rss notki
mail
...
...
...

kolejne strony

tagi

8 sierpnia 2010

szwenda się matka jamatka po świecie i oto niektóre efekty

Czy mówiłam już kiedyś, że zamierzam zarabiać na blogach?

No to nie, nie jest to prawda, wcale…
…przynajmniej na razie.
Ale na wypadek, jakby prawdą było i w ogóle to nie wiadomo po co… to co chwila nachodzi jamatkę na dziwne akcje o podłożu PeTe: na co mi to wszystko?

Zatem jest taka ewentualność i biorę ją pod uwagę i wprawdzie różowo nie jest, jednak badam grunt bo mam wiarę.

MAM WIARĘ!!!

Bo czyż nie byłoby to urocze i w swym uroku sensowne i jakie praktyczne i ergonomiczne i łatwo się pierze i nie gniecie… eee… i w ogóle jakbym plotąc trzy po trzy dostawała jeszcze za to kesz?

Już konkretyzuję.
Otóż wedle najnowszych poczynionych przeze mnie badań jasne jest jak słonce, że pisanie bloga w celach zarobkowych kompletnie nie ma sensu.
Ano nie ma a już na pewno nie przez matki.
Tzn może ma, ale jedynie w przypadku, kiedy dana matka kompletnie nic innego nie potrafi poza klikaniem tych durnych wpisów o niczym.
I tu też trzeba brać pod uwagę, że za takie nic nikt płacił nie będzie, bo trzeba oddać sprawiedliwość Kominkowi, że jednak coś tam wie, o czym pisze…

…zatem coby jakiś grosz takie pisanie przyniosło to klikanie musi być konkretne i najlepiej sensowne, choć jak czytam niektóre arytytykuły wyarytykułowane przez rozmaite mondre ambitne modern woman new age na rozmaitych portalach gazetowych… to już nie wiem.

Bo weźmy na przykład taki przykład, który znalazłam

NA PIERWSZEJ STRONIE GAZETA.PL!

no normalnie… szkoda mi mego zalatanego czasu, coby wypunktowywać co mam na przećko, zatem powiem tylko krótko a dosadnie…

Że taka głupota tam się arytykułuje, że normalnie nie dałam rady przeczytać do końca, bo mój mozg stawał dęba i robił co mógł coby zawrócić bo nie dawał rady brnąć w to dalej.
Miałam już z tym mózgiem wcześniej podobne przeboje przy modnej swego czasu książce Bridżit Dżons czy jakoś tak… nie dałam rady normalnie.

Zatem zastrzegam…. może być że na końcu linkowanego arytykułu jest coś mondrego ogromnie co tłumaczy te pierdoły albo, że np PRIMA APRILIS! albo coś… ale nie dałam rady sprawdzić.


No więc.
No więc czas na mondrość HAND MADE by JAMATKA

No więc na pisaniu blogów, drogie matki, póki co nie zarobicie.

A dlaczego akurat teraz naszło mnie na te słowa prawdy?

Bo właśnie na okoliczność, że a nóż widelec kiedyś się da zarobić, to łażę tu i ówdzie, sprawdzam to i owo i przy okazji tego łażenia napatoczyłam się na blog traktujący o zarabianiu on-line a skierowany do matek właśnie.
i bardzo różowo jest tam wszystko przedstawione i wcale nie twierdzę, że taka różowa opcja nie jest możliwa, zatem po raz kolejny powiem, że…

JA NIC NIE TWIERDZĘ, JA TYLKO INFORMUJĘ

że z tego co widziała jamatka na własne oczy i liczyła na własnych paluchach to coby zarobić tysiaka na blogu np o dzieciach to trzeba:

PRIMO – codziennie… no prawie codziennie dać obszerny wpis na konkretny temat.

SECUNDO – codziennie przekopać sieć w celu dotarcia do wiedzy do tego konkretnego tematu.

A PRZEDE WSZYSTKIM – bywać, bywać i jeszcze raz bywać tu i ówdzie i zawierać znajomości, się wypowiadać, mieć zdanie bądź tylko za-HIHI-chać, się kontaktować, wymądrzać, parzyć wirtualne kawki i herbatki, uśmiechać się bez powodu i być miłym i pro i raz na jakiś czas na każdym babskim blogu odszczekać grzecznościowe HAU, coby osoba wizytowana poczuła się w obowiązku do rewizyty i odszczekania swej rewizyty tym samym podnosząc oglądalność i utwierdzając wrażenie, że nasz blog jest CZAD i POP!
A na czadowych blogach reklamy fajnie wyglądają a te reklamy to właśnie są te pieniądze z bloga mamowego.

No i właśnie jamatka do tego zupełnie się nie nadaje.

Tzn wydawało jej się, że się nadaje jak była w ciąży, ale ciąża zmiękcza mocno charakter i przestawia zwrotnice w PKP mentalnym…
No a jamatka w ciąży nie jest od pół roku…

Co chyba widać słychać i czuć…
NO COMMENTS na razie…


I od jakiegoś czasu pracuje jamatka usilnie nad zagadnieniem

zarabiania na blogu wbrew obowiązującym zasadom.

tzn bez potrzeby parzenia herbatek i kawci i bez kurtuazji.

I właśnie tym się teraz jamatka usilnie zajmuje i dlatego niewiele pisze bo zawiera kontakty…
jakby to rzec…
drogą oficjalną systemu wymiany linków bezpośrednich i stąd właśnie ta pstrokacizna na dole prawego sidebara.

Ha! czad!

Jak okaże się jednak, że można być niekontaktową egocentryczną blerwą a mimo to prowadzić bloga familijnego z wysoką oglądalnością i zajebistym Page Rankiem to będzie czad!

I to jamatkę kręci i przy tych blogach trzyma…
Bo sory.
Ma jamatka pod dostatkiem talentów rozmaitych, co pozwalają zarobić kesz znacznie łatwiejszym sposobem niż to co oferuje blogosfera PL


A tak przy okazji i na marginesie i właściwie to mówię do siebie… to odkryłam, że wszystkie blogi na bloxie mają taki sam wskaźnik Alexy.
Nawet te, których jeszcze nie ma.


I mieszam osobę jamatki z Mua osobą specjalnie coby było jeszcze bardziej wbrew…


powiązane notki:
konkluzja post factum

O tym jak Cebuszka oskubie mamę i maluszka

kategoria notki blog,znaleźne — jamatka @ 21:08

4 sierpnia 2010

Fisher Price – nie wszystko złoto co się świeci

ale i tak jestem szczęśliwa…

Leżaczek Fisher Price jest mały, zgrabny, wygodny do przenoszenia, lekki, wszędzie się mieści i ma wszystko co trzeba na właściwym miejscu, dokładnie jak jamatka dwadzieścia lat temu.

Piękny może nie jest /dokładnie jak jamatka 20 lat temu/ choć z tego co widzę pojawiły się różne wersje kolorystyczne i ja wybrałam sobie taką możliwie najbardziej marchewkopodobną…

kto się nie domyśla dlaczego to patrz fotka post niżej…

Nie wzięłam tylko pod uwagę papek jagodowych.

sory że fotka niezbytniej jakości, ale ciemno wczoraj było cały dzień a ja strasznie nie lubię używać flesza, bo jakież takie nieautentyczne te zdjęcia wychodzą.
No i Inuś tu wyszła toczka w toczkę jak Papay.
Inka zresztą też lubi szpinak i siłę też ma stosowną. Naprawdę zasługuję na miano Terminatora, jako że PUK PUK… ma prawie pół roczku a jeszcze nigdy nic, choć wcale na nią nie dmucham ni chucham.


No więc wracając do tematu, to przy wyborze koloru zapomniałam o jagódkach, jednak tego typu zapędy prewencyjne okazały się zbędne, bo obok zalet rozmaitych FisherPrice jest pokryty takim kosmicznym materiałem, co jest miły w dotyku i wcale nie plastikowy a czyści się go jak ceratę!
Normalnie wystarczy przetrzeć szmatką i wszytko znika jak na Zakupach Mango coś tam coś tam.
Nawet nie trzeba prać.


To teraz jak już najsłodszą słodycz z siebie wylałam…

… a naprawdę w porównaniu z przeciwnikiem, czyli bujaczkiem Bright Starts, to niebo a ziemia, pod względem ergonomii…

To teraz dla równowagi przejdę do tych innych względów, w których BrightStarts wysuwa się na prowadzenie o całą długość konia.


Otóż opcja wibracyjna, gibająca czy jak tam to zwać…

Tu znowu nie ma nawet co porównywać, ponieważ różnica na plus dla BrightStarts jest ogromna… kosmiczna.
Otóż leżaczek BrightStarts wyposażony jest w urządzenie do automatycznego gibania.
Zaś FisherPrice ma ustrojstwo do automatycznych wibracji.
I te wibracje wcale nie gibią tylko wibrują jak… jak wibrator.
Dokładnie.
Że ktoś nie wie jak wibruje wibrator?
Cóż…
…………………………

Poza tym Fisher Price nie ma melodyjek ani innych takich.
Jedynie Fibruje, łatwo się czyści, jest lekki i w ogóle genialny i przydatny jak cholera!

Ludzie!
Kupujcie leżaczki Fisher Price bo naprawdę warto!

Choć piękne nie są i tę wkładkę pod plecki mogłyby mieć twardszą i wyjmowaną na okoliczność prania pokrowca.


notki w temacie:

Bright Starts vs Fisher Price – leżaczki w szrankach

na rurce czy na drucie… czyli nowe czasy albo osiołkowi w żłobu dano

kategoria notki zdaniem Jamatki — Tagi: , , — jamatka @ 15:21

31 lipca 2010

Bright Starts vs Fisher Price – leżaczki w szrankach

Od urodzenia Inoczki zauważam w sobie… i nie tylko w sobie, bo i u tak zdeklarowanego… zawodowego wręcz… estety jak Tatko, skłonność do zmiany rodzicielskiej preferencji nabywczej z opcji pro-estetycznej na pro-praktyczną.
W skrócie: nieważne jak co wygląda, ważne tylko coby dzidzi było miło.

Jeszcze pół roku temu nie przyszłoby mi do głowy, że położę moje wyrafinowane pod względem formy BeBe z nosem jak Kondor Wielki (Vultur gryphus) i uszami Słonia Afrykańskiego (Loxodonta africana) choćby w pobliżu tych słodkich różowych kocyczków i wdzianek sprezentowanych nam przez rozmaitych krewnych i znajomych królika.

A teraz…

Teraz te obleśne kocyki, co dostałam w paczce z pieluchami, co tak je klęłam, że taki badziew, że jak ja mogłam a jak oni śmieli…

…to teraz nie wiem jak bym się bez nich obeszła, bo co z tego, że plastik plus wściekły róż z obleśnym błękitem i chorym fioletem, skoro nie tylko lekkie jak piórko ale jeszcze grzeją jak trzeba.
Zaś te bardzo eleganckie kocyki 100% bawełna w kolorze wysublimowanego beżu zamawianie w ojaniemoge zagarmanicznej firmie za ojaniemośny grosz… wszystkie leżą na najniżej półce, zajmują miejsce i czekają nie wiem na co.


Dawno dawno temu w poprzednim wcieleniu tego bloga odnotowałam zamiar nabycia leżaczka w tym dokładnie wpisie.
W wyniku eksploracji zasobów sieciowych nabyłam leżaczek Bright Starts, bo jako jeden z niewielu spełniał prawie wszystkie warunki jakie na wstępie sobie wytyczyłam.

Mniejsza o szczegóły, nie będę się powtarzała a kto ciekawy niech se przeczyta podlinkowany powyżej wpis archiwalny, powiem tylko że jednym z kryteriów były względy estetyczne, dlatego niestety wychwalany na wszelkich forach „Fiszer Prajs” …
kompletnie nie był brany pod uwagę.
No i właśnie wczoraj owego „Fiszer Prajsa” nabyłam i jestem szczęśliwa.


A teraz konkrety:


Bright Stars

Po pierwsze, z czasem deczko uległ transformacji, bo tego… bo rzeczywiście nie jest w stanie udźwignąć więcej niż 9 kilo… w każdym razie prawie 60 kilo jakie waży teraz jamatka zdecydowanie przekracza jego możliwości.
Ale zanim doszło do owego testu wytrzymałości to przyznam, że Bright Starts gibał się zgrabnie i lekko a przede wszystkim przekonywająco, bo dołączone doń ustrojstwo do automatycznego gibania bardzo sprawnie symulowało gibanie na wpół zasypiającej matki.
Przyznam, że trochę inaczej sobie wyobrażałam ten efekt, jednak to delikatne ledwie wyczuwalne gibanie gibaczka… eee…. bujaczka, w jakie ustrojstwo bujaczek wprawiało usypiało Dzidzię bardzo skutecznie… przynajmniej przez kilka nocy dopóki Dzidzi się nie znudziło.
No ale to już feler Dzidzi, co tak ponadnormatywnie łaknie coraz to nowych nowości, a nie wada bujaczka.

Tak czy owak kilka gładko przespanych nocy gibaniu gibaczka… znaczy leżaczka… zawdzięczam.

Dołączone do ustrojstwa melodyjki też bardzo ten-teges i nawet niedawno korzystałam, bo ustrojstwo w każdej chwili można od leżaczka odłączyć i dobrze, bo trochę jest wielkie i trochę waży.

No i właśnie wielkość i waga całości…
to tego…
nie bardzo.

Leżaczek Bright Starts to zdecydowanie stacjonarny mebelek, tzn można go przenieść, ale jakoś tak niewygodnie.
Niby wszystko filigranowe takie i puszyste, jednak w sumie sporo miejsca zajmuje i nie jest łatwo wygospodarować przestrzeń na kuchennym stole dla tak rozbudowanej konstrukcji.

Co do ustrojstwa gibającego dodam jeszcze, że jest bardzo bardzo energooszczędne i mam teraz spory zapas niewykorzystanych baterii dziwnego typu, bo się nie spodziewałam, że tak krótko będę z opcji automatycznego gibania korzystała.

Co do melodyjek to są O.K, jednak dołączone „dźwięki natury” już nie są tak fajowe i jedynie cykady znalazły jakie takie zastosowanie.
Fajowe czy nie, nasunęły mi pomysł wykorzystania naturalnych szumów do usypiania Inoczki i stąd właśnie wziął się ów osławiony szum Small Waterfall in the Woods, o którym też już tu kiedyś pisałam we wpisie, co się niestety nie ostał po ostatniej blogowej transformacji.
I za to ustrojstwu chwała, bo bez tego nie wiem jakby to było…
…właśnie dziś w nocy była awaria i wyłączyli prąd i nie szumiało do rana.
Uhhh… horror.
Cisza aż piszczała w uszach budząc mnie i Dzidzię co chwila.
Chyba się uzależniłam.


Okej… tyle o ustrojstwie.


To może teraz przejdę do początku czyli do składania, tego co dostałam pewnego pięknego ranka w pięknej eleganckiej paczce pięknie i elegancko zapakowane z instrukcją na pięknym i eleganckim papierze kredowym.

Bo jeżeli chodzi o składanie to uhhhh…
Przyszło mi to składać, kiedy Tatko był jeszcze na wyjeździe i sama se musiałam radzić i mimo, że nietypowa ze mnie kobieta a do tego budowlaniec, to spociłam się cała, szare komórki spociły mi się jeszcze bardziej, palce krwawiły, śrubokręt się chował… i w ogóle.

Składanie bujaczka Bright Stars to koszmar i znakomity przykład jak bardzo można skomplikować rzeczy nieskomplikowane.

I na co to wszystko?
Na to tylko, coby po miesiącu się połamało.
Jakby było mniej skomplikowane to najwyżej by się wygło a tak…


To teraz kilka pochwał coby najgorsze mieć za sobą i na deser zostawić same cymesy, a wiadomo, że nic tak frajdy nie sprawia jamatce jak jazda po badziewiu.


Jakość wykonania.
Bardzo good.
Naprawdę ktoś się przyłożył bardzo bardzo… jakiś mały nieletni Chińczyk czy inny biedaczek z kraju trzeciego świata…
Bardzo się przyłożył i właśnie za bardzo, przynajmniej w fazie projektowej, bo wszystko to jest jakieś takie przekombinowane, mało intuicyjne i zbyt dopasowane a dzieci wiadomo… różne bywają.

I np to coś szeleczkopodobne… takie to ładne ze specjalnym haftem z wizerunkiem uroczego ślimaczka… no a Inoczka za cholerę nie pozwalała się w to zapiąć, bo zbyt ograniczało jej ruchy.
Trochę to przypominało inne opisywane już przeze mnie ustrojstwo pt. Snoozzz.

Co do samego siedziska… też niestety potwierdziło moje obawy, że jest zbyt głębokie i Dzidzia będzie się w nie zapadać, jak jamatka swego czasu w fotele pierwszej klasy pociągów InterCity.

I NA PEWNO żaden z leżaczków Bright Starts z tej linii nie nadaje się dla małych 2-3 miesięcznych maluchów!
Właśnie ze względu na to głębokie siedzisko bez żadnego usztywnienia pod pleckami.
Że te ich kręgosłupy… słupki… kręgosłupki.

Zresztą w przypadku 5 miesięcznej Inoczki też nie bardzo… ergonomicznie… bez wspomagania.
No i właśnie co do wspomagania, to poradziłam sobie z tym problemem własnym sumptem instalując sztywną podkładkę specjalnie wykrojoną z kapy.
Ale w końcu nie każdy maluch ma szczęście mieć Tatkę co para się robieniem makiet i nie w każdym domu poniewierają się skrawki kapy po kątach.
A bez owego wspomagania Dzidzia w leżaczku Bright Starts wygląda jakby zapakowano ją do siatki na zakupy.

I jeszcze raz powtarzam… bardzo ładny jest ten bujaczek i milusi w dotyku i te słodkie poduszeczki i podkładki z mięciutkiego materiału, co tak łatwo się je pierze nawet z marchewki…

…. choć te plastikowe maskownice na ramie trochę mój zachwyt studziły…

… i bardzo gustowne są te motywy ślimaczka i pszczółki i Inoczka była nawet zakochana przez jakiś czas w ślimaczku, co zostało uwiecznione na tym zdjęciu…

Jednak absolutnie nie polecam zakupu żadnego z leżaczków Bright Starts z tej serii, bo wprawdzie miałam do czynienia tylko z jednym z nich, jednak z tego, co widziałam na fotkach innych modeli, wszystkie mają tak samo głębokie siedziska a to niestety podstawowy, dosyć istotny zarzut.

Bo co do braku regulacji kąta nachylenia oparcia, to żaden problem. Podkładałam sobie coś pod stojak z przodu i regulowałam sama wedle życzenia i potrzeby.


Uhhh… trochę się rozpisałam jak za dawnych dobrych czasów, zatem o leżaczku Fisher Price będzie w następnym odcinku.
Może to i lepiej, bo będę miała okazję gruntownie przetestować.


notki w temacie:

BFisher Price – nie wszystko złoto co się świeci

na rurce czy na drucie… czyli nowe czasy albo osiołkowi w żłobu dano

kategoria notki zdaniem Jamatki — Tagi: , , , — jamatka @ 16:10

29 lipca 2010

ciąg dalszy nastąpi

jak zwykle pochmurnie deszczowo przed czasem przed świtem za wcześnie dźwiga się wreszcie jamatka z pościeli i cedząc przez zęby mściwe mrukliwe i mroczne „no co za franca jedna” zagląda do łóżeczka…

i znów Jest Bosko!

kategoria notki Inka — Tagi: , — jamatka @ 11:11

24 lipca 2010

w imię ojca i syna…

a przepraszam, że zapytam: a co z córką?
Jest wprawdzie wzmianka o matce, jednak w zasadzie tylko jako o medium, niezbędnym przedmiocie użytkowym, a córki jakby w ogóle nie wchodzą w grę.

A to ja piepsze takie…


Miś miał jakieś trzy lata, opuściliśmy akademik zaraz po Tatki dyplomie… a może trochę przed… nieważne… zamieszkaliśmy we Wrzeszczu i pewnego wieczoru spacerując ulicą Grażyny zapytałam Tatkę czy on właściwie wierzy czy nie. No bo jak ktoś pochodzi z Kielc to powinien chyba mieć jasność w tej kwestii.
Powiedział, że nie wie… nie zastanawiał się.

Dobre sobie… kto wie, kto Tatko zacz, ten zrozumie ironię, a kto nie wie, to nie musi, bo to blog o Inoczce, a nie o Tatku.

Bo ja tam zawsze wiedziałam.
Jak tylko doszło do kontaktów bliskiego stopnia ze związkiem, coś w okolicach pierwszej spowiedzi i tych innych okazjonalnych cyrków, całe moje jestestwo stanęło wspak i zaczęło usilnie pracować coby się z tego układu wyplątać, tak bardzo sprzeczne to było z naturą przyszłej jamatki. Pierwsze piątki miesiąca spędziłam na dworcu kolejowym i dopiero w liceum, a może pod koniec podstawówki, udało mi się wynaleźć dostateczny pretekst, żeby dali mi wreszcie spokój.
Przypomnę, że pochodzę z małego miasta z rodziny, która ma raczej pretensje do miana inteligenckiej niż jakiekolwiek powody.


Nie pamiętam, ile Miś miał lat jak postawiła mnie matka przed tą nieistniejącą dla mnie kwestią i zbaraniałam!
To moje dziecko, to co im do niego?
Jednak doszłam do wniosku, że sprawa niewarta burzy w szklance wody i stanęło na tym, że ja nie chcę mieć nic z tym wspólnego a im jak tak zależy, to niech se robią co chcą. Ja podpisałam tylko jakąś zgodę, oni Misia wywieźli, zrzeszyli i z bańki.
I nawet nie wiem jacy to są ci Misia drudzy rodzice, bo i po co mi to?
Jakie to ma znaczenie, te zwyczajowe pierdoły?
Swoją drogą, niezła paranoja… drudzy rodzice…. a mówili, że matka jest tylko jedna?

Może nie poszłoby im ze mną tak łatwo, ale młoda wtedy byłam a ciśnienie ze strony przeciwnej było tak wielkie, że podejrzewam, że jakby Miś w wieku lat pięciu trafił do poprawczaka za napad rabunkowy z bronią w ręku, to byłby to mniejszy problem i sromota.

Aktywność w tej kwestii wykazywała tylko moja strona, bo dla strony Tatki była i jest to taka oczywistość, że przez myśl im nie przejdzie, że możnaby inaczej, a ponieważ nie interesują się nami za bardzo
i dobrze
to problem miałam tylko z moimi… jak zwykle.

Potem z Piotrem akcja została powtórzona i jeszcze Miś kiedyś został wywieziony na pół roku w celu tych drugich ceregieli.
I koniec.

Potem dorosłam, dojrzałam i przejrzałam na oczy i dalej Piotrkiem nie pozwoliłam już manipulować, zaś Miś był już dostatecznie duży, by sam decydować o sobie w tych sprawach.

Dodam koniecznie, że Miś to różnie, ale Ptyś od początku nie uczęszczał i fakt… zgadzam się, że jest coś takiego jak terror laktacyjny i zetknęłam się z tym zjawiskiem ciało do ciała… ale nigdy nie dotarł do mnie żaden sygnał, że Ptyś ma ze strony kolegów z klasy jakiekolwiek problemy z tego powodu.
Wręcz przeciwnie, Ptyś stał się problemem dla grona, bo znalazło się kilku młodocianych wolnomyślicieli, że skoro on może, to i oni tak chcą. A Piotruś wcześnie spotkał się z ostracyzmem środowiska w rozmaitych formach, jednak nigdy o tym podłożu.


Zauważyłam też, że rozmaici ludzie, o rozmaitych poglądach, wierzący i niewierzący, w tej konkretnie kwestii jakby w ogóle nie dostrzegali alternatywy.
Mogą se być anarchistami o horyzontach rozległych jak widnokrąg na Biegunie Północnym, ale jeżeli o to chodzi…
To nie ma zmiłuj. Tradycja to piękne imię.


Mamy takiego znajomego, co niedawno szukał świadków do przeprowadzenia operacji wypisania się ze św.Związku, bo został doń zapisany, kiedy jeszcze nie wiedział o co chodzi a jak tylko zaczął się orientować do czego przynależy, to od razu przestało mu się to podobać.
I to jest karkołomny zabieg… nie ma letko.
Św. Związek może cię obłożyć ekskomuniką, ale z łap cię tak łatwo nie wypuści.

Bo nie wiem czy wszyscy są świadomi, ale każdy może se głośno krzyczeć o swoich wolnych odmiennych poglądach i tak dalej, jednak dopóki tej procedury nie przeprowadzi, to jego akces zgłoszony we wczesnym dzieciństwie ciągle pracuje na tę prawie stuprocentową związkową jednomyślność naszego pięknego narodu w jeszcze piękniejszym kraju.

I Miśki im oddałam, ale niech jakiś czarnuch choćby tknie moją dziewczynkę, to normalnie rozpocznę krucjatę i kamień na kamieniu nie zostanie!


pierwsze z brzegu…
Forum Pomocy Katolika – Chcę się wypisać z kościoła jak to zrobić?

http://www.apostazja.info/

kategoria notki zdaniem Jamatki — Tagi: , — jamatka @ 20:16

dziennik

  • 22 sierpnia 2010wczoraj nareszcie wyrównaliśmy szczerbę w ewolucyjnym płocie i nadrobiliśmy braki.Nareszcie dziecko dokonało epokowego odkrycia, ze jak na chwilę przestanie machać tymi łapami to może wykorzystać je do podparcia podczas siedzenia. Tak nagle tego dokonało, podobnie jak nagle przypomniało sobie o obrotach z pleców na brzuszek… tylko w odwrotną stronę jakoś nie bardzo. A wszystko to z okazji półrocznej "rocznicy"
  • 18 sierpnia 2010no i mamy pierwsze uczulenie. Przy okazji dowiedziałam się jak to wygląda bo ciągle nie byłam pewna czy to co jej wyskakuje na nosku to trądzik niemowlęcy czy uczulenie.To teraz wiem.Teraz trzeba określić na co to uczulenie.Czy na nowe mleko?Czy na kaszkę kukurydzianą z truskawkami?Czy na ro-coś tam ryżowe z czymś tam m.in pomidorami.Mam nadzieję, ze to nie mleko a stawiam na truskawki.
  • 12 sierpnia 2010O! już dwunasty. To za tydzień i dzień kończymy pół roku. Kończy się puszka z Bebilonem 1 i korci mnie strasznie zeby już kupić dwójkę. Tym bardziej, że Inka za mlekiem najwyraźniej nie przepada.I jakoś tak się samo zrobiło, ze zasypiamy już same. Ja tylko podchodzę kiedy zajęczy bo jej smoczek wypadł. A raczej sama go wyrzuciła.

katalogi

    Z brzucha wzięte w katalogu Gwiazdor Najlepsze Blogi Katalog blogów. Najlepsze blogi. Family BlogsBlogging My BlogCatalog Z Brzucha Wzięte Stronę monitoruje stat24