rss notki
mail
...
...
...

kolejne strony

tagi

2 lutego 2010

o przyczynach tych skutków na chwilę przed ujawnieniem wyniku – refleksji kilka z opcją unisex

LaurieAnderson -Match20

„Ladies and gentlemen, what you are observing here are magnified examples or facsimiles of human sperm.
Generation after generation of these tiny creatures have sacrificed themselves in their persistent, often futile, attempt to transport the basic male genetic code. But where is this information coming from? They have no eyes. No ears.
Yet some of them already know that they will be bald.
Over half of them will end up as women.

Four hundred million living creatures, all knowing precisely the same thing–carbon copies of each other in a Kamikaze race against the clock.
Some of you may be surprised to learn that if a sperm were the size of a salmon it would be swimming its seven-inch journey at 500 miles per hour.
If a sperm were the size of a whale, however, it would be traveling at 15,000 miles per hour, or Mach 20. Now imagine, if you will, four hundred million blind and desperate sperm whales departing from the Pacific coast of North America swimming at 15,000 mph and arriving in Japanese coastal waters in just under 45 minutes.
How would they be received?
Would they realize that they were carrying information, a message?
Would there be room for so many millions?
Would they know that they had been sent for a purpose?”

Ha! zupełnie o tym zapomniałam, a tak tu pasuje, Ladies and Gentlemen!

Potem postaram się o tłumaczenie, jak nie znajdę kogoś odpowiedniego i chętnego, to sama od biedy postaram się coś wydukać swoją licealną angielszczyzną sprzed ćwierćwiecza.

No tak.. owszem zamówiłam tłumaczenie u wielce kompetentnej osoby, co nie tylko zna języki ale zna się też na tej całej sztuce magicznej, ale jak nie trudno się domyślić,kiedy ja się tego tłumaczenia doczekam to hoho! Wszyscy już o Laurie Anderson zapomną.
Dlatego siadłam i sama swoim kulawym sztubackim lengłydżem postarałam się to i owo przełożyć, więc jakby co, proszę się nie śmiać, uczyłam się angielskiego w liceum, za państwowe a nie za prywatne, dawno temu i była to klasa z rozszerzonym rosyjskim akurat.
Zatem i tak jest nieźle.

Poza tym wkleiłam tego jutuba bo go lubię, bo lubię Laurie Anderson i akurat pasuje do ciąż, dzieci itede z tymi plemnikami i przyszedł mi akurat rano do głowy i stąd taki dziwaczny wpis. Nie to, że zamierzam się tu snobować, jednak takie rzeczy to też fragment życia mojego i mojej rodziny, zatem wydawało mi się, że se mogę od czasu do czasu zapodać takie cuś niezobowiązującego z samego rańca, tym bardziej, że zaraz potem miałam wkleić wpis o cukrzycy ciążowej.
Bo sporo osób z googli zagląda do mnie z pytaniami na ten temat, a skoro coś o tym wiem…

I wpis o cukrzycy jest prawie gotowy od rana, prawie tylko… no właśnie te dzieci narodzone… heh… małe dzieci mały kłopot duże dzieci duży kłopot.

Oj ten mój Ptyś… dziwak z niego.
I jak mam mu przetłumaczyć, żeby nie był aż tak bardzo taki, jaki jest, skoro najpierw nauczyłam go, jak się sobie samemu podobać. Dobrze, że chociaż TEN w odróżnieniu od TAMTEGO za nauką wręcz przepada.
Dziś dwie czwórki z polskiego, ot tak za samą wiedzę bez przygotowania.
Pani Polonistka uwierzyć nie mogła, bo Misiu też chodził do tej szkoły tylko, że do podstawówki i jakoś dziwnie dobrze go tam pamiętają.
Tzn dobrze wcale nie znaczy w tym przypadku że miło.

Bo fakt, moje Miski dwa jak ogień i woda. Same przeciwieństwa. Jing i jang… tak jak to Kajtuś powiedział o mnie i o moim chłopie. Miś ma środek po ojcu a skórę po matce, zaś Ptyś dokładnie na odwrót.

Heh… a teraz śpi mi za plecami, bo coś zasnął zaraz po przyjściu ze szkoły u mnie w pokoju i nie mogę go dobudzić. Nie zjadł obiadu, nie wykapał się… i wymiotował. Grypa żołądkowa czy stres?

Ten stary też… jak ja mam się z nim rozwodzić, jak on teraz taki kochany i przesłodzony aż więcej niż bym sobie życzyła.
I tak to…

No to daję to moje tłumaczenie a jutro z rana o cukrzycy.
Tym razem słowa dotrzymam, bo wpis tylko czeka na poprawki a jest tam kilka uwag, które mogłyby się cukrowym mamom przydać. Zatem nie ma co zwlekać.

TŁUMACZENIE by PAMPERSA

Panie i panowie, to co tu obserwujemy to powiększone przykłady… czy raczej telefaksy ludzkich plemników.
Pokolenie za pokoleniem te maleńkie stworki poświęcały się w swym uporczywym, często daremnym staraniu przetransportowania podstawowego męskiego kodu genetycznego. Ale gdzie to jest, skąd pochodzi ta informacja? Nie mają oczu,nie mają uszu.
Jednak niektóre z nich już wiedzą, że będą łyse.
Ponad połowa z nich skończy jako kobiety.

Czterysta milionów żywych stworków, wszystkie znających dokładnie tę samą rzecz – węglowe kopie siebie nawzajem w wyścigu Kamikadze z czasem.
Niektórzy z was mogliby się zdziwić wiedząc, że gdyby plemnik był wielkości łososia pokonywałby swoją siedmiocalową podróż z prędkością 500 mil na godzinę.
Jednak, gdyby plemnik był wielkości wieloryba podróżowałby w tempie 15.000 mil na godzinę, albo 20 Machów.
Teraz wyobraźcie sobie, jeśli chcecie, czterysta milionów niewidomych i zdesperowanych kaszalotów opuszczających wybrzeża Pacyfiku Ameryki Północnej i w tempie 15.000mil na godzinę osiągających japońskie wody przybrzeżne w niecałe 45 minut.
Jak należałoby je odebrać?
Czy zdają sobie sprawę, że niosły informację… wiadomość?
Czy jest miejsce dla tak wielu milionów?
Czy wiedzą, że zostały wysłane do celu?

kategoria notki blog — Tagi: , , — jamatka @ 15:45

1 lutego 2010

z pewną taką nieśmiałością – czyli preindukcja metodą chałupniczą

www.onet.tv – Anna Patrycy przedstawia – nieśmiały odlot skrzydełek

no więc ja też wczoraj wieczorem z pewną dozą nieśmiałości a nawet z niejasnym poczuciem popełnienia jakiegoś karygodnego czynu… ale mnie korciło, no… no to wyklikałam w te googlową szparkę pocichutku małymi literkami hasło:

jak przyspieszyć poród

Bo się porobiło… poza tym ostatnio, jak pisałam, samo się zasugerowało, a poza tym…

Bo wrócił On do dom…
I będzie przez tydzień do poniedziałku a potem jak wyjedzie to ho ho… aż do końca marca.
A ponieważ zaraz po tym Nowym Roku tak się między nami miło zrobiło a zaraz potem już jego nie było i nie zdążyło się te MIŁO  popsuć … i taka potrzeba mi się zalęgła, o którą nigdy wcześniej bym siebie nie podejrzewała … że ja bym strasznie chciała coby ON ze mną WTEDY był cały czas… choć nie mam wątpliwości, że ON akurat BARDZO by WTEDY ze mną być nie chciał…

No taki typ, takiego se go wybrałam i chyba nie chciałabym, żeby był inny…  przynajmniej jak patrzę na mego bliskiego krewnego, co aż się ślini na widok ciężarnego brzucha i cały się wtedy w czułościach rozkleja i pcha te zaobrączkowane łapy nie bacząc, że ten brzuch do jego siostry należy … poza tym nienawidzę widoku obrączki. Nasze, nawet nie wiem gdzie leżą schowane, choć ta moja jest b. ładna… no ale jakoś nie mogę jej przebaczyć, że pełni rolę tej ślubnej i nie noszę… za to mój brat i owszem, obnosi się ze swoją wszem i wobec i jakoś… jakoś… nie wiem, jak to możliwe, że my oboje z jednej krwi i kości, skoro tacy różni.
Zatem w tym zestawieniu wolę zdecydowanie mego chłopa, co tak jest nie-zainteresowany i nie-zorientowany w TYCH sprawach, że chyba do tej pory za bardzo nie wie. od czego mu się tych dzieci tyle nabrało. Przy czym np kupowanie dla mnie podpasek nie stanowi dla niego żadnego problemu, z kolei JA prezerwatyw nie kupię za Chiny Ludowe. Za pewna jest we mnie jednak ta nieśmiałość starego wojennego pokolenia.

Tak czy owak wychodzi na to, że jak się w tym tygodniu nie sprężę, to sama sobie będę musiała poradzić, jak przyjdzie co do czego. Ano sama, bo jednak Misiu wprawdzie przełamał się chyba na tyle, że deklarował ostatnio noszenie się ze siostra w chuście… hehe… specjalnie czarną kupiłam, a nie różową tym razem… jednak nie zrobię tego własnemu dziecku i nie poproszę o taką asystenturę.
Bliski krewny z w/w powodów też odpada, choć wyraził chęć i gotowość nie tylko dostarczenia bliskiej krewnej na oddział, ale nawet trzymania za rękę do samego końca…  fuj! nie nie…  chyba właśnie ta jego CHĘĆ I GOTOWOŚĆ tak mnie do tego pomysłu zraziła… no i jak już przyszło do konkretów, to nie chcę nikogo przy sobie poza za NIM właśnie… a raczej NIE CHCIAŁAM a raczej CHCIAŁAM tylko JEGO  ale już mi się odechciało.
Jednak póki jeszcze chciałam, to właśnie coby tę chęć zrealizować musiałabym się z TYM zmieścić w terminie do nst niedzieli.
Dlatego już wcześniej chodziło mi takie coś po głowie…

Bo właśnie ostatnio pojawił się SEX.

W  związku z czym mam m.in do przekazania wiadomość, że w przypadku późnej ciąży – w sensie, że ciężarna ma swoje lata, a także, że sama ciąża jest zaawansowana – to seks nie tylko nie szkodzi, lecz wręcz bardzo dobrze robi na te całe skurcze Higinsa czy coś tam. Wystarczy tylko z samego rańca małe bzyku bzyku i po wszelkich skurczach ani śladu… aż do następnego ranka.
Zaś jeżeli chodzi o tę całą OKSYTOCYNĘ… hohoho…to działanie w opcji na cztery ręce ma piorunujące! i właśnie nie polecałabym, bo działa, że oh! zgodnie z medycznym zastosowaniem jak najbardziej.

I właśnie tak sobie pomyślałam, że jakby co, to można by tę moją niedawno odkrytą podatność na oksytocynę wykorzystać… jakby co.

Ale coby się jeszcze upewnić na wszelki wypadek, zajrzałam do sieci … z taką właśnie pewną nieśmiałością a raczej poczuciem, że herezję straszną popełniam sprzeciwiając się naturze z medycyną do pary, pewna, że nic tam nie znajdę poza może przypadkową informacją, jak np ta, co kiedyś szukając info o dozwolonych w ciąży maściach na bóle stawów, dotarłam do informacji o ubocznym wpływie pewnych tabletek na reumatyzm, które wykorzystywane są właśnie także jako tzw tabletki PO.
Pamiętam, że zastanawiałam się wtedy co bym zrobiła z taką wiedzą gdybym ja posiadała na samym początku TEJ ciąży i przyznam, że nie wiem. Różnie to było u mnie z akceptacją … różnie i na zmianę i dosyć długo tak się miotałam ze skrajności w skrajność.

ale wracając…

Zatem byłam pewna wpisując do wyszukiwarki hasło przyspieszanie porodu czy jakoś tak, że niewiele sobie poczytam.

A TU!
Normalnie!

Chyba o niczym innym z ciążą związanym nie ma aż tyle topików na forach… a jakie emocje owym dyskusjom towarzyszą…

A nawet znalazło się kilka opracowań bardzo konkretnych i na temat pisanych przez profesjonalistów jak choćby ten:

www.poradnikzdrowie.pl – bezpieczne metody wywoływanoa porodu

Z kolei w podaniach ludowych przekazywanych sobie z ust do ust przez forumowiczki króluje tryptyk: sex, froterownie podłogi i bieganie po schodach.

Przy czym w przypadku sexu są dwie opcje… jedni za skuteczne uważają zabawy z cycorami… że ta oksytocyna itede, zaś inni twierdzą, że oksytocyna jest be bo tylko boli a rozwarcia i tak nie ma, zaś właśnie zawarte w spermie … i tu nikt nazwy podać nie umiał, zatem sama się doszukałam… prostaglandyny działają na samą szyjkę macicy rozmiękczająco i rozkurczowo.

Co do schodów też są zwolennicy ruchu PO-SCHODACH oraz ci drudzy co twierdzą, że podczas ruchu ZE SCHODÓW wspomaga ewentualną przyspieszaczkę siła grawitacji.

Co do froterowania podłogi to sama mam wątpliwości, bo owszem…popełniłam tę czynność kilkukrotnie w życiu i pamiętam, mocno CZUĆ wtedy w taki odurzający sposób i chyba nie byłoby to zdrowe dla poganianego jeszcze nienarodzonego.

Zaś z ziółek to liście maliny i coś tam jeszcze… ponadto rycyna z kawą i np. bardzo ostre potrawy.

I jak się tej wiedzy nabyłam i poczułam, że mam narzędzie sprawcze we władaniu … to dopiero  do mnie dotarło, że nie… za dużo mam jeszcze spraw do dokończenia. Poza tym tym do licha… to dopiero 37 tydzień! …a jeszcze badania zrobić , a do lekarza na piątek jestem zapisana a poza tym paczka z allegro akurat z pieluchami nie przyszła a Państwo Pieluchowie wyjechali na urlop do 7 lutego i dopiero po powrocie zamierzają odpowiadać na maile.
A przede wszystkim to TERAZ już wcale mi się nie spieszy bo właśnie PRZESZŁA MI OCHOTA NA JEGO TOWARZYSTWO podczas MEGO porodu RAZ na ZAWSZE!
Wręcz sobie nie życzę… nie życzę sobie nawet, żeby mnie zawoził do szpitala ani odbierał ani żeby w ogóle o czymkolwiek wiedział!
Sama se urodzę jak ON pojedzie i nic mu nie powiem!

NIECH MA ZA SWOJE!

A co się stało?
Ano nic takiego, sama nie wiem co konkretnie, w każdym bądź razie ja się nakręcałam  ostatnio na blogu, zaś on nakręcał się w tej Warszawie…  bo i owszem… udało się tym razem  mimo tak fatalnych początków… z uznaniem co rusz chłop się spotykał i nawet austriacka kurator zaczęła się do niego zwracać per MAESTRO.
I jak wrócił taki nakręcony jak ten diabeł tasmański, tak odkręcić się nie mógł, podczas kiedy ja, choć też zakręcona ale w inną stronę i innym ładunkiem- akurat OPIEKI I SPOKOJU! wymagam…
I pierdyknęło na styku… i tyle.
Poszły iskry że hej!…zaraz za nimi kilka talerzy, prawie wszystkie kubki, bo słoików się akurat niedawno pozbyłam… i takie tam.

I tak to…nie znacie takiej Pampersy,co?
Kajtuś zna…

A dzieci nawet się specjalnie nie przejęły zaś ON właśnie poszedł po lodziki.

Niech se je sam zeżre! Ja nie potrzebuję.

31 stycznia 2010

paradoksy genetyczne

wpis impulsywny

…potem mija pierwsze pięć lat, największe burze są już za wami… nadchodzi mniejsza czy większa stagnacja i zwyczajnie… ON zaczyna Cię wkurzać… takie same nieistotne drobiazgi, jego codzienne nawyki, niedociśnięte połówki cytryny walające się po kuchennych blatach, kłębuszki brudnych skarpet i kurzu w każdym zakamarku mieszkania… no i ta… przede wszystkim ta … deska klozetowa… no do cholery jasnej! dlaczego ONI zawsze mają ambicję coby sikać na stojąco! …jakby nie mogli TEGO robić tym samym systemem jak robią TAMTO …

i różne takie, jednak nic z tych rzeczy, czego by wieczorny seks i inne miziania nie zutylizowały… tylko chwilę przed zaśnięciem ze swoim tyłeczkiem wcisniętym w jego dołek i jego prawą łapą na twoim lewym cycku pozłorzeczysz w myślach na teściową, że guła jedna wypindrzona nie potrafiła wychować dzieciaka.

Po dziesięciu latach wiesz, że i tak nie masz co liczyć na rozwód bo się zwyczajnie do niego przyzwyczaiłaś i chyba trudno byłoby ci bez niego żyć… tak zwyczajnie… nie to ze wielka LOVE ale życia bez niego już sobie nie wyobrażasz…

Jednak dalej Cię wkurwia… już nie wkurza a wkurwia, zatem tak planujesz rytm dnia, coby spędzać z nim jak najmniej czasu, mieć swój świat niezależny od jego i właściwie jest ci na rękę, że często wyjeżdża, prawie co wieczór chodzi z kumplami na piwo … raz że wracając po nocy skruszony przynosi ci kwiatka … czasami są to doniczkowe, kiedy wraca tak „wcześnie” że oprócz babć z przejścia podziemnego dostępne są już i kwiaciarnie… i rano jest do rany przyłóż… a dwa, że wtedy TY masz święty spokój i mniej więcej wolny wieczór i nikt ci przez ramię niecierpliwie nie zagląda, jak znowu siedzisz przy tym komputerze, pijesz Redsy i grasz albo blogujesz… i jakoś to wszystko daje radę…

Po piętnastu latach wpadasz na genialny pomysł natury socjologicznej… że małzeństwa powinny mieć nie jedno a dwa mieszkania… i że wszystko wtedy ładnie by się układało i bez żadnych zgrzytów, gdyby każdy mając dość obecności tego drugiego mógł iść sobie do swojej własnej chałupy a dzieci byłyby raz tu a raz tam… i tym sposobem i ty i on mielibyście na zmianę wolny czas a on mógłby sobie w tym swoim mieszkaniu brudnymi skarpetami ozdabiać nawet świąteczną choinkę zaś kibla nie myć w ogóle. Nic by cię to nie wzruszało, po prostu wracałabyś do swego domu i kota i ćwiczyła jogę.

A po dwudziestu latach zauważasz, że ten twój niuniuś pierworodny, te twoje najukochańsze skarby świata, to wylulane maleństwo, powód matczynej dumy i zmartwień… że jest dokładnie toczka w toczkę jak ON… i te skarpety i sika na stojaka… i w ogóle wszystko… acha… na szczęście nie lubi herbaty z cytryną.

I zaczyna Cię wkurzać…

I czujesz się z tym podle.

kategoria notki dziennik fizooloficzny — Tagi: , — jamatka @ 11:57

30 stycznia 2010

Czuj czuj! Czuwaj!

Postanowiłam zrobić dziś coś pożytecznego.

Obudziłam się o szóstej rano… no a jakżeby inaczej… w końcu dzień wolny od szkoły, zatem tradycyjnie budzę się nieproszona jeszcze przed świtem, coby nie uronić ani minutki tego weekendowego szczęścia na jakieś bezproduktywne odsypianie całego tygodnia.
Zatem obudziłam się o szóstej i do dziesiątej z nosem pod kołdrą układałam sobie listę spraw pożytecznych niezrobionych.
A ta lista jest tak dłuuuuga, a ponadto z dnia na dzień wydłuża się coraz bardziej, że teraz od godziny zastanawiam się co wybrać!
Mam nadzieję, że te opowieści coby sobie wszystko przygotować przed rozwiązaniem, bo potem dłuuuugo nie będzie na nic czasu, to takie same mity jak te o koszmarach z porodówki, którym mnie wszyscy wszędzie straszą.

Nie wiem o co chodzi, ale całe życie żywiłam pewność, że moje porody były wyjątkowo paskudne i paskudnie makabryczne i makabrycznie dłuuuugie przede wszystkim… a teraz jak jestem w ciąży odnoszę zupełnie inne wrażenie.
Nie wiem jaka kombinacja chemiczna za to pranie pamięci odpowiada, ale warto byłoby mnie przebadać, póki jest jeszcze okazja i ewentualnie opatentować ten hormon czy coś, bo można by zbić na takim cudzie prawdziwą fortunę… a czasu zostało niewiele.

Bo właśnie… zbieram się dziś … jak już to COŚ POŻYTECZNE odbębnię … to zamierzam dokonać podsumowania ciąży 2009/2010 kryptonim Inoczka, bo od dwóch dni wydaje mi się, że czas jest najwyższy… wiem, że do 24 lutego jeszcze ho-ho, ale co innego wiedzieć a co innego czuć.

Jestem już na wylocie… czuję to w kościach, czuję to w głowie, całą sobą to czuję i Inoczka też chyba coś wietrzy bo zrobiła się bardzo aktywna…

Zatem czuj-czuj-czuwaj! a ja spadam stąd póki zmrok mnie tu jeszcze przy tej kaszce ryżowej na mleku nie zastał.

Edit podwieczorkowy:

Nie wiem co mam o tym myśleć, ale zaczęłam gadać z własnym brzuchem / do czego wcześniej jakoś nie mogłam się przekonać / , mówię do niego skarbie i kochanie i właśnie jestem w trakcie wykopywania Piotrusia z jego pokoju. A zajrzałam tu tylko coby przynieść dziecku nawilżacz powietrza.

W ogóle nie miałam żadnych takich planów na najbliższy tydzień, zatem nie wiem co mi odbija… ale wszystko wskazuje na to, że od rana mam równie nieprzeparte, co niewytłumaczalne ciśnienie na tzw „wicie gniazda”

czad…

kategoria notki dziennik fizooloficzny — Tagi: , , , — jamatka @ 11:00

29 stycznia 2010

odnośnie wątku o karmieniu piersią vs butelka

Misio zalągł mi się w brzuszku w dosyć mało odpowiednim momencie, kiedy zabrałam właśnie papiery z gdańskiej uczelni coby się przenieść do Krakowa. Tzn nie tyle się przenieść co na nowo rozpocząć studia na całkiem nowym kierunku, bo ten który studiowałam od prawie czterech lat zdecydowanie mi się znudził, rozczarował i w ogóle bleeeh… doszłam do wniosku, że tym to ja się parać na pewno nie będę, to na co tu tracić czas dla jakiegoś papiera plus tytuł mgr.

Tzn dawno bym taką decyzję podjęła, bo nie ma chyba nic bardziej nudnego do studiowania na uczelni plastycznej jak wzornictwo przemysłowe… na dodatek w tamtych czasach.
Jednak do takiego samodzielnego decydowania o sobie potrzebna była mi absolutna niezależność finansowa. I właśnie mniej więcej na czwartym roku finansowo niezależna byłam tak absolutnie, jak nigdy więcej nie było mi już dane.

I właśnie zabrałam te papiery… pani Jadzia w dziekanacie uwierzyć wprost nie mogła… że ot tak… bez powodu ktoś mówi, że nie… że za więcej dziękuje… wręcz tych papierów nie chciała mi dać.
Mądra kobieta…
Zaś ja wtedy wyglądałam jak wygolony do zera 15-latek w czarnych pionierkach z białymi sznurówkami i tylko zestawu kolczyków powpinanych gdzie się da do stylowego imidżu mi brakło.
Zatem ulitowała się pani Jadzia, że nie wie biedne zbłąkane dziecko co robi… gdy tymczasem to dziecko w miesiąc zarabiało tyle, ile pani Jadzia w pół roku… o ile mu się chciało… bo jak mu się nie chciało to po prostu nie zarabiało tylko robiło sobie coś innego.
A na dodatek szanowne państwo nie dostawało z tych zarobków ani grosza…

W tym momencie uspakajam, że w wachlarzu zawodów jakimi wypadło mi się parać, prostytucja akurat się nie znalazła… choć moja matka chyba właśnie o to mnie wtedy podejrzewała… nigdy jednak nie zapytała, tylko ojca nasłała na niezgrabne spytki… grunt, że  przywoziłam do domu grosz.

Tak czy owak, zabrałam te papiury i już już wyjeżdżałam do Krakowa, nawet bilet miałam kupiony, jak właśnie… no właśnie… coś mi innego po drodze wypadło i zatrzymało na bite 9 miesięcy a nawet i dłużej… a właściwie to udupiło na dobre.
Nie… nie był to dla mnie wtedy żaden problem, nawet ojcem tego dziecka ani moją matką nie musiałam się przejmować, bo ojciec dziecka nie był mi do niczego potrzebny a moją matkę, krótko mówiąc, miałam w kieszeni. Resztką zdrowego rozsądku postanowiłam tylko zdać na tę samą uczelnię, z której zabrałam papiery, tyle że na nowy kierunek… no bo ubezpieczenie itede.
Proponowano mi nawet cobym starała się o przeniesienie z tego nieszczęsnego wzornictwa na upatrzoną grafikę ze stratą tylko jednego roku, ale ja nigdy nie miałam zacięcia do grzebania się w papiurkach, wałęsania po prośbie po rozmaitych pokojach… nie nie.
Jak już miałam coś nowego zaczynać, to bez żadnej ściemy, tylko uczciwie i od początku.

Złożyłam papiery, odbębniłam egzaminy… i ciut ciut mi zabrakło.

Może to i dobrze… wynajęłam sobie kawalerkę na Żabiance, urodziłam Misia a w czerwcu następnego roku udało mi się wreszcie na ową grafikę dostać…

Ale po co ja to piszę… ?
Acha…
Bo o karmieniu piersią miało być.
… to trochę nie w tym kierunku się zapuściłam.

Otóż chciałam wyłożyć okoliczności, jak to było, że ja Misia karmiłam tylko dwa miesiące.
Ano stało się tak to, że jak mówiłam, oprócz finansowania się osoby musiałam wspierać również moją bezrobotna matkę w potrzebie… tzn nie musiałam ale jeszcze wtedy o tym nie wiedziałam, że nie muszę… dopiero kilka lat potem to do mnie dotarło.
I po prostu po dwóch miesiącach kochana babcia przekonała młodą matkę, że lepiej będzie jak ona… i tak bezrobotna, zajmie się wnuczkiem a ja wtedy zrobię się robotna w pełnym zakresie, a ponadto, że wiejskie powietrze będzie miało o wiele bardziej zbawienny wpływ na zdrowie dziecka niż naturalny pokarm matki. I z tym powietrzem to się akurat zgadzam.

Nie trudno było mnie przekonać… i chyba specjalnej przenikliwości nie trzeba, coby domyślić się powodów.

Zatem oddałam mego Misia, bez większych skrupułów i nie wiedziałam, głupia, w co ja się na wiele lat pakuję…
Ale nieważne.
Misia chowała moja matka a ja w międzyczasie zarabiałam pieniądze na siebie, na Misia i na nią. Tak… a po trzech latach musiałam wykradać po kryjomu swoje własne dziecko, jak mi się ta opcja sprzykrzyła do bólu i rozstroju nerwów…
Ale mniejsza…

Tak czy owak stać mnie wtedy było na rozmaite gerbery z komisów, ciuszki i najlepsze mleko jakie się właśnie pojawiło na rynku. Było to chyba pierwsze dostępne w Polsce mleko dla niemowląt, co to się je rozpuszczało w ciepłej wodzie bez gotowania. Quiqoz bodajże się  nazywało. Takie żółte metalowe puszki z czerwonymi literami.
Było smaczne, przygotowanie go zajmowało max 2 minuty i Misio wolał je od moich cycków od pierwszego razu.

Zresztą… nie miałam większych problemów z pokarmem, nie miałam go ani za dużo ani za mało, z tym, że jak nie trudno zauważyć, dosyć impulsywna ze mnie osoba… a nic tak nie hamuje wypływu mleka jak nerwy. A z tym akurat na deficyt nigdy nie musiałam narzekać. Poza tym to całe zawracanie sobie głowy dietami… odmawianiem sobie tego i owego… nie nie…
rezygnacja z karmienia piersią przyniosła mi ulgę. Z tym, że zaznaczam… sama na ten pomysł bym nie wpadła i nie podjęłabym takiej decyzji gdyby nie sugestie mojej matki.

Z Piotrem było już zupełnie inaczej. Po pierwsze to żyliśmy już razem… tzn ja z ojcem moich dzieci… czyli owym tajemniczym NIM, chłopem, mężem od niedawna itede.
Wynajmowaliśmy razem mieszkanie, on pracował, ja dorabiałam na czarno. Ogólnie to klepaliśmy biedę, że hej, ale akurat zaszłam w ciążę w momencie, kiedy zabłysło światełko w tunelu i chłop wziął udział w bardzo ważnej i wielkiej międzynarodowej wystawie Europa Europa i dostał do tego zlecenie za bardzo poważne europejskie pieniądze… i wydawało nam się, że wreszcie ruszyło coś ku lepszemu.
Ale światełko jak zabłysło, tak zgasło i tak właściwie już było i było… do niedawna.
Dopiero kilka lat temu stanęliśmy na nogi, o utrzymanie nie trzeba się było nieustannie martwić i na koncie zawsze parę tysiaków siedziało…

I zaczął się kryzys… a my jako ludzie „kulturalnie zarabiający” dostaliśmy po dupie w pierwszej kolejności.

Na szczęście wszystko wskazuje na to, że bessa dobiega końca i nadchodzi powoli czas hossy…  który i tak pewnie niedługo znowu w bessę się zamieni…  nie mam co do tego żadnych złudzeń.

Ale mniejsza, bo ja znowu nie o tym…

Jak urodził się Ptyś, to krótko mówiąc cierpieliśmy bidę z nędzą. A jak bida to i nerwy i za fajnie z tym pokarmem nie było, choćby względu na fakt, że na specjalne pożywne diety dla matki karmiącej se nie mogłam pozwolić.
Najważniejszy był Miś… a ja najwyżej mogłam oblizywać kubełki po jogurtach Danona, jakie się właśnie pojawiły na naszym rynku.
Do tego Ptyś… takie niby wrażliwe, delikatne dziecko, poeta i w ogóle… jednak z cyckami obchodził się wyjątkowo brutalnie i przez cały czas musiałam używać kapturków z jakiegoś plastiku, coby mi sutków moje kochane maleństwo nagimi dziąsłami nie odgryzło.
Nie było to wygodne, bo trzeba było te kapturki myć, parzyć itede, a Ptyś też zadania nie ułatwiał wykazując irytująco mało zdecydowania przy ssaniu.

Miśki to niestety patologiczne przypadki tzw niejadków i przez kilkanaście lat moje życie w zasadzie polegało na nieustannym zamartwianiu się o zawartość ich brzuszków, nie tylko z punktu widzenia finansów, zaś czas dzielił się na dwu-trzy godzinne odcinki od jednego posiłku do drugiego.
Do tego Ptyś szybko posiadł paskudną umiejętność zwracania treści żołądkowej na zamówienie … bez żadnego problemu, gładko, wręcz z wdziękiem, w pewnym momencie robił bleeeh!  i szlag trafiał bezzwrotnie cały matczyny wysiłek.
Zatem nie wystarczyło wepchnąć dziecku kęs do mordki… trzeba jeszcze było uważać coby z tym wpychaniem nie przesadzić i wycofać się w odpowiednim momencie.
A jeżeli ktoś twierdzi, że na niejadka jest prosty sposób, coby go przegłodzić do skutku… to nie… nieprawda… ja to wiem z własnego doświadczenia niestety, że bywają takie dzieci, co potrafią się zagłodzić… no może nie na śmierć, ale do poważnej choroby swojej lub rodzica.

Żesz … jak se to teraz przypominam… w co ja się znowu wpakowałam!?

W każdym razie, kończąc nareszcie, chcę tylko powiedzieć, że dokarmiłam mego Ptysia cyckiem te pół roku i z ogromną ulgą przeszłam na butlę.

No i wtedy właśnie zaczęły się schody, bo Ptyś niedługo potem zaczął chorować i wykazywał nietolerancję na coś tam, czego bliżej nie dało się określić, dlatego zaczęliśmy karmić go kozim mlekiem.
Był rok `95 i zdobycie koziego mleka nie było tak proste jak dziś. Można było je dostać w butelkach po pół litra w jednym jedynym sklepie na cały Wrzeszcz, na zapisy, w ograniczonej ilości a na dodatek często okazywało się kwaśne.
Ale jakoś to szło, robiłam z tego mleka jogurty i twarożki i dawało radę… jednak w tym przypadku żałuję… żałuję, że zrezygnowałam z piersi. Ale tylko dlatego, że karmienie sztuczne okazało się jeszcze większą makabrą niż cycek.

I tyle mojej relacji do zaczętego niedawno wątku odnośnie decyzji o rezygnacji z karmienia piersią…
Tzn Decyzji to za dużo powiedziane… jednak jak na jeden wpis naklikałam się aż nazbyt, zatem może kiedy indziej dokończę … albo i nie… bo   z moimi postanowieniami i obietnicami jest tak jak z moimi decyzjami. Czyli tak samo.

A wróciłam do tematu właściwie z powodu wpisu jaki kilka dni temu ukazał się na blogu butelkowy.pl

kategoria notki opowieści dziwnej treści — Tagi: , — jamatka @ 18:01

dziennik

  • 6 września 2010dziś dostała jamatka w kość. Nie wiem co… ząbkowanie czy podniecenie po wczorajszym spacerze nad morze. Widok morza zatyka dziecku dech w piersi i wprawia w dziwne podniecenie, które jak widać nie mija przez dłuższy czas.Albo budzi się w Inoczce zwierze pt. Rozwydrzony Bachor.dzisiaj zaczęło się… dla chwili świętego spokoju dałam jej mojego różowego laptopika, bo Inoczka ma bzika na punkcie wszelkiej elektroniki, a szczególnie ma jazdę na klawiatury z wyświetlaczem.Poza tym problem nowy.Nie będzie pełzania, będzie od razu raczkowanie.Dziś twardo staje na czterech z brzuchem wysoko w górze. Staje i boi się ruszyć. Ni w tył ni do przodu.I wtedy krzyk.Poza tym nie chce już siedzieć o leżeniu nie mówiąc, tylko by stała i machała skrzydełkami.Ptasiek mi rośnie?
  • 5 września 2010eee… tego … jakoś skończyło mi się zacięcie do pisania dziennika. Za dużo spraw na głowie, poza tym nowości już nie są nowościami a jak są to pojawiają się tak często, że jest to już norma.Więc o czym tu by…A… owsianka. Przebój piątego miesiąca to owsianka na mleku. Taka z torebki, dostosowana do wieku.Inoczka uwielbia, znacznie bardziej niż kleik ryżowy.Poza tym odkąd są te dwa ząbki włączył się odruch żucia, co stanowi pewien kłopot przy karmieniu łyżeczką.Za to biszkopty wcinamy aż miło.
  • 22 sierpnia 2010wczoraj nareszcie wyrównaliśmy szczerbę w ewolucyjnym płocie i nadrobiliśmy braki.Nareszcie dziecko dokonało epokowego odkrycia, ze jak na chwilę przestanie machać tymi łapami to może wykorzystać je do podparcia podczas siedzenia. Tak nagle tego dokonało, podobnie jak nagle przypomniało sobie o obrotach z pleców na brzuszek… tylko w odwrotną stronę jakoś nie bardzo. A wszystko to z okazji półrocznej "rocznicy"

katalogi

    Z brzucha wzięte w katalogu Gwiazdor Najlepsze Blogi Katalog blogów. Najlepsze blogi. Family BlogsBlogging My BlogCatalog Z Brzucha Wzięte Stronę monitoruje stat24