko tak pocichutku małym druczkiem.
Z tymi wibracjami to dłuuugo się zastanawiałam, bo np łóżeczko jakie Ince kupiłam nie podobało mi się od początku z powodu wyglądu i nadmiaru plastikowych elementów, ale założyłam sobie pewne warunki i tylko ten model wszystkie je spełniał.
A gdybym zrezygnowała z bujanej opcji mogłabym kupić takie co mi się najbardziej podobało.
I właśnie źle, bo w praktyce nie bujam wcale.
Inoczka nie da się oszukać i natychmiast rozpoznaje podróbę, że nie jest to bujanie Hand Made by Mama.
I właśnie to Hand Made by Mama ma zastąpić wibracja bujaczka.
bo te Hand tej Mama niedługo odpadną.
Zatem tak… przedstawię moje wybory oraz moje ALE do każdego z nich.
Jeszcze zanim zaczęłam się wgryzać w temat wybór padł na ten leżaczek
bo firma, która mi coś mówi, prosty, kolor nie dający po oczach a jednocześnie zauważalny i atrakcyjny dla BeBe… w końcu trzeba pamiętać, że leżaczek ma być dla BeBe, nie dla nas, a nie sadzę by stonowane beże i wyblakłe pistacje podobały się maluchom niezależnie jak elitarne geny owe BeBe noszą.
I opacie… oparcie regulowane, nie za dużo plastiku… właściwie myślałam, że nic tylko brać, tym bardziej, że tanio.
Jednak coś mnie podkusiło, coby podrążyć temat na wszelki wypadek.
I owa nie-moja, nabyta przezorność znowu stała się zmorą… i teraz mnie nęka.
to z kolei… kolory… wiadomo, ale pal sześć.
Grunt, że mi się podobają, dzidzi nie muszą.
Pszczółkę i ślimaczka w ostateczności pociągnie się jakimś fluoroscencyjnym sprejem
Za to jest na drucie i ma wibracje a nawet szumi jak morze i bije jak matczyne serce … niestety regulacji oparcia niet.
Bo wprawdzie jest w tym, podobnym, modelu:

jednak w formie takiego plastikowego paskudztwa i jakoś tak…
dodatkowo, ten bujak nie jest na drucie, choć ma półeczkę i w ogóle jest dość wysoki i można by stawiać go na ziemi …
ale nie wiem czy to dobrze, bo Fifi nie miałaby już żadnych przeszkód coby wylizać Inoczkę dokumentnie.
Za to obydwa te… okołobeżowe bujaczki same siedziska mają jakieś takie przytulne. Szczególnie to pierwsze.
Bo właśnie trafiłam wreszcie na taki egzemplarz co i jest na drucie i ma wibracje i regulowane oparcie a nawet budkę ekstra
ale samo siedzisko… szczególnie w porównaniu z poprzednikami, mało zachęca do zabujania się w nim.
No i nie wiem…
A wyboru dokonać muszę już dziś jak najszybciej… bo właśnie trzymam Inkę od dwóch godzin w wózku, podpartą na poduszkach… w międzyczasie w tym wózku dałam jej jeść… i teraz sobie dalej drzemie… i jest taki spokój, że mogę tu sobie klikać i klikać.
I wszystko by było okej ale jakoś przeszkadza mi świadomość, że ona na tych piernatach wykrzywia sobie właśnie kręgosłup…
Z drugiej strony jak widzę jak poskręcana wisi mi w chuście śpiąc twardo i nie zważając na wszelkie wstrząsy…
to sama nie wiem jak to z tym jest i co mam myśleć.
chyba znowu zdam się na intuicję.
Bo rady fachowców…
nie nie… dziękuję, nie poszukam na żadnych ortopedycznych stronach.
z radami fachowców jest jak w obrazku szpitalnym z mego życia niedawno wziętym.
W rolach głównych ja i pewna położna.
Rzecz się dzieje na oddziale położniczym Szpitala Wojewódzkiego w sali nr. 4.
pewna położna:
- ależ to pani dziecko się przegrzewa w tych kołderkach!
ja:
- no ale ma zimne rączki.
pewna położna:
- to Pani nie wie, że TERAZ na rączki się nie patrzy, tylko na nóżki?
ja:
- no a nosek? bo nosek też ma zimny…
pewna położna:
- Nie nie! Teraz tylko nóżki. W nóżki musi być ciepło a reszta nieważne.
No i właśnie tak to jest.
Ja nie wiem czym się różnią dzieci KIEDYŚ od tych TERAZ, że KIEDYŚ to nosek i rączki a TERAZ to nóżki… w każdym razie ja całe życie chodzę boso jak tylko mogę se na to pozwolić, bo moje stopy cierpią na klaustrofobię z termofobobią do pary, dlatego podobnie jak na fotkach tak i w życiu moja córka wywija gołymi nogami non stop, okno w pokoju na górze jest ciągle otwarte, nawet w nocy, nawet po myciu główki… bo Inka wciąż ma ciepłe łapki i ciepły nosek i tego termicznego wskaźnika się trzymam… i jakoś żyjemy.
Boso ale zdrowe.
Zatem chyba z bujaczkiem też zdam się na intuicję, tylko czy po takiej dawce teorii będę w stanie.
Dlatego wcale nie dziwię się temu panu z brodą od cyferek co nie chciał miliona.
Też bym chciała mieć taki ekwiwalent intelektualny, który by mi pierdoły doczesności zrekompensował.
Bo im więcej tym większy kłopot.
Już dawno wyznaczyłam sobie temat do rozpatrywania pt:
JAK MAŁO JEST POTRZEBA ŻEBY WYSTARCZYŁO?
i nawet ogłosiłam to na jakimś blogu tylko pewno nikt nie zrozumiał o co mi chodzi a mi się właśnie nie chciało wyjaśniać.
Bo to by było za dużo niż potrzeba coby zrozumieć.
Bo jak ktoś nie rozumie to widać nie ma powodu zatem po co?
a może taki ekwiwalent już mam?
Nawet trzy ekwiwalenty.
Właściwie to do permanentnego szczęścia brakuje mi tylko pewnej kupy.
notki w temacie:















komentarze