WAR… WAR NEVER CHANGES….
ja pierdziu… mam nadzieję, że to już naprawdę po wszystkim i wszystko co po serii kolejnych eksplozji zostało jako tako naprawione nie wybuchnie znowu i nie wybuchnie nic nowego więcej… bo już brakuje mi amunicji.
SIŁY SIŁY … właśnie… gdzie te siły? … myślałam przed półgodziną, powoli zwlekając się z wyra, że coś tam udało mi się zregenerować… ale chyba jednak nie… to tylko taki mix pobożnych życzeń i wiary w moje zdolności paranormalne normalnie.
W każdym razie mam po czym te siły zbierać… dwa tygodnie kataklizmów jeden za drugim…
Póki co tylko lista z pobieżnym opisem:
Zmiana szkoły Piotrusia – na razie wszystko wskazuje na to, że więcej plusów niż minusów i że w gruncie rzeczy warto było się pomęczyć niż dalej brnąć w starą biedę… nowa szkoła na Żabim Kruku… stały kontakt telefoniczny z wychowawczynią… bardzo tego… no.
Naprawa KICI – na żądanie klejenta specjalnie wyjaśniam na czym to polegało.
Kicia zeżarła jak zwykle jakiś kawałek kabla czy foliowej torebki, bo przepada za takimi przekąskami. Zwykle wystarcza jednodniowa głodówka, coby nie zbierać za nią zbyt wiele w przypadku, kiedy reszki zakąsek nie dają się wydalić tradycyjnym sposobem, jednak tym razem coś utknęło na fest, bo rzygała równo przez pięć dni, chudła w oczach i natychmiast zwracała wszystko co jej się podało.
Bardzo nie uśmiechał mi się kolejny wydatek weterynaryjny, bo Kluska – suka mojej matki, która mieszkała z nami przez ostatnie dwa lata – wyczerpała już dawno wszelki dopuszczalny limit w tej kwestii. Krótko mówiąc, moje zwierzątka opieki weterynaryjnej nie wymagają wcale i nigdy, zaś suka mojej matki i owszem. Dużo, często i drogo, w końcu duża suka była… bo taka właśnie jest moja matka, że nawet roślinki doniczkowe przy niej zdychają.
Jednak tym razem wydawało się, że z Kicią kaplica. Kaplica nie tylko ze względu na koszt, ale przede wszystkim w gorącym czasie, jaki ostatnio nastał, nikomu kompletnie nie było po drodze do weterynarza, Zatem rzutem na taśmę wybrałam się do Rossmana, zakupiłam różne lekkostrawne zasmaczacze i skombinowałam odpowiedni mix mocno dietetyczny na bazie płatków ryżowych, którym przy odpowiednio ostrożnym dawkowaniu udało mi się Kicię postawić na nogi za friko. I właśnie kiedy minęły szczęśliwie 24 godziny od ostatniego rzyganka i nawet w kuwetce pojawiła się maleńka cienka ale twarda kupka to…
…W najmniej odpowiednim momencie rozkraczył się Jego laptop. Moment był BARDZO BARDZO nieodpowiedni, bo makietka, bardzo ważna i wybitnie duża makietka do bardzo wielkiej wystawy za słuszne wynagrodzenie, bez którego budżet wiosenny rozkraczyłby się na fest, właśnie zbliżała się do dedlajnu i jak to zwykle bywa
SIĘ ZACZĘŁA WEEKENDOWA SZLAG-JAZDA
Nie wiem do tej pory, o co temu laptopowi tak naprawdę poszło… w końcu na soft -warze, jak i tym hard znam się tylko na tyle, na ile babska intuicja mi podpowiada.
W każdym razie sobotnim rankiem winda na chłopa laptopie postanowiła nie uruchamiać się do końca.
Tzn wykazywała dobrą wolę, nawet w trybie awaryjnym pozwalała robić ze sobą, co tylko mi się żywnie spodobało, ale w trybie normalnym jakoś brakło jej odwagi czy jak przed tą wielką pracą, która na sobotę i niedzielę szanowny laptop czekała. Bo na laptopie oczywiście było wszystko co do produkcji makietki było niezbędne.
Wieczorkiem… od rana dopiero wieczorkiem udało mi się dzięki jakimś starym windowsom zagrzebanym na dnie stu-wiekowych szuflad postawić cholerstwo na nogi, choć nie do końca, bo dźwięk nie działa. I taka jest przypuszczalna moja diagnoza. Poszła karta dźwiękowa w laptopie, dlatego system tak bezskutecznie startował, bo starał się do tej walniętej karty jakoś dostosować a nie wiedział jak… bo jak wiadomo wszystko co Microsoftu to durne jest z natury…… i tak starał się starał, że w końcu nic z tego nie wychodziło.
Nic to… póki co ON filmików wieczorkiem se nie poogląda w hotelu na wyjeździe, będzie musiał zadowolić się myśleniem o mnie i o tym jak to nam fajnie ostatnim razem było. Zatem chyba dobrze…. a jak będzie czas to trzeba paskudztwo zserwisować, tylko najpierw jakiś legalny system muszę paskudztwu wrzucić… strzeżonego ten teges strzeże.
A potem FUCHA czyli MAKIETKA.
Się zaczęła rozstrzygająca bitwa.
Okazało się, że przesłana przez stronę wiedeńską dokumentacja nie była taka, jaka być powinna… właściwie to była taka, jaka być NIE-powinna i przez dwa dni trzeba było nadrabiać to co napsuli ci… ci … TE dupki z TEJ Austrii.
W ogóle ostatnio chłop często bywa w Austrii i wedle jego relacji ci tam ludzie, to bardzo specyficzny naród i raczej niefajny. W każdym razie faszyzm mają nie tyle wyssany z mlekiem matki czy tam innej fioletowej krowy, ile wbudowany w naturę…
W wakacje czytałam taką książkę takiego pisarza, Thomas Bernhard mu było. Chłop mi kazał, bo miał coś dla tych Austriaków robić a on lubi się zabezpieczać moim zdaniem… tak na co dzień to ja jestem głupia baba ale na wszelki wypadek, jak ON… WIELKI MONDRY MISTRZU nie wie za bardzo co ma myśleć, to woli się wtedy zapytać swojej głupiej kobiety o zdanie, choćby po to coby se nastrój poprawić, że jednak jest mądrzejszy i wie więcej.
Zakompleksiony dupek.
Dlatego podkłada mi takie różne dziwne rzeczy do przeczytania.
I to było… eee… O! Thomas Bernhard – Zaburzenie

No w sumie mało strawne, przynajmniej od połowy, jednak jakoś dziwnie mnie wciągnęło… mniejsza o szczegóły, tak czy siak i historia samego Bernharda i to co pisze wiele mówi o Austriakach.
No i teraz ci przebrzydli AU!striacy rozłożyli nas na łopatki, zaczęła się histeria na maxa i musiałam polewać ostro coby jako tako obniżyć temperaturę.
Zatem to nie tyle sama robota mnie tak powaliła, bo trzeba przyznać, że chłop stara się mnie teraz nie przeciążać… ino wtedy przeciąża starsze dziecko… zatem sumasumarum mrum mrum i tak mam co robić.
Wreszcie dziś rano pojechał.. po całej nieprzespanej nocy pojechał.
A ja mało nie zaspałam do szkoły… szkoły Ptysia.
Muszę teraz wylizać rany i powoli poustawiać wszystko wokół głową do góry a nogami do dołu.








komentarze