ufff… ale mi dała popalić pod koniec dnia…
Z tymi moimi dzieciami de Bigest Problem Ys taki, że nie można dopuścić coby zmęczyły się zanadto jednocześnie dbając by nie-zmęczyły się za mało.
A o co chodzi konkretnie? Ano o ten sen. SEN BeBe, ten największy skarb rodzica, bo przecież nie ma cudniejszego widoku niż BeBe pograżone we śnie, najlepiej z rodzaju snów kamiennych.
I chociaż brak zorganizowania to podstawa mojej natury, w tym przypadku, muszę trzymać dom w ryzach i pilnować i siebie i dzieci, coby zegar biologiczny tykał miarowo.
Jednym słowem, jak się nie położę spać przed dwunastą to potem z zaśnięciem ma ogromny problem.
podobnie moje dzieci…
chociaż nie do końca…
Misia system dzienny od dłuższego czasu mnie zadziwia, zatem załóżmy, że Misie z czasem misieją i stają się coraz mniej podobne do matki, bo fakt, Piotrusia ostatnio też wykopać z wyra nie sposób przed południem a spać najchętniej kładłby się o świcie.
W końcu wiadomo, że nic tak dobrze jak noc na inwencję twórczą nie wpływa a moje dzieci od urodzenia twórcze są bardzo. Czasem bardziej niż bym tego sobie życzyła.
N`ale jak są małe to mają jak ja niestety i np. numery z przetrzymywaniem “aż padnie” są zupełnie nie dla nich.
Im bardziej zmęczone BeBe tym trudniej mu zasnąć a jak już wreszcie się uda, to śpi płytko budząc się z krzykiem co chwila a jak już się wybudzi to wpada w stan osobliwego szaleństwa, nad którym trudno zapanować. Wyprowadzanie beBe z owego zakręcenia wymaga potem całego dnia zabiegów: odkręcania, zakręcania, lulania, bujania, chuchania i dmuchania, dopóki wreszcie swego nie odeśpi.
Dlatego nie mam wyjścia, moje BeBe muszą być wylulane, wyprzytulane i wymiętoszone i nie ma matka-zmiłuj.
Trudno,taki ojciec taka matka to trudno, żeby mieszanka z tego wyszła normalna.
A tą razą źle wycyrklowałam z karmieniem. Właśnie się obawiałam czy zdążę z kąpielą Szanownej Królowej Proletariatu Artystycznego przed papu, zanim w królewski nerw wpadnie czy nie.
No i nie…
Raban był że hej.
Wpadła w gniew królowa, że mało nie zwróciła z trudem i na raty wciśniętej działki Bebilonu.
Jak pomyślę …
a gdybym karmiła piersią? moje biedne cycory… pewnie już by ich na świecie nie było.
Ufff…
Normalnie…
Normalnie, jak się nie napiję to mnie strzeli!
Teraz powiesiłam ostatnie pranie, on tam na górze pilnuje coby jej smoczek z królewskiego dziobka nie wypadł, bo znowu byłby błąd nie do wybaczenia… i raban… królewski.
… a ja jak najszybciej muszę zaliczyć jakiś relaks by zdążyć przed dziesiątą nie tylko powiesić pranie, wysterylizować butelki itede-babskie-sprawy, ale jeszcze zrelaksować się wystarczająco po tym zabieganym dniu, bo nie zasnę… a jak nie zasnę dziś, to jutro nie zasnę tym bardziej.
Zatem w ramach RELAXA NA MAXA popiszę teraz przy Kadarce o czymś zupełnie nie-w-temacie przewodnim, bo na dziś tematu przewodniego mam powyżej dziurek!
Byłam niedawno u Mamrotki i już klikałam jednym wolnym paluchem w okienku komentarzy, coby odklikać jej tym samym za nadobne, jak zdałam se sprawę, że przy obecnym deficycie klikacyjno-blogowym byłaby to z mojej strony karygodna rozrzutność. Tak opowiadać NIE-U-SIEBIE.
Zatem TU-I-TERAZ jest czas i miejsce na moją szczurzą historię.
MOJA SZCZURZA HISTORIA
Miałam wtedy lat “nie-pamiętam-ile”, w każdym razie mniej niż dziesięć, bo byłam ciągle jeszcze “singlem” i było to na mojej wsi… eee… znowu długo by opisywać, może potem dogrzebię się do archiwalnego wpisu to zalinkuję.
Tak czy owak mieszkaliśmy wtedy w parterowym budynku, nie wdając się w szczegóły natury budowlanej, bardzo parterowym.
Mój ojciec pracował w proszkowni mleka na zmiany i akurat “miał nockę” a matkę gdzieś wywiało MNIEJSZA Z TYM GDZIE.
Wiem tylko że jej nie było.
Możliwe, że leżała akurat w szpitalu z brzuchem, a w brzuchu leżało moje rodzeństwo… bleeeh… wraz z końcem mego dzieciństwa.
Tak czy owak, sami z ojcem se wtedy radziliśmy, ja miałam coś 10 lat albo mniej, ojciec był w pracy, praca była zaraz za ogrodzeniem a ogrodzenie ogradzało ten bardzo parterowy budynek, w którym mieszkałam z rodzicami i jeszcze innymi pracownikami proszkowni.
i nieważne, że gmatwam, ważne, że się relaksuję.
Mieliśmy wtedy takiego małego kundelka, Burszyn mu było na imię z powodu futerka… kundelka… heh! Relakssss… co to tak syczy? a teraz? przestało.
Jak zwykle przed zaśnięciem otworzyłam drzwi, jedyne, jakie mieliśmy, oprócz drzwi od szafy, bo mieszkanie nie dość, że znajdowało się w budynku mocno parterowym, to jeszcze składało się z jednej izby i nie była to kawalerka, nie.
Kawalerką nazwać tego by się nie dało.
No więc otworzyłam drzwi zaraz przed pójściem do łóżka a było to lato i byłam boso w koszuli tylko, otworzyłam drzwi wejściowe a zarazem jedyne poza drzwiami od szafy, żeby wpuścić na noc psa do domu.
Bo jakby jakiś mieszczuch mnie czytał, to powiadamiam, że na wsiach, nawet jak się nie ma żadnego gospodarstwa, to psy większość dnia spędzają na dworze, szczególnie latem, a do domu woła się je tylko na noc albo jak się gdzieś wychodzi na dłuższy czas.
I nie to, że się je wyrzuca z domu, tylko one same tak chcą. I dodam jeszcze, że porządny pies, co ma jakieś swoje zasady i nie jest zmanierowany ludzkim wychowaniem, nigdy by sobie nie pozwolił na sypianie w łóżku.
Nie to co moja Fifi, co nata bene z jeszcze większej wiochy pochodzi niż ja.
Z Kirklewa konkretnie.
Przyjechała do nas ciągnikiem w reklamówce.
Moja Fifi…
Uhhh… ależ ja mam tu spraw nie-do-powiedzianych do o-powiedzenie, na które wciąż czasu brakuje, ale o Fifi będę musiała wspomnieć, bo Fifi teraz niepokalanie poczęła, tzn nie będąc w ciąży sądzi, że ma szczeniaczka. Podobnie jak nie mając przyrodzenia sadzi, że jest chłopcem i ze dogadza śnieżnemu tygrysowi.
Przynajmniej tak się zachowuje jakby sama była matką, mieszka z nami w pokoju na górce, przestała szczekać i cały czas pilnuje o nieustannych próbach wylizania Inoczki nie mówiąc.
I tym to dziwniejsze, że Fifi to suczka – transwestytka.
Ale ale…
Zatem miałam dziesięć lat jak zostałam na noc sama w domu i przed pójściem spać, jak zwykle otworzyłam drzwi, żeby wpuścić naszego psa na noc i jak zwykle Bursztyn już pod tymi drzwiami czekał, czego dowodem był chrobot jego pazurków po linoleum, kiedy wchodząc mijał moje nagie stopy.
Brrr…
Zamknęłam drzwi, przekręciłam dwa razy łucznik i poszłam za psem do czegoś w rodzaju pokoju.
A tam…
A tam na środku dywanu zamiast mego psa stał półmetrowy szczur!
Pół metra!
Serio.
Tak mam do tej pory, że w sytuacjach krytycznych odchodzi ze mnie cały nerw i panika, do czego w bardziej neutralnych warunkach mam równie nieustanne co bezzasadne skłonności i jak jest nóż na gardle, to ja się zwykle robię spokojna i rozważna i w ogóle jasność jakaś na mnie spływa i moja matka zawsze mówiła, że z tego powodu powinnam zostać chirurgiem i z powodu kasy jaką wtedy bym zarabiała zapewne będąc takim wybitnie zimnokrwistym łapiduchem.
I wtedy też, na widok tego… tego stwora, co zeżarł naszego psa pode drzwiami, spokojnie wyszłam do czegoś w rodzaju przedpokoju, założyłam wysokie gumowce /nie wiem dlaczego/ i poszłam po nocy po ojca do proszkowni.
Szczurzysko okazało się być szczurem nie-całkiem a piżmakiem.
Niedaleko w ogrodzie była studzienka melioryzacyjna i pewnie stamtąd zwierzę wylazło, jednak jak trafiło pod moje drzwi i dlaczego spokojnie weszło do ludzkiego lokum, nie wiadomo.
W każdym razie wściekłe nie było.
Mój wielce odważny ojciec, osoba o równie ambitnej posturze co charakterze, jedyne na co mógł się zdobyć w tak wymagającej sytuacji, to zagonić bydle do jednej z szafek regału, zamknąć za nim drzwiczki i zastawić odkurzaczem.
Potem poszedł do pracy a ja noc spędziłam w gumowcach.
Rano wybrałam się do szkoły, zatem dalsze losy niecałkiem-szczura znam tylko z relacji ojca.
Otóż tatko chciał złapać gryzonia do papierowej torby. Tylko mój tatko mógł coś takiego wymyślić.
Chciał go zanieść w tej torbie do weterynarii na badanie, czy aby wsciekły nie jest, bo jak nie, to żal przecie zabijać.
Tak tak, karpie wigilijne też u nas w wannie nigdy nie pływały.
Można się łatwo domyślić co niby-szczur z papierową torbą zrobił, oczywiście o ile się nie jest moim tatkiem.
Ostatecznie tatko wpadł w desperację i choć wstępnie nie zamierzał zwierzątka skrzywdzić, jednak ostatecznie tak mu przyłożył… że tego… sekcja wykazała, że stworzonko wściekłe nie było.
To tyle.
O, dziesiąta!To spadam luli.
komentarze