rss notki
mail
...
...
...

kolejne strony

tagi

31 grudnia 2009

a skoro już nie świętuję…

To leżę.

I informuję.

Nie ma co się oszukiwać…trochę mi szkoda tych miejsc na rozmaitych rankingowych listach i rytmicznego pykania licznika, ale powinnam już jakiś czas temu wywiesić karteczkę.

Zamkniente z powodu, że brzucho do odwołania

i dać se na-luz nar-eszcie.
Za wcześnie zaczęłam tego bloga … za wcześnie o kilka miesięcy. Bo to się jednak w późniejszych miesiącach może nie dać pogodzić.
Chyba trzeba było poczekać aż się brzucha pozbędę.
Ale skąd ja mogłam wiedzieć ? Tzn miałam skąd wiedzieć ale zapomniałam.
Ale skoro jednak zaczęłam, to szkoda mi zamykać, jak tak się to ładnie kręci…. choć nie tak ładnie jakby się ładnie kręcić mogło, gdyby nie brzucho.
I mogłoby się tak np.  porobić po zamknięciu, że nie byłoby do czego wracać.

Dlatego postaram się chyba… jak tylko się da… w ograniczonym zakresie wprawdzie ale jakoś od biedy chcę to ciągnąć do porodu.
Bo potem to spoko… znajdę czas i chęci na pewno. Za bardzo mi się spodobało, coby tak rzucić.
To tylko teraz kwestia, że siedzieć za długo się nie da i każda z ostatnich notek powstawała i na siedząco i na leżąco i na stojąco… na zmianę. Tak łupało.
W lewym boku na dole brzucha, tydzień temu czy nawet dalej, pojawił się taki piekący skurcz, kolka czy jak to nazwać… i też przez to chodzić nie mogę.
Wszystko przez TO paskudztwo… to moje leżenie i w ogóle.
A od klikania palcem na boczku… np dzisiejsze wpisy tym systemem powstały…  to boli kręgosłup, poza tym czasochłonne to itede.
Jednak chyba się wezmę i zawezmę, bo to szczególna okoliczność, jak akcja bloga ciążowego wokół tej ciąży się zawija.
Tak myślę,  bo byłam jakiś czas temu na takim blogu, gdzie właśnie wpisy urywają się na dzień dwa… a potem następne dotyczą już tego samego ale po porodzie. Bardzo się wtedy wzruszyłam, tym bardziej, że był to poród z przejściami… biedna dzidzia.
To ma wtedy taki szczególny wyraz.
A ja zamierzam mego różowego laptopika wziąć ze sobą do szpitala… z dżipirejesem :)
No… to byłaby tak wyjątkowa okazja, że się jednak wezmę i zawezmę i bloga pociągnę choćby i za uszy aż do rozwiązania.

Wiem wiem, że jakość i ilość notek spada z dnia na dzień od dawna, trochę to frustrujące ale to przez to brzucho wszystko.
Jednak zawsze to coś.
Dlatego odpuszczam sobie wszelkie zobowiązania, kontynuację zaczętych tematów i te inne deklaracje… odpuszczam se to wszystko do momentu aż stanę się bardziej… hmmm… mobilna.
A póki co będę wrzucać co mi ślina na język przyniesie pod wpływem impulsu, nagłej chęci… bo wtedy łatwiej się też pisze. jak to tak na gorąco się dzieje.

I właśnie teraz tak chcę pod wpływem o czymś poinformować.
Bo normalnie, wedle poprzednich założeń, poczekałabym do planowanej drugiej części wpisu o zarabianiu na dzieciach.
Otóż przed chwilą zajrzał do mnie ktoś z bloga babybots.blox.pl.
I bardzo to interesujące co tam znalazłam. Zarazem trochę enigmtyczny blog, bo brak jakiegokolwiek opisu, o co w tym wszystkim biega i co to-to jest.
A wygląda mi na to, że gdzieś na świecie, o czym ja pierwsze słyszę, istnieją pampersy wielorazowego użytku.
I nazywają się właśnie baby-bots.
I to może nie być takie głupie… zależy z czego się takie baby-botsy uszyje. Bo np jeśli wnętrze dać z jakiejś miękkiej mikrofibry… teraz jeszcze nad wkładem trzeba by pomyśleć.

Zostawiam na razie info pod rozwagę a jak się Inka urodzi to kto wie… bo te pampersy to jednak pieruńsko droga impreza.
Ja nie mówię coby stale… ale na wypadek jakby kryzys znowu przycisnął, to te kilkadziesiąt zeta na nową paczkę pieluch to jednak może zakrawać na rozrzutność.
A wtedy kilka baby-botsow… a jak jeszcze własnoręcznie uszytych… w końcu po coś kupiłam tę maszynę połtora roku temu… to takie baby-botsy w takiej kryrycznej sytuacji mogłoby się okazać świetnym rozwiązaniem.
Nic nie sugeruję… tak tylko mówię, że takie coś znalazłam.

Obrazek pochodzi z pewnej brytyjskiej strony w temacie… sklep czy coś. Warto przeszperać bo są tam inne interesujące rzeczy.

www.babybots.co.uk

Kurdelebele… jest jednak masę sposobów na zarabianie z dzieckiem przy piersi…coraz więcej mam pomysłów.
Normalnie… taka dzidzia to kopalnia złota.
Wystarczy tylko chcieć!

I tym optymistycznym akcentem zakańczam skąd-inąd dupny 2009 rok!

kategoria notki znaleźne — Tagi: , , , — jamatka @ 21:53

jakby kto nie wiedział to dziś Sylwester a jutro Nowy Rok

Jakby kto nie wiedział, dziś jest Sylwester. Jakby kto dalej nie wiedział, to oznacza, że jutro Nowy Rok.
Jakby kto nie wiedział, ja Sylwestrów nie cierpię.
Jak nie cierpię tak nie obchodzę… o ile można tak stwierdzić mieszkając na Długim Targu zaraz przy Zielonej Bramie.
Nie cierpię nie tylko z powodu tej głupawki, która znowu wszystkich ogarnia bezrefleksyjnie ale po prostu Sylwestry same tak zdecydowały. Bo niezależnie od nastawienia i przygotowań zawsze jakoś tak wychodziło, że nastrój mi siadał a jak chciałam go posiłkować szampanem w okolicach północy to urywał mi się film i tyle z tego miałam.
A łeb u mnie jak budowlańca i potrafię balować do rana, kiedy już wokół bladym świtem wszyscy padają pokotem… to ja trwam…szczególnie jak przy moim boku stoi KzP.
Zatem coś w tej relacji między Sylwestrem i mną musi być na rzeczy, dlatego wreszcie olałam gościa.

Więc żadnych fajerwerków dziś tu nie będzie.

Co do życzeń, to ja tym, co mi dobrze życzą też życzę wszystkiego najlepszego, szczęścia zdrowia i dostatku przez wszystkie 365 dni w roku.
Zaś tym co mi dobrze nie życzą to ja też nie z tych jestem, coby do nich raz w roku z gałązką oliwną drugi policzek nadstawiać jak jaka głupia.

Ocenić mijającego 2009 roku też na razie się nie da dopóki Inka się nie urodzi i nie okaże się jakie zmiany w 2010 roku i wszystkich latach następnych ten fakt przyniesie.
Bo gdyby nie to… ten mój brzuch i jego zawartość… mogłabym z pełnym przekonaniem rzec, że był to najgorszy rok w moim życiu. Rok totalnych rozczarowań, pustej kieszeni i w ogóle bleeeh!
Jednak dzięki Ince może się okazać rokiem przełomowym i to diametralnie zmieniłoby jego ocenę.

A zresztą…co mi tam jakiś głupi kolejny Nowy Rok, jak za dwa miesiące zacznie się dla mnie Nowa Epoka!

Albo co mi tam…
I tak mnie pewnie ruszy koło północy jak zwykle…w końcu ze wschodu jestem, to łatwo się wzruszam, czy mi się to podoba czy nie.

To życzę wszystkim odwiedzającym mój zaciążony zakątek coby tak się dziś zabawili, że jutrzejszy kac będzie tak ogromny, że trudno będzie odwrócić głowę w drugą stronę bez karuzeli!
Bo to kurcze blade, zdrowo… raz na jakiś czas trzeba się zatracić bez pamięci!
A zatracać się na trzeźwo to tylko Jehowi potrafią i Zielonoświątkowcy.
Czego nikomu nie życzę ;)

kategoria notki dziennik fizooloficzny — Tagi: — jamatka @ 18:00

30 grudnia 2009

Kurde blaszka, chyba będę piekła!

Naszło mnie!

Miałam dziś leżeć, bo fuj ogólnie, ale po godzinnym pospanku odeszli mnie mdłości i głodna się zrobiłam.
A wczoraj jak wracałam z Urzędów, do których czas najwyższy było się wybrać… bo bez Dowodu Osobistego w szpitalu raczej mało przyjaźnie by mnie powitali… hehe… ależ to były czasy!
Aż się teraz wierzyć nie chce, że tak mi się robiło jeszcze nie tak dawno temu.
No… to jest kolejny przykład na  zastosowanie ciąży, na co ciąże, mimo całej upierdliwości „błogosławionego-fuj” stanu, mogą być przydatne.
Na czterdziestoletnie przedklimakteryjne depresje!
Odchodzą wszelkie wąty jak ręką odjął!

Byłam w Urzędzie bo se musiałam nowy dowód wyrobić bo ten starszy pocięłam… kiedyś… na kawałki… fantazja mnie naszła taka no…
Mam nawet wpis z tej akcji, niedawno czegoś szukałam po dysku i znalazłam. Normalnie… jakbym o obcej osobie czytała.
Potem może zalinkuję.

Heh, rzeczywiście już mi chyba lepiej po tej jajecznicy z kiełbaską. Ciekawę co na to mój zdezelowany system pokarmowy w konserwie.

I wracałam wczoraj z tego Urzędu i zaszłam do piekarni Pellowskiego po bułeczki.
Bo chleb mają tam akurat nie bardzo, ale bułeczki, szczególnie poznańskie, są a-k-u-r-a-t-! co w dzisiejszych napompowanych czasach rzadko się zdarza. I co więcej na drugi dzień też są nadal zjadliwe bez żadnego magicznego odświeżania.
I ciasta… ciasta mają dobre, choć drogie… ale nic dziwnego, że drogie bo czuć, że pieczone bez żadnej ściemy.
Chociaż co do ciast i ciasteczek to lepsza od Pellowskiego jest cukiernia W-Zetka… ta przy przejściu na Żabi Kruk. W-Zetka jest bezkonkurencyjna, chociaż nie wiem, ile osób o niej wie, bo odkąd pamiętam ciągle mieści się w tej samej małej skromnej klitce, którą łatwo przeoczyć.
Zatem może podam dokładną lokalizację… a nuż się komuś przyda:

Idzie się z Długiego Targu na wysokości ratusza w kierunku Ogarnej, mija się Ogarną i dochodzi się do przejścia podziemnego, które wiedzie na Żabi Kruk… tam gdzie jest przystanek ósemki. I po prawej ręce jest właśnie W-Zetka.
Pycha… wprawdzie jak ktoś się spodziewa jakiś nowoczesnych fajerwerków to się zawiedzie, bo od lat jest tam zawsze tak samo i to samo a towar czasem niezbyt urozmaicony bo schodzi na pniu… i najlepiej jest zamówić.
Panie, które to prowadzą najwyraźniej nie poszły w rozmach i nowoczesność, zadowalając się tym co mają od lat nie wiem ilu, bo odkąd ja mieszkam w Gdańsku W-Zetka zawsze tam była. I możliwe, że na tym wuzetkowa tajemnica polega, bo np zwykłe drożdżówki z kruszonką z wuzetki lepsze są, podejrzewam, od najdroższych ciast Pellowskiego z bakaliami z egzotycznych krain.

Ale wracając właśnie do Pellowskiego, to kupując tam te buły dostałam firmowe pisemko pt. Kuryer Gdański.
I miałam to to wyrzucić bez czytania, jak to zwykle z reklamówkami robię, ale jakoś tak zostało w kuchni na stole a właśnie zwlokłam się z wyra… a właściwie zwlokła mnie wielka ochota na jajecznicę z kiełbaską. I jedząc tę jajecznicę zahaczyłam okiem o ową reklamową gazetkę i na końcu – za morską opowieścią o wyprawie na żelaznym jachcie „Wołodyjowski” do wioski św.Mikołaja, za artykułem o piernikach i struclach na stronie drugiej, za wspomnieniami Andrzeja Januszajtisa, o tym „jak gdańszczanie świętowali Boże Narodzenie” na trzeciej – na samym końcu czwartej strony jest przepis nestorki rodu Pellowskich na placek ze śliwkami.
A przynajmniej ten placek co sprzedają Pellowscy w swoich piekarniach jest mniam – palce lizać.

Pewno, że bladego pojęcia nie mam o wypiekach a na podstawie tych, które kiedyś popełniłam mogę twierdzić, że brak mi także talentu, z dostępnej aparatury też mam tylko jakiś zdezelowany prodidż co mi kiedyś ktoś pożyczył i tak został.
Ale z tego przepisu wynika, że chyba dam radę.
Poza tym jakoś tak mnie naszło na spróbowanie czegoś nowego w życiu… skoro tyle się ostatnio zmieniło to co szkodzi iść na całość!
I może teraz zaczęłabym piec ciasta i torty i zjadać to wszystko do mdłości i tyć tyć tyć tak jak moja matka.

No to jadymy z tym plackiem


SKŁADNIKI

ciasto: 1 kostka masła (200gr), 2 szklanki mąki tortowej (16 czubatych łyżek), 1 szklanka mąki ziemniaczanej (8 łyżek), 8 płaskich łyżeczek cukru, 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia, 1 cukier waniliowy, 2 całe jajka, 1/2 łyżeczki soli… no i te śliwki węgierki… kurde blaszka… trochę problem z tymi śliwkami ale nie zamierzam tak łatwo się zniechęcać.

kruszonka: 5 łyżek mąki, 4 łyżki cukru, 1 cukier waniliowy, 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia, 3/4 kostki masła.

lukier: 3/4 szklanki cukru pudru (to mam!), 3 łyżki gorącej przegotowanej wody (mogę mieć w kazdej chwili!), 2 łyżki soku z cytryny.

I teraz miąchamy ciasto:

W niedużym garnku rozpuszczamy kostkę masła i dodajemy wszystkie wymienione w dziale CIASTO składniki i miąchamy do uzyskania jednolitej masy. I fakt tego miąchania właśnie mnie zainspirował, bo jakby było ucieramy to kiszka… dla mnie ucieranie w cukiernictwie kojarzy się z koszmarem z dzieciństwa i ani nie zamierzam tego odległego wątku rozwijać ani też nigdy nigdzie i dla żadnej okazji niczego ucierać nie będę!
Ale tu ucierać nie trzeba tylko miąchać, zatem zaraz se zamiącham tylko poślę Ptysia do sklepu po te wszystkie ingrediencje jakich mi brakuje.

Potem jest napisane, że jak to się jednolicie wszystko umiącha to wykłada się na prostokątną blachę wyłożoną pergaminem.
Pergamin mam, a prostokątna blacha i tak w prodidżu by się nie zmieściła.

A potem te połówki węgierek układamy na wierzchu… no i właśnie…
O! mrożonki takie pewno są do kupienia!
Najwyżej będzie bez śliwek tylko np… np… z dżemem jagodowym.

Mniejsza z tym.
Teraz kruszonka:

No to składniki z działu KRUSZONKA też miąchamy na stole aż porobią się takie grudki, którymi posypujemy ciasto.

I lukier jeszcze:

Do kubka z cukrem pudrem dodajemy 3 łyżki gorącej przegotowanej wody i sok z cytryny i mieszamy aż się zrobi lepko i ciągliście…

I tyla.
Proste jak drut!

Aż mnie ta inicjatywa na nogi postawiła nareszcie bo już mnie to leżenie dobija.

kategoria notki znaleźne — Tagi: , — jamatka @ 13:02

29 grudnia 2009

Becikowe – kawa na ławę… niestety dla mnie bez cukru

Rewelacji na temat becikowego google wyświetlają sporo. W zasadzie każda strona, każdy portal mający coś wspólnego z matkami i z dziećmi ma stosowny topik. I w zasadzie wszędzie jest to samo, nieważne czy na ćwierć strony notka czy na pół czy na cztery, jest tam prawie wszystko, ino akurat jak zwykle nie ma tego czego szukam.

A czego ja mogłam szukać, jak nie odpowiedzi na pytanie czy mogę sobie np planować rekompensatę kosztów prywatnych wizyt u mego doktora czy nie?
Bo nie-owijając w bawełnę, ze mnie to wręcz patologiczny typ, jeżeli chodzi o stosunki ze Służbą Zdrowia, bo jak tylko się da to rencami i nogami staram się tych stosunków unikać.
I pomijając okoliczności okołociążowe odnoszę na polu tych uników spore sukcesy.
Tzn, że po przemianie ustrojowej u lekarza nie-od-dzieci… czyli, że we własnej sprawie, byłam raz w szpitalu na salmonellozę… też ostatni dzwonek zaliczyłam, przy czym wypisałam się na własne życzenie jak tylko stanęłam na nogi… i potem jeszcze raz jak mnie taka paskudna angina zmogła, że nie tylko łykać śliny nie dało rady ale i powietrza.
I tyle.
Zatem nawet nie zdążyłam się poznać z własnym lekarzem a moja książeczka rumowska do niedawna świeciła przykładem absolutnego dziewictwa. Mój doktór nawet się zdziwił jak mu ją przed nos wyłożyłam do wypisania recepty, że taki zabytek w tak nienaruszonej formie jeszcze się zachował.
A nie… jeszcze w wakacje 2008, przecież moja macica zawlokła mnie do spółdzielni z nagłym wypadkiem.

Wiem wiem… nie ma się czym chwalić, ale też nie ma co chować głowy w piasek i czas wyznać publicznie, że w pierwszej ciąży u lekarza byłam dwa razy… raz na samym początku dowiedzieć się co się porobiło z moim okresem a potem pod koniec, bo musiałam, bo dostałam wezwanie z nakazem i w ogóle…
więc poszłam…
skoro kazali.

Zaś w przypadku Piotrusia już nie byłam taka „głupia” i sama się domyśliłam od czego ten brzuch mi tak rośnie, zatem konsultacje ginekologiczne se odpuściłam kompletnie.

Za pierwszym razem do porodu  przyjęli mnie na legitymację studencką ze sfałszowaną pieczątką, zaś za drugim razem wymyśliłam jakąś historię o zaginionych dokumentach, poza tym trwały wtedy wieloletnie i bolesne przemiany w strukturach Służby Zdrowia i nikt nic nie wiedział zatem jakoś mi się udało z Ptysiem prześlizgnąć na krzywy ryj.
Bo w obu przypadkach oczywiście ubezpieczona nie byłam wcale.

I przyznam się bez bicia, że teraz, jak poczułam, że tego… to pierwsze co zaczęłam kombinować, to jak to się z tego obowiązku wywinąć a najlepiej urodzić sama w domu.
I najlepiej… no sama nie wiem co.
Taka to ja jestem mądra w praniu. No co zrobić? Tak mam i przemóc się mi trudno, to co ja mogę?
Jak taka natura.
W każdym razie to jest bardzo duże wyrzeczenie z mojej strony na rzecz Inoczki, że się w końcu wybrałam i tak grzecznie wypełniam wszelkie doktorskie zalecenia.

No się wybrałam, ale oczywiście nie przed dziesiątym tygodniem. Świat w ogóle powinien być wdzięczny, że zdążyłam przed dwudziestym, konkretnie w dziewiętnastym tygodniu udało mi się wreszcie zebrać te de… w troki i dołączyć do rozrodowego systemu.

Także nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z żadnymi formalnościami związanymi z ciążą i o karcie ciążowej tylko co nieco słyszałam a żadne wyprawki też nigdy nie były mi potrzebne, bo za komuny była to taka nędza… z kolei jak tak dobrze zarabiałam, że się mogłam wypiąć bo i tak wszystko po komisach kupowałam.
Za drugim razem żadnych wyprawek państwo chyba już nie oferowało matkom w nagrodę za  wkład w przyrost naturalny.
I chyba gdyby nie ten cały szum wokół becikowego, wcale bym sobie tym głowy nie zawracała.
Nie to, że taka jestem bogata, ale jakoś zawsze miałam poczucie, że ja te dzieci rodzę dla siebie a temu posranemu państwu razem z jego chorymi systemami wara od mego potomstwa!

Poza tym… ja nie wiem… ale te tysiąc zeta to niby co ma być?
Jałmużna?
Bo jak na wynagrodzenie za dziewięciomiesięczny wysiłek to chyba za mało… mocno za mało.
I jeszcze do tego mam się o to ubiegać? wykazywać kwitami… prosić urzędasów o przychylność w łaskawym rozpatrywaniu mojej prośby?
A spadajcie z takim…

Jednak szumu było tyle, że się mimo wszystko zainteresowałam.
Poza tym kryzys, kieszeń pusta… wiadomo.
Punkt widzenia zmienia się stosownie do punktu siedzenia.

I właśnie w interesującej mnie kwestii znalazłam wreszcie pewne info, wedle którego becikowe jednak mi przysługiwało. Bo w myśl pierwotnej interpretacji ustawy, jaką Ministerstwo Zdrowia podaje, a raczej podawało, owa fatalna granica czasowa dotyczy kobiet, które owego feralnego pierwszego listopada jeszcze w dziesiątym tygodniu nie były.
Zaś te, które w Święto Zmarłych chodziły już z brzuchami w bardziej zaawansowanym stadium, żadnych zaświadczeń nie potrzebowały.

Czuję się ostatnio fuj i przede wszystkim leżę, dlatego buszuję po sieci ile wlezie i tym sposobem trafiłam wreszcie na artykuł nie tylko w miarę aktualny ale i dostatecznie wyczerpujący wszelkie wątpliwości na temat komu becikowe a komu figa z makiem.
I niestety okazało się, że nie będę musiała iść z naszym państwem na żadne kompromisy i mój zadarty nos mogę se dalej zadzierać ponad sprawy państwowej doczesności, bo wedle najnowszych tryndów becikowe teraz mi nie przysługuje.

Heh… trudno, kij im w ucho.

W sumie… w sumie, ja im nie wierzę jak oni tłumaczą, że te obostrzenia to tylko ze względu na dobro dziecka, żeby te kobiety do lekarzy zagonić. Bo jak widać na moim przykładzie są takie typy, że uhhh… po dobroci się nie da.
Ale jeżeli tym sposobem choćby jedną dzidzię można uchronić od nieszczęścia to ja chętnie te „moje” tysiąc zeta złożę w ofierze.
Poza tym… jak ja pomyślę komu to becikowe zawdzięczamy… bleeeh… to chyba wolę nie.
Z drugiej strony…
ja wiem jak to jest na takich popegeerowskich zadupiach, jak wieś z której pochodzę. I tam taka kobita z dziesiątym dzieckiem w drodze i tak do „gina” się nie wybierze, bo najbliższego ma w oddalonym 30km Kętrzynie a zwyczajnie nie stać jej na bilet

Bo jakby co, to do wiadomości podaję, że nasze troskliwe prorodzinne państwo automatycznie oferuje brzuchatej babie darmową obsługę lekarską niezależnie od tego czy ma ubezpieczenie czy nie.
I taka wsiowa kobita tego becikowego już nie dostanie a 1000 zł dla niej to majątek.
No, ale to margines o którym nikt nie myśli… daleko, pod litewską granicą… nikt tam nie bywa, nikt o tym nie pamięta, to nie ma tego. Nie ma tego i nie ma problemu.

Tyle mego wywodu a teraz konkrety.
Wiedza na jakiej się opieram wymądrzając się tu znowu pochodzi z poradników do Gazety Wyborczej, które ostatnio eksploruję.

wyborcza.pl – Nowe becikowe

i wedle niej pierwotna interpretacja przepisów w/g Ministerstwa Zdrowia mówiła ustami Minister Kopacz tak:
- Moje rozporządzenie nie obejmuje kobiet, które już urodziły lub są w ciąży dłużej niż 10 tygodni.
Czyli pani Minister chciała mi to becikowe jednak dać.
Ale Ministerstwo Zdrowia swoimi pieniędzmi wcale nie może rozporządzać jak mu się to żywnie podoba, bo łapę na kasie trzyma Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.
I to ono decyduje, jak pomysły Minister Kopacz mają być rozumiane, nawet jeżeli pani Minister chodziło o coś zupełnie innego.
I w rezultacie jest tak jak dyktuje Ministerstwo Pracy, czyli, że

„zaświadczenie o pozostawaniu pod opieką lekarza (ginekologa) od 10. tygodnia ciąży trzeba mieć bezwarunkowo. Nieważne, kiedy rodzi się dziecko”

No i kicha. Trudno.
Kiedyś pamiętam trafiła mi się taka fucha, że w jeden dzień zarobiłam okrągłego tysiaka.
No to załóżmy teraz, że ten dzień nigdy się nie zdarzył i jestem na zero… czyli nie mam czym się przejmować.
Łatwo przyszło łatwo poszło.
A artykuł polecam wszystkim zainteresowanym bo jest bardzo obszerny i chyba nie ma takiego drugiego, coby tak jasno i szczegółowo wykładał kawę na ławę w kwestii becikowego.

kategoria notki blox,mondrości dla potomności — Tagi: — jamatka @ 09:13

27 grudnia 2009

poświątecznie

Święta, święta i po świętach.

Jeszcze wczoraj wieczorem układałam sobie w głowie zdanie, że napiszę coś w ten deseń
” … a na choince z mieszanki wedlowskiej zostały już tylko Nyguski zaś poza nimi wiszą same puste papierki”.
Ale dziś rano ojciec pewnikiem i te wypatroszył.
Ojciec… na pewno, choć się nie przyznaje, ale nie ma innej możliwości bo moje dzieci nie tkną zestawienia czekalodowo-owocowego. A Nyguski akurat są najpaskudniejsze, bo pod czekoladową polewą kryje się cytrynowa galaretka.

Taka to jedna z naszych tradycji, że choinki nie muszą być ładne ale powinny być smaczne.
A odkąd są też i ładne?

Konkretnie od czasu zorganizowania przez Nadbałtyckie Centrum Kultury – w którym przez jakiś czas pracował ojciec rodziny – wystawy bombek choinkowych.
I firma produkująca te bombki w rewanżu za reklamę obdarowała organizatorów wystawy szczodrze.
A bombki naprawdę śliczne, zazwyczaj takie figuratywne, zwierzątka, domki, aniołki, królewny i królowie, fasolki, orzeszki, koniki, rybki…choć z roku na rok coraz ich mniej… ale też choinka coraz mniejsza… na moje szczęście.
Wcześniej choiny braliśmy z kościoła św. Jana, zaraz przed Wigilią, kiedy już odsłużyły swoje przy ołtarzu.
I to naprawdę były choiny.
Nasze mieszkanie do niskich nie należy bo na dole jest 3, 5 metra do sufitu a mimo to choina świętojańska nie zawsze chciała się zmieścić.

Co ze świąt wyszło najlepiej?

Karkówka… nie jestem specjalnie uzdolniona kulinarnie, z domu przeszkolenia nie wyniosłam żadnego a do tego upodobania, a raczej nieupodobania, moich Miśków skutecznie udupiły wszelkie moje szanse na rozwój w tej dziedzinie… bo ile można upichcić wariacji na temat makaronu i filetów z kurczaka.
Bo już ziemniaki to jednak bleeeh… do tego dla Misia tłuczone piureee-e to bleeeeh niedopuszczalne, zaś dla Ptysia wręcz przeciwnie – te z wody w kawałkach nie przejdą nijak.
Uj… namiałam ja się z nimi.

Znalazłam niedawno fajny blog, chyba nigdzie go nie zabukowałam a szkoda. I tam matka dzieciom, już taka pani z doświadczeniem sporym w tym i w owym, opowiadała właśnie jak to wygląda wigilijny stół w ich wydaniu. Albo jak obchodziła urodziny jednego z dziatek w restauracji i kiedy sama konsumowała sobie wymyślne pyszności sam młodociany solenizant świętował swoje święto suchą bułką z wodą mineralną.
No… to u mnie podobnie było.
Z tym, że nas ratowały frytki… frytki… i nic poza tym. I Pepsi.

No i właśnie przez takie dziatki w pieczeniu pieczeni i pieczystych wprawy nie mam kompletnie i zawsze to jakieś takie łykowato suche mi wychodzi, choćbym nie wiem jak się nakombinowała.
A w tym roku właśnie karkówka pieczona wręcz rozpływała się w ustach.
Nie wiem na czym wist polegał bo przepis był – że tak powiem – wiązany… trochę tu zerknęłam do sieci trochę tam i tu tego wzięłam a tam tamtego … i normalnie palce lizać… jak masełko.
Trochę może za mało słona była w samym środku, bo bardzo duży kawałek chłop przywlekł z hali, ale taki był zgrabny i wszystko w nim było na swoim miejscu, że żal było mi dzielić to cudo na mniejsze cudeńka… no i do samego środka ta sól nie całkiem widocznie dotarła.

A zrobiłam tak:

Najpierw natarłam mięcho solidnie solą, pieprzem, majerankiem i zgniecionym czosnkiem. Potem jeszcze ponakłuwałam i powtykałam ząbki czosnku do środka, zawinęłam w folię i wsadziłam do lodówki.
I zapomniałam o niej.
Przypomniała mi się dopiero pierwszego dnia świąt… tak głęboko była upchana w lodówce pod resztą produktów.
I tym sposobem dwa dni tak się kisiła.
Obsmażyłam ja wtedy na bardzo gorącym tłuszczu na patelni, wstawiłam do takiego szklanego czegoś i właśnie wedle wskazówek jednego pana – sieciowego speca od garów,  do tego czegoś szklanego dolałam wody… tak do połowy mięska. Zakryłam folio-aluuu-u  i wstawiłam do piecyka. Tak na jakieś półtorej godziny do dwóch.
No pychota… jak masełko normalnie. To chyba przez tę wodę.
I tyla.

Nazbierało mi się sporo doświadczeń z zakresu radzenia sobie ze zgagą… i jedno powiem.
Skuteczna jest ta musztarda mniej więcej tak jak Rennie… ale ja musztardy mam już tak dosyć, że chyba do końca życia nie tknę.
Poza tym skuteczna jest tylko ta marki Daveley, a w naszym sklepie jest sarepska, tylko taka inna. Niemarkowa. I to chyba ta nędzna imitacja takie obrzydzenie we mnie zakodowała, że teraz żadnej innej już nie tknę z dożywociem bez możliwości apelacji.

Zaś teraz wyprawiam mego chłopa na dwa dni w świat i się zastanawiam.
Zastanawiam się nad losem tego bloga, bo prawda jest taka, że chyba źle przeliczyłam siły na zamiary i coraz więcej wysiłku mnie to kosztuje. Ciężko z siedzeniem… boli… nie to, że niewygodnie, ale boli… taki paskudny piekący skurcz w dole brzucha z lewego boku.
Chyba to jednak nie jest ciąża z rodzaju takich, co się je lekko przechodzi.
Bo to jeszcze dwa miesiące zostało a ja już coraz rzadziej i z większym wysiłkiem z łóżka się podnoszę. To chyba chodzi głównie o te dysproporcje między rozmiarami brzucha a kingsajzem reszty mojej osoby.

Ciężko jest serio serio i trochę łapię poczucie bezsensu takiego wysiłku… że niby po co to?
Skoro się  przy tym męczę.
Zaś z drugiej strony szkoda mi,bo jednak jakiś dorobek mi się wreszcie uzbierał, patologicznej delejtomance, jak to rzekł Kajtuś.
Muszę to wszystko dobrze przemyśleć a nuż-widelec znajdzie się jakieś rozwiązanie.


Edit:
O! znalazłam linka do bloga, o którym wspominam we wpisie. Konkretnie do tego wpisu wigilijnego. Trochę przeinaczyłam fakty, ale jak na moją dziurawą pamięć i tak mogło być gorzej. Fajny… bardzo fajny blog… dawno tak się nie uśmiałam. Polecam!

4godzinynadobe.blox.pl

kategoria notki blox — Tagi: , , , , , — jamatka @ 20:15

dziennik

  • 6 września 2010dziś dostała jamatka w kość. Nie wiem co… ząbkowanie czy podniecenie po wczorajszym spacerze nad morze. Widok morza zatyka dziecku dech w piersi i wprawia w dziwne podniecenie, które jak widać nie mija przez dłuższy czas.Albo budzi się w Inoczce zwierze pt. Rozwydrzony Bachor.dzisiaj zaczęło się… dla chwili świętego spokoju dałam jej mojego różowego laptopika, bo Inoczka ma bzika na punkcie wszelkiej elektroniki, a szczególnie ma jazdę na klawiatury z wyświetlaczem.Poza tym problem nowy.Nie będzie pełzania, będzie od razu raczkowanie.Dziś twardo staje na czterech z brzuchem wysoko w górze. Staje i boi się ruszyć. Ni w tył ni do przodu.I wtedy krzyk.Poza tym nie chce już siedzieć o leżeniu nie mówiąc, tylko by stała i machała skrzydełkami.Ptasiek mi rośnie?
  • 5 września 2010eee… tego … jakoś skończyło mi się zacięcie do pisania dziennika. Za dużo spraw na głowie, poza tym nowości już nie są nowościami a jak są to pojawiają się tak często, że jest to już norma.Więc o czym tu by…A… owsianka. Przebój piątego miesiąca to owsianka na mleku. Taka z torebki, dostosowana do wieku.Inoczka uwielbia, znacznie bardziej niż kleik ryżowy.Poza tym odkąd są te dwa ząbki włączył się odruch żucia, co stanowi pewien kłopot przy karmieniu łyżeczką.Za to biszkopty wcinamy aż miło.
  • 22 sierpnia 2010wczoraj nareszcie wyrównaliśmy szczerbę w ewolucyjnym płocie i nadrobiliśmy braki.Nareszcie dziecko dokonało epokowego odkrycia, ze jak na chwilę przestanie machać tymi łapami to może wykorzystać je do podparcia podczas siedzenia. Tak nagle tego dokonało, podobnie jak nagle przypomniało sobie o obrotach z pleców na brzuszek… tylko w odwrotną stronę jakoś nie bardzo. A wszystko to z okazji półrocznej "rocznicy"

katalogi

    Z brzucha wzięte w katalogu Gwiazdor Najlepsze Blogi Katalog blogów. Najlepsze blogi. Family BlogsBlogging My BlogCatalog Z Brzucha Wzięte Stronę monitoruje stat24