rss notki
mail
...
...
...

kolejne strony

tagi

17 lutego 2010

po kiego diabla mi te pieluchy?!

Wpis inspirowany dociekliwością Mamy Niedoskonałej

Tu link do „dyskusji” jak się rozpętała „na temat” w poprzednim wpisie.

Bo właśnie zaczęłam się zastanawiać.
Sporo zdrowia mnie to kosztowało ostatnio i nie było łatwo, bo np pojęcia nie mam, gdzie teraz poza siecią można nabyć pieluchy tetrowe bądź flanelowe.
W ogóle jeszcze niedawno nie wiedziałam, że takiego czegoś ktoś w XXI wieku używa!
Ale instrukcja do wyprawki wymaganej przez mój szpital i wszystkie porady natury ogólnej dotyczące zjawiska stanowczo podają, że TETRE must have i już!

Nawet od kilku lat mam jedną w domu… po wizycie mego bliskiego krewnego z rodziną czy coś… i leży.
Do niczego nikomu niepotrzebna…
jak na razie.
No bo do podłóg itepe to mam te rozmaite ściereczki za grosze z Rossmana.
Tanie i wygodne.

Jednak jak MUST HAVE to must have a ja choć raz staram się być ciążowo correct, zatem stanęłam na głowie, wykosztowałam podwójnie i suszy mi się teraz na dole w pracowni 10 pieluch tetrowych i 10 flanelowych i nareszcie mam czyste sumienie…

i właściwie to się zastanawiam…

po co mi to?

Bo może to jest jakiś znak, że ze wszystkich przesyłek, jakie ostatnio do mnie przyszły za pośrednictwem allegro, akurat ta jedna… z głupimi pieluchami… tyle kłopotu wciąż sprawia.
A wszystko załatwione zostało jak należy.
I usługodawca i usługobiorca to solidna firma i wszystkim procedurom na wstępie stało się zadość…

A paczkę diabeł ogonem nakrył.


komentarze[8]

kategoria notki zakupy — Tagi: , , — jamatka @ 21:34

Afery pieluchowej ciąg dalszy czyli czego jak czego ale pieluszek Ince nie zabraknie

kolejny wpis z cyklu

Samorządu co-Dziennego

o tym jak bardzo kocham zakupy on-line… a nawet coraz bardziej

Tudzież o odkryciu, że net i komputer służą nie tylko do blogowania i jeszcze…

A zresztą… już mi to obrzydło.

Muszę się teraz wykąpać czy coś…zrobić coś żeby zmyć z siebie ten wirtualny pył jaki na mnie osiadł po dzisiejszych bojach na polu Zakupów on-Line.
Jakby co, to jutro już możemy iść się urodzić bo pieluchy nareszcie się piorą.

Wprawdzie nie TE pieluchy tylko INNE… TE INNE co przyszły właśnie rano…
ale z TAMTYMI okazało się – akurat zaraz po otrzymaniu paczki z TYMI INNYMI – że AFERA PIELUCHOWA ma szansę znaleźć jakiś finał.
Zaś początek AFERY miał miejsce przeszło miesiąc temu, co zostało uwiecznione TUTAJ, w TYM wpisie na poprzednim blogu.
Bleeeh…
tak mam już tego dosyć po dzisiejszych telefonach, mailach i grzebaniu na stronie GLS-u, że najpierw muszę iść się wykąpać… a potem nie wiem… chyba się przeziębiłam w ferworze bitewnym czy co, bo dziwnie się czuję.
No i mdli mnie ostatnio coś.

A przesyłka niech sobie wędruje… tym razem ze Starogardu Gdańskiego do Szczecina… potem prawdopodobnie do… chyba gdzieś na południe… już sama nie wiem dokąd… grunt, że została wreszcie namierzona i jest szansa, że kiedyś dotrze do celu.
Mamy czas bo przezornie zaopatrzyłyśmy się już w drugą o podobnej zawartości i tym razem cała operacja trwała 2 dni.
Zaś TA jak dotrze po dwóch miesiącach to i tak będziemy się cieszyli.

cóż…bywa.

Zatem zdążę jeszcze cała historię opisać razem z epilogiem…
mam nadzieję, że jakiś będzie.


komentarze[8]

kategoria notki zakupy — Tagi: , , , — jamatka @ 17:40

16 lutego 2010

samorząd co-dzienny

innymi słowy – plany to ja se mogłam mieć, ale dzień jak zwykle zarządził się sam.

Miś jest bardzo chory dziś, zatem chcąc nie chcąc, zamiast dokańczać fugowanie podłogi, musiałam sama w dwójnasób wybrać się do sklepu, do banku i do apteki i jeszcze raz do banku – bo nie lubię płacić kartą – i do Rossmana i…

…i wróciłam obwieszona siatami jak za dawnych dobrych czasów… bo do wózka zmieściła mi się tylko chemia… to żeby się dobić zrobiłam jeszcze Tour de Lumpex z akcentem na -ex, coby było glanc i elegancko.
A teraz leżę i zdycham całkowicie z elegancji i z energii wyprana i na więcej dziś już mnie chyba nie stać.
Na szczęście jest iście wiosenny dzionek, odwilż na całego a słońce na Naszej Mojej i Inoczki Górce odbija się od tych wszystkich białości, w jakie przybrałam Nasz Pokoik i nareszcie jest jasno za friko!
Na niedofugowaną połowę podłogi staram się nie zwracać uwagi.

Czuć że idzie wiosna.
Przynajmniej u nas na północy.

Mówiłam? mówiłam już dawno temu, że Inka pojawi się z wiosną?
Nieważne, że wiosna to przede wszystkim katar roztopy i chlupanie w butach…

grunt, że nareszcie ktoś włączył światło!

Zatem dziś ogłaszamy bezproduktywne leżanko i zbieranko sił a coby tak całkiem bezproduktywnie nie było, mam plan coby się dziś ostatecznie rozprawić z tematem
cukrzycy ciążowej według Pampersy.
Dlatego przekleję za chwilę wpis z poprzedniego blogu, coby wszystko było w jednym kawałku a google nie dostały schizofrenii z brzucha wziętej.

No to już…
Kto czytał, czytać dalej już nie musi, a kto nie czytał to …
to se może…
przeczytać.


cukrzyca ciążowa według Pampersy

No mam… i to dość szybko udało się u mnie namierzyć ten feler, bo mój doktór jest wyjątkowo czuły na tym punkcie. Bo doktór twierdzi, że wprawdzie większość lekarzy zwykła bagatelizować tę ciążową przypadłość, jednak on sam, przynajmniej raz do roku ma do czynienia z obumarciem dobrze rokującego płodu, właśnie z powodu cukrzycy. Wspomniał nawet, że wprawdzie nie jemu samemu, ale znajomemu lekarzowi trafił się niestety taki pech, że bezproblemowo prowadzona ciąża pewnej pani reżyser zakończyła się nagle i niespodziewanie w 7 miesiącu, właśnie śmiercią dziecka, właśnie z powodu tak niefrasobliwego podejścia owego znajomego lekarza do omawianej tu kwestii.

I niby wyjątkowo podle w tym przypadku los się ze mną obszedł, bo jak różne sieciowe źródełka podają, trafiłam z tym cukrem do bardzo elitarnego grona stanowiącego mniej niż 10% ogólnej zaciążonej populacji… ale ja nie wiem… bo gdzie się nie obejrzę tam buch! ma albo miała brzuchata baba jakiś epizod z tym słodkim paskudztwem.
Bo np mówię memu pewnemu krewnemu… a okazuje się, że jego osobista kobieta, czyli moja nie całkiem krewna… też… rok temu jak była w ciąży, zrobili jej badania, przepisali dietę, potem po jakimś czasie znowu zrobili badania i jak się okazało, że nic złego się nie dzieje… znaczy cukier w normie, to dali jej z tą dietą spokój. I niby nic się nie stało, dzidzia urodziła się okej.
Ale ja tam uważam, że nigdy nie wiadomo czy jest okej, bo zawsze istnieje możliwość, że mogło być okej bardziej.

I to jest moim zdaniem, wedle tego co wbił mi doktór do głowy, przykład niefrasobliwego podejścia do problemu cukrzycy ciążowej.
Bo doktór mój rzekł… a nawet nakrzyczał na mnie kiedyś, podejrzewając o lekceważący stosunek do jego antycukrzycowych zaleceń, że nie tyle wysoki czy niski poziom cukru szkodzi dziecku w brzuszku, jak poziomu tego cukru zbyt duże wahania.
A trudno jest stwierdzić, jak to z tymi wahaniami jest, robiąc test raz na miesiąc, nawet jeżeli robi się go 3 dni z rzędu i w wyspecjalizowanej klinice.
A że to prawda i z cukrzycą nigdy nic nie wiadomo, to sama wiem najlepiej, bo doktór jak tylko zobaczył wyniki moich badań na glukozę, to po primo kazał mi nabyć za 70 PLN glukometr i mierzyć poziom cukru we krwi 4 razy dziennie.
Rano na czczo i 3 razy w ciągu dnia godzinę po posiłku.
I do tego wyniki miałam grzecznie i skrupulatnie spisywać w tabelce, coby dało to doktorowi właściwy pogląd na konkretnie – moją cukrzycę ciążową.

A wszystko można o mnie powiedzieć poza tym, że bywam grzeczna i skrupulatna, dlatego doktór wreszcie się na mnie wydarł.

Ano bo nic nie wiadomo i odgórnie, tak rach ciach, nie da się ustalić właściwej diety antycukrzycowej, bo…
Bo nie.
Bo oczywiście, pierwsze co zrobiłam po powrocie do domu z tą hiobową wieścią, to ruszyłam w Tour de Internet i na jednym z for znalazłam bardzo interesującą wypowiedź jednej z przyszłych mam tkniętych tym przesłodzonym nieszczęściem, która drogą prób i błędów z glukometrem w dłoni odkryła nareszcie, że w jej przypadku akurat wcale nie słodycze, typu ciasta i czekoladki, ten cukier najbardziej we krwi windują, nawet nie smażone mięcha i pasztety… a zwykły chleb powszedni.
I to obojętne czy biały czy razowy.
Odkąd wykluczyła wszelkie pieczywo z jadłospisu problem cukrzycy ciążowej nieomal przestał ją dotyczyć.
Nieomal… bo bez przesady… mówiąc o tych ciastach i czekoladkach mam na myśli zachowanie pewnych granic zdrowego rozsądku… bo pewno, że jak taka jakaś jedna wchłonie pół tortu z bitą śmietaną – jak to miała np w zwyczaju moja matka… / witamy mamusię ponownie ciepłym wspomnieniem oraz jej 100 kilo żywej wagi „nie wiadomo skąd wzięte” … / no to w takim przypadku nawet zdrowa trzustka nie dałaby rady podobnemu obciążeniu.

Bo może teraz czas na krótki uproszczony wywód, skąd akurat w ciąży ta cała cukrzyca się bierze.

Ano zwyczajnie… jak wszystko inne m.in niedoczynność tarczycy, z czym też mam przyjemność, jak się ostatnio, tym razem ciut za późno, dowiedziałam.
No bo rośnie ten bebech i rośnie niczym kukułcze jajo i wypycha w kierunku przełyku pełnoprawnych autochtonów zajmowanego lokum i chcąc, nie chcąc, wobec tak bezpardonowej ekspansji, zaskoczeni z nagła lokatorzy posesji cisnąć się muszą w coraz mniejszej kanciapce, w skądinąd uroczych okolicach splotu słonecznego… i ledwie zipią z tej ciasnoty, duchoty i w ogóle.
Tym samym ich wydajność spada drastycznie i np taka pani Trzustka spod szóstki nie jest już w stanie na dwóch metrach kwadratowych produkować wystarczającej ilości insuliny jaka jest wymagana do rozkładu tego całego cukru i węglowodanów co se je w bebechy co chwila aplikujemy.
Dlatego w obliczu tak krytycznej sytuacji albo musimy się posiłkować insuliną ze zrzutów z UNRY, albo tak dozować kolejne porcje ładunku dla pani Trzustki spod szóstki, coby biedaczka w tej nowej sytuacji jakoś dała radę to wszystko obrobić na czas. Dlatego w przypadku cukrzycy ciążowej najlepiej jest jeść bardzo małe porcje ale za to często. Często, bo po pierwsze w ciąży odżywiać się należy… bez dwóch zdań a po drugie…
Po drugie to wracam do tego co mówił doktór… że podstawa to coby poziom tego nieszczęsnego cukru nie ulegał zbyt dużym wahaniom, co oznacza, że nie powinien być także zbyt niski.
I wedle tego wykombinowałam sobie, że wręcz korzystnie jest w nocy, kiedy w żołądku zrobiły się luzy, iść w wiadome miejsce, coby zapełnić te luzy czymś małym i właśnie najlepiej słodkim. Np kostką czekolady.

Słodkim, o ile nocna porcyjka ma być niewielka… jeżeli jednak ktoś ma ochotę na pół kurczaka o trzeciej nad ranem to słodzonej herbatki do popicia nie powinien sobie szykować.

Tak czy owak…

Zasady wedle pampersy są takie:

Po pierwsze zakup glukometru i badanie, co nam ten cukier najbardziej podnosi a co wręcz obniża. Bo to różnie z tym jest i wyniki eksperymentów na sobie samej zacukrzonej mogą naprawdę zadziwić.
Mi np słodycze o wiele mniej szkodzą niż owsianka… a właśnie w zalecanej diecie antycukrzycowej widziałam płatki owsiane.. a dla mnie akurat taka mała miseczka na na wodzie… i tylko trochę mleka dodane, to po prostu cukrowa masakra piłą mechaniczną 5.
Także owoce… żadnych przeciwwskazań nie zaobserwowałam, banany wcinam ile wlezie i nic. Gorzka czekolada… spoko. Serniczek taki z kakaowym czymś na wierzchu…nie za dużo, ale okej.
Mięsko duszone w śmietanie i pieczareczki do tego i takie coś na makaron… no problemo, zaś już niestety pizza… dwa kawałki zwalają z nóg mimo, że wygląda to o wiele bezpieczniej niż ten pieczarkowo-śmietankowy sosik.
A przede wszystkim to, co mnie najbardziej rozwala to nerwy. Każdy większy stres i moja biedna pani spod szóstki nie jest w stanie obrobić bele kromki czarnego chleba z gorzką herbatą. Podobnie działa niewyspanie .. ogólnie zła kondycja psycho-fizyczna ma w moim przypadku decydujący wpływ na produkcję własną insuliny.

Jednak nie są to żadne wskazówki natury ogólnej. Wyniki moich glukometrowych harców bywają tak zaskakujące, że sądzę, że każdy ma to skonstruowane inaczej i to na dodatek w zależności od aktualnych warunków.

Są też różne cukrozbijacze, ponoć dużo ruchu działa cuda.
Nie dane mi było sprawdzić, bo ja się non-stop ruszam najwięcej jak mogę… a że mogę niewiele to inna sprawa.
Za to z moim cukrem bardzo ładnie daje sobie radę jogurcik… taki zwykły jogurcik bez niczego. I tak jak już się za bardzo w tej czekoladzie zapomnę i wyrzuty sumienia przyjdą po niewczasie nad pustym papierkiem, to zapodaje sobie taki np Bałkański i spoko… sumienie mam czyste i żadnego piekła obawiać się nie muszę.
Po drugie…
Niby zalecają coby zwiększyć ilość posiłków z 5 do 7 dziennie jednocześnie zmniejszając porcje, ale ja po prostu skubię sobie bez przerwy trochę tego i owego i konkretnej ilości posiedzeń obliczyć się nie da. I tak od samego początku to robiłam, bo rozmiar mego brzucha szybko przyblokował ilość miejsca dostępnego na wciśnięcie weń czegoś tam jeszcze.

I zwracam uwagę, żeby zaraz przed zaśnięciem coś zapodać… np szklankę mleka… i jeszcze w nocy coś małego słodkiego… i zaraz po porannym siusianiu pierwsze co robię, po grzecznym umyciu łapek ofkorz, to z jednym okiem jeszcze zamkniętym wyciągam z lodówki np actimel plus jakieś ziarenka np słonecznik… i dopiero potem cała reszta dnia się zaczyna.
Po to, żeby jakiś tam cukier w niewielkiej ilość bez większych przerw w tej mojej krwi zawsze się znajdował. Coby nie zabrakło.
A po trzecie staram się nie denerwować….
Taaaa…


Materiały:
cukrzyca ciążowa – co to jest? – poradnikmedyczny.pl

babyboom.pl – prawidłowe żywienie w cukrzycy ciążowej


komentarze[20]

kategoria notki mondrości dla potomności — Tagi: — jamatka @ 20:36

15 lutego 2010

żeby nie było…

… że coś, taka milcząca się zrobiłam, bo źle ze mną albo że już… to się odzywam, że jeszcze nie, tylko że…

Że dziś jest piętnasty, zatem od jutra zaczniemy 39 tydzień ciąży, zaś za za osiem dni jest dwudziesty trzeci luty i jest termin i chyba w związku z tym czuję coraz większe parcie na szukanie dziury w całym… i właśnie znalazłam wczoraj te dziury.
Całe metry bieżące dziur!

I co robi samotna słomiana wdowa małego wzrostu z wielkim brzuchem w 39 tygodniu ciąży… na dodatek z dwójką potomstwa płci męskiej na karku?
No, nie… nie…
trzeba jednak teraz przyznać, że to raczej to potomstwo ma na karku mnie i Inoczkę, bo…

Bo wprawdzie wyszlifowałam już wcześniej w Naszym Pokoiku na Górce większość podłogi, lakierowaniem, na akrylowo oczywiście… zajmę się latem.
Zresztą póki co, nie ma specjalnie takiej potrzeby bo te surowe solidnie przesezonowane deski bardzo ładnie wyglądają a jak leżą na nich chodniki… takie co zawsze można je wyprać nawet w 90 stopniach… to nie ma raczej obawy, że niezaimpregnowanej podłodze mogłoby się coś stać.
I tak mam coraz większą ochotę nie lakierować jej wcale a wywoskować.
Była kiedyś na rynku taka pasta, Pałacowa się nazywała… woskowaliśmy nią, za moich konserwatorskich czasów, granitowe kolumny.

Ale mniejsza…
tak czy owak podłoga jest wyszlifowana z grubsza, ściany wycekolowałam będąc jeszcze w czwartym miesiącu, pazatykałam dokładnie każdą dziurkę przy podłodze i pod sufitem, coby żadna zarazka się do mojej Inoczki nie przecisnęła ze strychu czy z dachu, bo…

Bo jak nam w tym pokoiku na górce „fachowcy” kładli podłogę to zostawili między dechami szpary sięgające miejscami do pięciu mm! … tłumacząc coś, że i tak za rok dwa trzeba będzie tę podłogę przełożyć, jak się przesezonuje i wtedy to się wyrówna.
Lat minęło dwanaście i nikt nic nigdy oczywiście nie przekładał, choć plany na ten temat chłop snuje systematycznie…
a jakże by inaczej ;)

Podłoga wysezonowała się już na fest z okładem, zaś szpary zostały.

A w tych szparach przez te dwanaście lat zdążył się wykształcić prawdziwy mikrokosmos mikroskopijnych żyjątek i roślinek żerujący na tym, co w międzyczasie między dechami zaległo tak, że żaden odkurzacz tego już nie wyssie.

I właśnie wczoraj ruszyła mi wyobraźnia, jak tak leżałam na lewym boczku bezmyślnie gapiąc się w podłogę.

I najpierw powoli…

„jak żółw ociężale ruszyła maszyna po szynach ospale”…

itede itepe…

aż w końcu poszłooo! …

pełną parą na temat, co ten mikrokosmos może zrobić z moją bezbronną dzidzią jak mu pożywienia między tymi szparami zabraknie.

Jeszcze przy szpachlowaniu ścian wymyśliłam do tych dziur przy podłodze specjalny mix na bazie gipsu ceramicznego, którego żadna siła nie zmoże i nie wykruszy i póki co się sprawdza, choć kaloryfery grzeją na full.
Takie coś… gips szpachlowy – coby opóźnić wiązanie, plus gips ceramiczny… pieruńsko twardy i bardzo biały… i woda z wikolem. Wikol, bo akryl jednocześnie opóźnia wiązanie gipsu i zwiększa wytrzymałość naszej szpachlówki domowego wypieku.

Co?… opłaca się być babą budowlańcem :)


Zatem od wczoraj razem z Inoczką fugujemy podłogę w naszym pokoiku :)
Ja na tej podłodze siedzę a Inoczka leży.
Tzn mój brzuch leży na podłodze a w nim Inoczka.

Mamy już połowę i najchętniej skończyłabym całość jeszcze dzisiaj, skoro nabrałyśmy z czasem wprawy i migiem już nam to idzie, ale po wczorajszym fugowaniu, jak w nocy przyszło mi wstawać do kibelka… i to pięć razy! … uhhh… to było…

Dlatego korci mnie strasznie, coby umieszać następną partię mixu szpachlowego, bo te szpary aż się proszą… ale wykażę się zdrowym rozsądkiem, bo ktoś w tym domu musi być odpowiedzialny!
Do licha!
Tym bardziej, że przesuwałyśmy dziś do spóły z Piotrusiem ten wielki materac dwa metry na dwa… i przenosiliśmy łóżeczko… i szafki…
… i może się okazać, że dzisiejszej nocy wstać do kibelka będzie jeszcze trudniej.
Ale podłoga, w tej zafugowanej połowie, wygląda super. Wszystko jest takie białe i drewniane jak z tego mego snu… zasłonkę na okno też dałam z białej surówki. I kapa na materac też biała.

Jutro już to skończę i jeszcze tylko przelecę szlifierką po wierzchu pozostałości gipsu na deskach i będzie cudnie!
Takie se gniazdko uwiłyśmy, tu nad dachami starówki, że nikt takiego nie ma.
Wszystko tu mamy… poza najzajebistszym widokiem świata mamy wielki materac 2×2, jak będziemy chciały poleżeć se razem…

O… w jednym tylko przypadku lubię karmienie piersią… na leżąco na boczku właśnie. Mego Misia czasami tak karmiłam. Jak wchodziła już butelka, to jedynie tak dawał się na cycka namówić.

A jak nie będziemy chciały zjadać się na leżąco, to mamy też tu ten wieeeelki fotel z wysokim oparciem…  na który uszyłam pokrowiec z białej surówki :)…
i trzy szafki z sosnowego drewna i łóżeczko i stół z moim pecetem i różowego laptopika i taki szmaciany kosz na brudne ciuszki z Biedronki… i z białej surówki :)
i nawilżacz powietrza i TummyTub do kąpieli.

I jeszcze jutro przyniosą mi tu Miśki tę komodę, gdzie teraz trzyma się papiery w pracowni, bo przyszło mi dziś do głowy, że przydałaby się…

i w ogóle żyć nie umierać! Pięknie jest!

Tak pięknie bywa jak się ma mamę budowlańca :)


komentarze[12]

kategoria notki wicie gniazda — Tagi: , — jamatka @ 13:52

12 lutego 2010

Na początku stworzenia był seks

OCH SEX!

SEX!, SEX!, SEX! SEX! SEX!

ta fuj trzyliterowka…  trzypalcówka na instrument…  rozpoznawalna we wszystkich językach… językach… hehe…  co w porządnym domu, szczególnie na ustach kobiety  pojawiać się nie ma prawa… ustach… uhhh… kobiety…
a jeszcze szczególniej przy dzieciach…
Ohhhh!
a jednocześnie… Ach!

no i jest jeszcze okres, podpaski i takie tam… ale tu się w sumie nie dziwię, bo sama nie lubię specjalnie kontemplować składowych akurat TEGO aktu z  zestawu do ciągłości podtrzymania gatunku.

Zatem jak pracowałam na budowie i ten… ta… moja płeć przykuła mnie do gleby a dostępny był tylko ON – szef, a nie ONA – szefowa…  to trochę niezręcznie było mi wyjaśniać, dlaczego dziś siedzę w domu a nie na ścianie.
Abo tak już mam, o czym, pisałam chyba TU… pewną taką nieśmiałość wojennych roczników czy co…

Natomiast moje dzieci, konkretnie Misiu Mamusi…

Otóż szedł kiedyś chłop do marketu w TYCH DNIACH, w których JA wolę nigdzie nie chodzić…  i poprosiłam go, żeby przy okazji kupił mi podpaski.
I okej… poszedł chłop ze starszym synem jako wsparciem logistycznym do BOMI, stanął jak ten osiołek przez półką z sanitariatami dla dam… i utknął…
bo nie sprecyzowałam o JAKIE podpaski konkretnie MI chodziło, zaś ON nie przypuszczał, że wariantów jest aż tyle.
I wreszcie pyta chłop nieśmiało swoje nastoletnie dziecko płci męskiej.

- Synuś… nie wiesz czasem jakich matka używa podpasek?
- Takich!.

Ani chwili wahania… normalnie…  dwa kroki do półki, zdecydowany ruch prawego ramienia, mocny chwyt i absolutny strzał w dziesiątkę!
Bo fakt, mam wymagania specyficzne, żadnych skrzydełek i żadnych plastikowych siateczek ani innych takich marketingowych ściem.

Chorobcia… sama nie mam pojęcia, skąd ONO to wiedziało?!… raczej „w tej takiej nieśmiałości” nie obnoszę się z podobnymi stanami po domu i staram się zachować ten… tego… pewną dyskrecję.
Choć fakt… chyba któremuś kiedyś mówiłam, o co z tym okresem chodzi, jak zapytało … i to jak zwykle w miarę zrozumiale, kawa na ławę, w granicach zdrowego rozsądku ofkorz… ale to raczej był Ptyś  bo dla mego Misia TE SPRAWY były zawsze  taką oczywistością, że w ogóle nie zaprzątał sobie nimi głowy.
Nigdy mnie nie podglądał… nigdy MI się nie przyglądał ani nie ugniatał dziwacznie podczas wspólnych kąpieli…

hmmm… kąpiel z  BeBe… fajna rzecz.
Oczywiście do czasu… z męskimi odpowiednikami BeBe… z dziewczynkami chyba można dłużej… nie wiem… teraz będę miała okazję sprawdzić.

Zatem nic z tych rzeczy Misia nie ruszało, czego nie da się powiedzieć o Ptysiu.
Ptyś to zupełnie co innego.

Dość wcześnie dało się zauważyć, że kręci go i interesuje absolutnie wszystko w te klocki.
A szczególnie różnicom w budowie anatomicznej Ptysia i Mamy Ptysia, Ptysiu poświęcał sporo przemyśleń,  bo doszło dziecko kiedyś do wniosku, że mama dlatego jest taka NIENORMALNA… w sensie, że nie ma tego co wszyscy NORMALNI… czyli  np Ptyś, Miś i ON… no więc Mama nie wiedzieć czemu sili się na ekstrawagancję i chcąc się wyróżnić, swojego ptaszka nosi schowanego między zaciśniętymi udami.

Takie genialne mam to młodsze dziecko… i długo nie dawał się z tego przekonania wyprowadzić. No przecież nie mogłam mu tego pokazać… że tak powiem czarno na białym… kąpiel kąpielą, ale wszystko ma swoje granice.
Co do tego drugiego elementu różnicującego NORMALNOŚĆ, to nie wiem do jakich wniosków doszedł, bo kwestia nie była poruszana.


A tak swoją drogą zastanowiło mnie teraz, jakim sposobem Ptyś mi takie informacje przekazywał, skoro zaczął mówić w wieku 10 lat. W sumie nie pamiętam dobrze, ale faktem jest, że mieliśmy  tylko we dwoje specyficzny język gestów i grymasów, choć czasem ciężko było się dogadać.

Np jak Ptyś urządził monodramę, gdzie odgrywał rolę wróżki… trudno było zgadnąć kim jest ta postać zamotana w firanki z rękawicą gumową na patyku w dłoni, ale się jednak dało.

O Kopciuszku był ten epizod.

A wracając do Misia, to Misiu to do tej pory nie widzi przeciwwskazań w pakowaniu mi się do łazienki, kiedy  siedzę w wannie… w ogóle jakby nie było sprawy… sam to się zamyka i owszem… ale w drugą stronę, to czy matka stara czy młoda, ubrana czy nago… jakby nie robiło mu różnicy. Matka to matka i już.

Takie to teraz czasy czy co? … nie wiem, jak to się stało, bo sama pamiętam, że mój np brat dłuuuugo baaaardzo kapał się z majtasach… taki był wstydliwy… zaś na pierwszym roku studiów mieszkałam z takimi dwoma dziwolągami z roku trzeciego, że jedna z nich pod prysznic chadzała w bikini.
A teraz ta młodzież taka… bezpruderyjna..

Zatem nadążając za czasem bezpruderyjnie jeszcze raz zrobię ten szlaczek

SEX!, SEX!, SEX! SEX! SEX!SEX!, SEX!, SEX! SEX! SEX!SEX!, SEX!, SEX! SEX! SEX!SEX! SEX!SEX!

SEX!

bo co? … o macicach to se tu możemy na prawo i lewo, o płodach,  brzuchach, embrionach, o szyjkach, cycorach, oksytocynie, tych drugich, co w spermie… ale o seksie to już tak…  hehe… he…  …he.

Kiedy to wszystko właśnie z tego seksu się wzięło!

Zaś świat wokół dupy się kręci  :)

Ach… tak się tym seksem zaaferowałam, że zupełnie z głowy mi wyleciało, o czym to ja miałam w założeniach…
A miało być właśnie o motylkach, pszczółkach, kwiatkach i innych takich elementach języka obrazkowego, jakiego ponoć ludzie używają w sytuacji, kiedy potomstwo robi się zbyt dociekliwie.
Tzn, że co… że jak, że zbyt dociekliwe? Że interesują go sprawy fundamentalne to znaczy, że „zbyt dociekliwe” ?

No więc tak czy siak, u mnie tego problemu w ogóle nie było… sama nie wiem dokładnie jak i kiedy… chyba jakoś tak w okolicach trzeciego roku życia, zanim każde z nich, każde na swój sposób rozpoczęło życie w społeczeństwie bardziej na własna rękę… czyli zaraz przed okresem podwórkowym… tzn właściwie to Misia tylko dotyczy bo u Ptysia okres podwórkowy zaczął się wiele lat później… heh… nie lubię do tego wracać, zatem zostawmy ten wątek.

Zatem znowu ten SEX.

Hmmm… to właściwie już powiedziałam co miałam powiedzieć, bo szczegółowiej wyłożyła rzecz na swoim blogu Mamrotka, a ja po przeczytaniu jej wpisu postanowiłam dołożyć tylko swoje trzy grosze.
Bo chciałam dołożyć te grosze, bo moje dzieci są już dorosłe… tzn prawie, pół na pół. I można stwierdzić jak takie pro-seksualne wychowanie w rodzinie wpływa na dziecięcą psyche… a potem na dorosłą… czy wypacza charakter czy wręcz przeciwnie…

No i właśnie…

Właśnie…
Właściwie oboje z NIM mamy swoje temperamenty odrobinę powyżej przeciętnej… hehe… szczególnie teraz po czterdziestce… taaaa…
i nie dało się w NASZYM przypadku przed dziećmi ukryć, że coś takiego jak SEX istnieje.
Tzn nikt tego przy nich nie robił, jednak zawsze dobrze wiedziały, po co matka z ojcem w środku dnia leżą pod kołdra przed telewizorem i na dodatek wyganiają dziecka do dziecków pokoju albo w ogóle zamykają do siebie drzwi.
Pewno też zdarzyło im się przypadkiem coś usłyszeć czy podpatrzeć… nie wiem… nie skarżyły mi się, żadnej traumy też nie zauważyłam… a że kumają o co chodzi to wiem po ich konspiracyjnych uśmieszkach i okazjonalnych śmichach chichach.

Zresztą…
…w sytuacji, kiedy ON ma to do siebie, że przy NIEJ 5 minut łap nie utrzyma przy sobie coby gdzieś nie klepnąć albo nie nacisnąć, trudno pewne sprawy przed dziećmi ukryć… zresztą po co?
Jak widać, nie ma w tym nic złego… a nawet śmiem twierdzić, że przeciwnie…
…bo teraz… przed Nowym Rokiem…  kiedy przez dobre 6 miesięcy nie układało się między NAMI najlepiej… delikatnie mówiąc… i nie tylko o żadnym poklepywaniu mowy być nie mogło, ale w ogóle omijaliśmy siebie szerokim łukiem… to akurat ten okres zbiegł się z dziwnym zachowaniem Piotrusia… jakieś przybite, małomówne i drażliwe dziecko się zrobiło, aż nawet psycholog szkolna zadzwoniła do mnie kiedyś, czy coś złego w domu się nie dzieje, bo Piotrkowi zdarzyło się w szkole rozpłakać kilka razy bez powodu i ogólnie widać, że coś go gryzie.
Miś też nagle bardzo zapragnął wyprowadzić się z domu..
Zatem…

Tym bardziej, że odkąd znowu się wszystko między NAMI naprostowało… to przynajmniej Ptyś … zdecydowanie wraca do równowagi.
A Miś…
a Miś ma teraz wąty przede wszystkim do płci tego co ma się w domu niedługo pojawić… taką opcję teraz preferuje…  Psia Ich Chłopska Pospolita.
Ale to mu przejdzie… znam ich. Oni dwaj… Miśki… tzn ten pierworodny i On… to jest właśnie ten typ, co po wierzchu cham a w środku złoty człowiek. Czyli dokładnie moja preferencja, zatem nie narzekam, tylko cierpliwie poczekam na rozwój wypadków.
Póki co Miś oprócz pracy i szkoły ma teraz zleconą przez ojca misję do spełnienia, czyli opiekę nad ciężarną matką. I naprawdę muszę przyznać , że się stara, jak to tylko Miśki starać się potrafią.

Hmmm… nie będę się siliła na prezentację wniosków… przedstawiłam tylko sytuację, jaka ma miejsce w przypadku naszej rodziny, a każdy niech se to po swojemu zinterpretuje.

Co jeszcze… a…

kontakty moich Misiów z dziewczynami

.
No cóż… o Ptysiu nie ma co za wiele mówić, bo ma 15 lat, dojrzewa i różnie się to objawia… w każdym razie niedawno pwyraził potrzebę dbałości o higienę osobistą.
Nareszcie… uffff…

Co do np

zainteresowania pornografią


no co? … pornografia też dla ludzi a już na pewno dla dojrzewających chłopców…
No więc, jeżeli o to chodzi, to dziecko ostatnio korzysta z przeglądarki Chrome, bo skarży się, że jego Firefox zwariował i ciągle mu otwiera strony z pornografią.

Coś jest na rzeczy, bo też to mam na PeCecie, zaś na laptopiku już nie. A nigdzie po takich sieciowych rejonach nie buszowałam. Przynajmniej nie na pececie…
Nie chce mi się dociekać przyczyn,  przeinstaluję po prostu kiedyś system i już. I tak muszę Ptysiowi dokupić nowy  twardy dysk.
A póki co na moim PC korzystam z Opery.

Zatem chyba ta pornografia Ptysia nie ciągnie… ani nie też nie miał oporów coby się przed matką do wiedzy o takim zjawisku przyznać.

Co do Misia
Miś… cóż… Miś jak pisałam podobny jest do ojca toczka w toczkę… zatem należałoby twierdzić, że libido natura ustawiła mu na podobnym poziomie.
No i właśnie jakoś nic… niedawno był taki czas, że nie miało dziecko dziewuchy dobry rok… trochę skarżyło się, że go to uwiera, jednak wcale nie latało po mieście z wywieszonym ozorem w poszukiwaniu  samicy… zresztą kto zna Misia wie, że daleko lecieć by nie musiał.
Nie… Miś do TYCH spraw  podchodzi… no… jakby tu rzec…
no ONI… te moje dwa Miśki… tzn syn i jego ojciec… zatem ich cechą naczelną jest monogamiczność… krótko mówiąc… WIERNI SĄ JAK PSY, choć nie muszą.
I na podstawie obserwacji jakie od kilku lat prowadzę na Misiu śmiem twierdzić, że jest to cecha dziedziczna, nie nabyta.
Zatem nawet jak przez niedawne pół roku posuchy JEMU coś tam się przytrafiło to ja w to nie wnikam… bo nie ma nawet w co wnikać.
A co do Misia i pornografii…
A tak.
Przyszedł stosowny czas jak sprzątając jego pokój znalazłam odpowiednie pisemko i jedną płytę pod materacem. Nawet specjalnie schowane nie było.
I co zrobiłam?
Nic.
Odłożyłam na miejsce.
A co innego powinnam?


komentarze[8]

kategoria notki Zestaw Kina Domowego,mondrości dla potomności — Tagi: , — jamatka @ 15:14

dziennik

  • 22 sierpnia 2010wczoraj nareszcie wyrównaliśmy szczerbę w ewolucyjnym płocie i nadrobiliśmy braki.Nareszcie dziecko dokonało epokowego odkrycia, ze jak na chwilę przestanie machać tymi łapami to może wykorzystać je do podparcia podczas siedzenia. Tak nagle tego dokonało, podobnie jak nagle przypomniało sobie o obrotach z pleców na brzuszek… tylko w odwrotną stronę jakoś nie bardzo. A wszystko to z okazji półrocznej "rocznicy"
  • 18 sierpnia 2010no i mamy pierwsze uczulenie. Przy okazji dowiedziałam się jak to wygląda bo ciągle nie byłam pewna czy to co jej wyskakuje na nosku to trądzik niemowlęcy czy uczulenie.To teraz wiem.Teraz trzeba określić na co to uczulenie.Czy na nowe mleko?Czy na kaszkę kukurydzianą z truskawkami?Czy na ro-coś tam ryżowe z czymś tam m.in pomidorami.Mam nadzieję, ze to nie mleko a stawiam na truskawki.
  • 12 sierpnia 2010O! już dwunasty. To za tydzień i dzień kończymy pół roku. Kończy się puszka z Bebilonem 1 i korci mnie strasznie zeby już kupić dwójkę. Tym bardziej, że Inka za mlekiem najwyraźniej nie przepada.I jakoś tak się samo zrobiło, ze zasypiamy już same. Ja tylko podchodzę kiedy zajęczy bo jej smoczek wypadł. A raczej sama go wyrzuciła.

katalogi

    Z brzucha wzięte w katalogu Gwiazdor Najlepsze Blogi Katalog blogów. Najlepsze blogi. Family BlogsBlogging My BlogCatalog Z Brzucha Wzięte Stronę monitoruje stat24