rss notki
mail
...
...
...

kolejne strony

tagi

24 marca 2010

podsumowanie w kategorii ECONO

Fajnie, że jest internet i fajnie, że się dzięki niemu tak wielu rzeczy związanym z ciążą i tym po-  dowiedziałam.

/ no i kontakty, oczywiście nie zapominajmy o kontaktach.  Dzień Dobry Szanownym Zebranym w dzisiejszych statsach /

ale faktem jest też, że przez dostęp do nadmiaru  informacji wydałam na darmo kawał grosza o zaliczeniu Baby Bluesa nie wspominając.

Ano wydałam…  wydałam kesz bez sensu przez psychozę musowej gotowości na wsiakij słuczaj.
Ano bo wedle jednej z nielicznych zasad, jakie w życiu udało mi się sformułować, a nawet od czasu do czasu się tej zasady trzymam, to wedle owej zasady lepiej jest się z niczym nie spieszyć, zaś gromadzenie zasobów na zaś zwykle bokiem wychodzi i że idąc spokojnie szybciej się zdąży… czy jakoś tak.

To znaczy: gdybym była posłuszna mojemu instynktowi i zasadom zakupy związane z narodzinami nowego dziecka zaczęłabym dopiero mając to dziecko na ręku, kiedy mogłabym określić mniej więcej, czego ono ode mnie chce.
Nawet te wyprawki, a właściwie przede wszystkim,  bez sensu… kompletnie.
Jedyne co okazało się potrzebne to własne koszule, szlafrok, kapcie i gacie i podkłady dla mnie i maść dotyłeczna plus pampersy dla małej.
Ale nie. Musiałam się naczytać opowieści w klimatach przedporodowej psychozy, aż sama w tę paranoję popadłam.
Wicie gniazda, kurdesz jego kurdele! Co za pierdoły! I to JA niby tak wiłam!

tzn cekolowanie ścian i fugowanie podłogi to rozumiem, pod tym się podpisuję. Ale te szmatki i pomadki?!
Ja pierdziu… sama siebie w tym nie poznaję!

I tak:
w kategorii


NAJWIĘKSZY BEZSENS W DZIEDZINIE KOSMETYKI

pierwsze miejsce należy się wszelkim oliwkom, a zaraz za nimi idą wszystkie specyfiki do smarowania pupki, pipki, mycia tychże i poprawiacze wody.
Bo ostatecznie zamiast TEGO wszystkiego co i tak już MAM, bo kupiłam NA ZAŚ w ramach wicia gniazda i SE LEŻY i tak używam tylko zwykłego mydełka typu BeBe, akurat z brzegu półki leżało jakieś Dżonson`n Dżonson coś-tam fioletowego i tylko dlatego kupiłam TO a nie INNE.
Zaś wymydlone ciałko po spłukaniu w wiaderku TUMMY TUB – akurat z tego zakupu bardzo jestem zadowolona i przez myśl mi nie przeszło by podważać jego zasadność – smarowane jest parafiną, płynną parafiną nabytą w aptece za grosze.
I jest glanz.
Żadnych odparzeń, żadnych wysypek niezależnie od stopnia higieny, na jaką akuratnie mam fantazję.

A dlaczego tak?
Ano bo w szpitalu dzieci “kąpane” były takim hurtowym sposobem, że przezornie zgromadzonych w ramach wyprawki specyfików nie dało się do hurtowego systemu higieny noworodków dołączyć bo inaczej cały system szpitalny by się przegrzał i pierdyknął.
Po prostu Hurt nie Detal pod kranem.
Dlatego od początku nie zawracałam se głowy tymi cyrkami z termometrem czy pchaniem łokci do wiadra. Bo skoro Inoczka przeżyła szpitalne ablucje, to tym bardziej ma prawo ufać czułości termicznej mojej dłoni.
W każdym razie obyczaje panujące w wojewódzkim wysuszyły mojej niuni skórę na fest i żadne Oilantum ni inne nive-e nie pomagały na łuszczący się naskórek, dopóki nie namierzyłam tego patentu z parafiną.
A potem wnioski na temat innych specyfików przyszły same i kupiłam za dwa-pieńdziesiąt pierwsze lepsze mydełko i jest git.

w kategorii

NAJWIĘKSZY BEZSENS W DZIEDZINIE TEKSTYLIÓW

(…)

i tu właśnie zabrakło już czasu, bo wpis ten zaczęłam dwa dni temu i jak widać nie może doczekać się kontynuacji, zatem wedle nowego obyczaju, wrzucam  go tak, jako wpis ewoluujący, to może doczeka się wreszcie dalszego ciągu a moje klikanie nie pójdzie na marne.

kategoria notki mondrości dla potomności,zdaniem Jamatki — Tagi: , — jamatka @ 21:19

23 marca 2010

a teraz zupełnie z innej beczki

ufff… ale mi dała popalić pod koniec dnia…
Z tymi moimi dzieciami de Bigest Problem Ys taki, że nie można dopuścić coby zmęczyły się zanadto jednocześnie dbając by nie-zmęczyły się za mało.

A o co chodzi konkretnie? Ano o ten sen. SEN BeBe, ten największy skarb rodzica, bo przecież nie ma cudniejszego widoku niż BeBe pograżone we śnie, najlepiej z rodzaju snów kamiennych.
I chociaż brak zorganizowania to podstawa mojej natury, w tym przypadku, muszę trzymać dom w ryzach i pilnować i siebie i dzieci, coby zegar biologiczny tykał miarowo.
Jednym słowem, jak się nie położę spać przed dwunastą to potem z zaśnięciem ma ogromny problem.
podobnie moje dzieci…

chociaż nie do końca…
Misia system dzienny od dłuższego czasu mnie zadziwia, zatem załóżmy, że Misie z czasem misieją i stają się coraz mniej podobne do matki, bo fakt, Piotrusia ostatnio też wykopać z wyra nie sposób przed południem a spać najchętniej kładłby się o świcie.
W końcu wiadomo, że nic tak dobrze jak noc na inwencję twórczą nie wpływa a moje dzieci od urodzenia twórcze są bardzo. Czasem bardziej niż bym tego sobie życzyła.

N`ale jak są małe to mają jak ja niestety i np. numery z przetrzymywaniem “aż padnie” są zupełnie nie dla nich.
Im bardziej zmęczone BeBe tym trudniej mu zasnąć a jak już wreszcie się uda, to śpi płytko budząc się z krzykiem co chwila a jak już się wybudzi to wpada w stan osobliwego szaleństwa, nad którym trudno zapanować. Wyprowadzanie beBe z owego zakręcenia wymaga potem całego dnia zabiegów: odkręcania, zakręcania, lulania, bujania, chuchania i dmuchania, dopóki wreszcie swego nie odeśpi.
Dlatego nie mam wyjścia, moje BeBe muszą być wylulane, wyprzytulane i wymiętoszone i nie ma matka-zmiłuj.
Trudno,taki ojciec taka matka to trudno, żeby mieszanka z tego wyszła normalna.

A tą razą źle wycyrklowałam z karmieniem. Właśnie się obawiałam czy zdążę z kąpielą Szanownej Królowej Proletariatu Artystycznego przed papu, zanim w królewski nerw wpadnie czy nie.
No i nie…

Raban był że hej.
Wpadła w gniew królowa, że mało nie zwróciła z trudem i na raty wciśniętej działki Bebilonu.
Jak pomyślę …
a gdybym karmiła piersią? moje biedne cycory… pewnie już by ich na świecie nie było.

Ufff…
Normalnie…
Normalnie, jak się nie napiję to mnie strzeli!

Teraz powiesiłam ostatnie pranie, on tam na górze pilnuje coby jej smoczek z królewskiego dziobka nie wypadł, bo znowu byłby błąd nie do wybaczenia… i raban… królewski.

… a ja jak najszybciej muszę zaliczyć jakiś relaks by zdążyć przed dziesiątą nie tylko powiesić pranie, wysterylizować butelki itede-babskie-sprawy, ale jeszcze zrelaksować się wystarczająco po tym zabieganym dniu, bo nie zasnę… a jak nie zasnę dziś, to jutro nie zasnę tym bardziej.

Zatem w ramach RELAXA NA MAXA popiszę teraz przy Kadarce o czymś zupełnie nie-w-temacie przewodnim, bo na dziś tematu przewodniego mam powyżej dziurek!
Byłam niedawno u Mamrotki i już klikałam jednym wolnym paluchem w okienku komentarzy, coby odklikać jej tym samym za nadobne, jak zdałam se sprawę, że przy obecnym deficycie klikacyjno-blogowym byłaby to z mojej strony karygodna rozrzutność. Tak opowiadać NIE-U-SIEBIE.
Zatem TU-I-TERAZ jest czas i miejsce na moją szczurzą historię.

MOJA SZCZURZA HISTORIA

Miałam wtedy lat “nie-pamiętam-ile”, w każdym razie mniej niż dziesięć, bo byłam ciągle jeszcze “singlem” i było to na mojej wsi… eee… znowu długo by opisywać, może potem dogrzebię się do archiwalnego wpisu to zalinkuję.

Tak czy owak mieszkaliśmy wtedy w parterowym budynku, nie wdając się w szczegóły natury budowlanej, bardzo parterowym.
Mój ojciec pracował w proszkowni mleka na zmiany i akurat “miał nockę” a matkę gdzieś wywiało MNIEJSZA Z TYM GDZIE.
Wiem tylko że jej nie było.
Możliwe, że leżała akurat w szpitalu z brzuchem, a w brzuchu leżało moje rodzeństwo… bleeeh… wraz z końcem mego dzieciństwa.
Tak czy owak, sami z ojcem se wtedy radziliśmy, ja miałam coś 10 lat albo mniej, ojciec był w pracy, praca była zaraz za ogrodzeniem a ogrodzenie ogradzało ten bardzo parterowy budynek, w którym mieszkałam z rodzicami i jeszcze innymi pracownikami proszkowni.
i nieważne, że gmatwam, ważne, że się relaksuję.

Mieliśmy wtedy takiego małego kundelka, Burszyn mu było na imię z powodu futerka… kundelka… heh! Relakssss… co to tak syczy? a teraz? przestało.

Jak zwykle przed zaśnięciem otworzyłam drzwi, jedyne, jakie mieliśmy, oprócz drzwi od szafy, bo mieszkanie nie dość, że znajdowało się w budynku mocno parterowym, to jeszcze składało się z jednej izby i nie była to kawalerka, nie.
Kawalerką nazwać tego by się nie dało.
No więc otworzyłam drzwi zaraz przed pójściem do łóżka a było to lato i byłam boso w koszuli tylko, otworzyłam drzwi wejściowe a zarazem jedyne poza drzwiami od szafy, żeby wpuścić na noc psa do domu.
Bo jakby jakiś mieszczuch mnie czytał, to powiadamiam, że na wsiach, nawet jak się nie ma żadnego gospodarstwa, to psy większość dnia spędzają na dworze, szczególnie latem, a do domu woła się je tylko na noc albo jak się gdzieś wychodzi na dłuższy czas.
I nie to, że się je wyrzuca z domu, tylko one same tak chcą. I dodam jeszcze, że porządny pies, co ma jakieś swoje zasady i nie jest zmanierowany ludzkim wychowaniem, nigdy by sobie nie pozwolił na sypianie w łóżku.
Nie to co moja Fifi, co nata bene z jeszcze większej wiochy pochodzi niż ja.
Z Kirklewa konkretnie.
Przyjechała do nas ciągnikiem w reklamówce.
Moja Fifi…

Uhhh… ależ ja mam tu spraw nie-do-powiedzianych do o-powiedzenie, na które wciąż czasu brakuje, ale o Fifi będę musiała wspomnieć, bo Fifi teraz niepokalanie poczęła, tzn nie będąc w ciąży sądzi, że ma szczeniaczka. Podobnie jak nie mając przyrodzenia sadzi, że jest chłopcem i ze dogadza śnieżnemu tygrysowi.
Przynajmniej tak się zachowuje jakby sama była matką, mieszka z nami w pokoju na górce, przestała szczekać i cały czas pilnuje o nieustannych próbach wylizania Inoczki nie mówiąc.
I tym to dziwniejsze, że Fifi to suczka – transwestytka.
Ale ale…

Zatem miałam dziesięć lat jak zostałam na noc sama w domu i przed pójściem spać, jak zwykle otworzyłam drzwi, żeby wpuścić naszego psa na noc i jak zwykle Bursztyn już pod tymi drzwiami czekał, czego dowodem był chrobot jego pazurków po linoleum, kiedy wchodząc mijał moje nagie stopy.
Brrr…
Zamknęłam drzwi, przekręciłam dwa razy łucznik i poszłam za psem do czegoś w rodzaju pokoju.
A tam…
A tam na środku dywanu zamiast mego psa stał półmetrowy szczur!
Pół metra!
Serio.
Tak mam do tej pory, że w sytuacjach krytycznych odchodzi ze mnie cały nerw i panika, do czego w bardziej neutralnych warunkach mam równie nieustanne co bezzasadne skłonności i jak jest nóż na gardle, to ja się zwykle robię spokojna i rozważna i w ogóle jasność jakaś na mnie spływa i moja matka zawsze mówiła, że z tego powodu powinnam zostać chirurgiem i z powodu kasy jaką wtedy bym zarabiała zapewne będąc takim wybitnie zimnokrwistym łapiduchem.
I wtedy też, na widok tego… tego stwora, co zeżarł naszego psa pode drzwiami, spokojnie wyszłam do czegoś w rodzaju przedpokoju, założyłam wysokie gumowce /nie wiem dlaczego/ i poszłam po nocy po ojca do proszkowni.
Szczurzysko okazało się być szczurem nie-całkiem a piżmakiem.
Niedaleko w ogrodzie była studzienka melioryzacyjna i pewnie stamtąd zwierzę wylazło, jednak jak trafiło pod moje drzwi i dlaczego spokojnie weszło do ludzkiego lokum, nie wiadomo.
W każdym razie wściekłe nie było.
Mój wielce odważny ojciec, osoba o równie ambitnej posturze co charakterze, jedyne na co mógł się zdobyć w tak wymagającej sytuacji, to zagonić bydle do jednej z szafek regału, zamknąć za nim drzwiczki i zastawić odkurzaczem.
Potem poszedł do pracy a ja noc spędziłam w gumowcach.
Rano wybrałam się do szkoły, zatem dalsze losy niecałkiem-szczura znam tylko z relacji ojca.

Otóż tatko chciał złapać gryzonia do papierowej torby. Tylko mój tatko mógł coś takiego wymyślić.
Chciał go zanieść w tej torbie do weterynarii na badanie, czy aby wsciekły nie jest, bo jak nie, to żal przecie zabijać.
Tak tak, karpie wigilijne też u nas w wannie nigdy nie pływały.

Można się łatwo domyślić co niby-szczur z papierową torbą zrobił, oczywiście o ile się nie jest moim tatkiem.
Ostatecznie tatko wpadł w desperację i choć wstępnie nie zamierzał zwierzątka skrzywdzić, jednak ostatecznie tak mu przyłożył… że tego… sekcja wykazała, że stworzonko wściekłe nie było.

To tyle.

O, dziesiąta!To spadam luli.

kategoria notki opowieści dziwnej treści — Tagi: , , — jamatka @ 22:59

21 marca 2010

Big Mother

Przyjechał wczoraj wieczorem.
Na trzy dni.
W środę jedzie, tym razem do Opola i znowu NA tak długo, zatem, jak już wróci na tyle coby się z BeBe lepiej zapoznać, to BeBe już będzie całkiem BIG i odchowane.

i nie jest mi wcale przykro z tego powodu .

Wszystko wskazuje na to, że moje niedawne smutki i szlochy to były owe całe “BABY BLUESY”
Sama bym na to nie wpadła, gdyby nie internet… kilkanaście lat temu bladego pojęcia nie miałam, że takie coś istnieje, dlatego baby blusów nie miałam… a teraz się naczytałam i mam… tzn miałam.

Tak czy owak… przyjechał chłop z warszawskich salonów w glorii i chwale i jak najbardziej na tarczy, a nawet na dwóch tarczach, bo tym razem fuchy były dwie naraz.

Jedna pod tym linkiem

CULTURE.PL – scenografia

i druga

FEMINOTEKA.PL – aranżacja wystawy

… no i wrócił i opowiadał o sukcesie i telefony się urywały i w ogóle…

/ a jak se pomyślę, że kilka lat temu przez bite pół roku byłam jedynym żywicielem rodziny, to mi się wierzyć nie chce. /

…i opowiadał i się puszył i się chwalił… jak samiec przed swoją samicą w czasie godów…
a ja samica… taka zapyziała, niedospana, włos zmierzwiony, BeBe rozdarte na ręku… i na boso…

i w tym potoku słów zdołałam tylko wybąkać, cmokając potomstwo w ciemię

-  ja też jestem z życia zadowolona…

ale chyba nawet nie usłyszał

Dlatego jak młode poszło spać pościeliłam mu wyrko w pracowni i orzekłam, że idę spać… na górę, a on niech se tutaj… w tej glorii i chwale… stygnie.

jednak po półgodzinie usłyszałam jak kaszle i zasnąć nie może i tak jakoś… nie to że żal mi się go zrobiło, ale … heh… niech mu będzie.
I zeszłam i przytuliłam coby zasnął wreszcie. bo się wykończy.

I jak cmokałam go w to coraz wyższe czółko – jak niedawno tę moja Inoczkę w ciemię – to taką MOC w sobie wtedy poczułam!

WIELKA I SILNA TERAZ JESTEM JAK JESZCZE NIGDY DOTĄD!

JESTEM BIG MOTHER!

nieważne że poza tymi hasłami padam na pysk.
To tylko ciało osłabło.

Ale duch… !
uhhh!!!!!!!!!!!!

kategoria notki Zestaw Kina Domowego — Tagi: — jamatka @ 08:44

19 marca 2010

jak leci?… czyli podsumowanie coś jakby

jak leci?

Ano tak…

tak leci, że wczoraj był poniedziałek a dziś mamy o dziwo piątek!
na dodatek dziewiętnastego!
a gdzie się podział wtorek, środa i czwartek?!
nie mówiąc już o tych innych dniach lutego i marca spomiędzy jednego dziewiętnastego a drugiego?
a ja ciągle i ciągle wytyczam sobie plany, staram się ten bajzel wcisnąć w jakie dzienne ramki… i kurde, nic z tego… coraz większy burdel…

I żeby nie było… bo tak marudzę i marudzę i sprawia to wrażenie, że jestem na skraju…

wcale nie… albowiem ambiwalencja wszelkiego rodzaju to moja specjalność i dlatego wbijając z determinacja pazury w ścianę coby znowu do pionu się przywrócić niezmiennie jestem szczęśliwa a już szczególnie jak popatrzę na to rozkoszne BeBe mojej własnej produkcji.
A najszczególniej kiedy to rozkoszne BeBe śpi.
Ale jak się złości to też jest słodka… w ogóle słodszego BeBe nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić. Tej komicznej mimiki to Jim Carrey mógłby jej tylko pozazdrościć

Zatem tak… stawiając sprawy do pionu dziewiętnastego dzisiaj mamy, czyli coś jakby miesiąc mija.
Znaczy podsumowanie wartałoby zrobić.

I będzie… po pierwsze z okazji inauguracji miesiąca drugiego wprowadzam na bloga nowy patent …

wpisy ewoluujące

Bo doszłam do wniosku, że inaczej się nie da…
nie da się zwyczajnie umieścić tu jakiegoś dłuższego wywodu, bo…
Bo się nie da…
O właśnie…
właśnie dlatego…
koniec przerwki… pewno się ulało albo coś albo czkawka i po spaniu…

CDN jeszcze dziś i w tym samym wpisie…:D


Edit Pierwszy Okołopołudniowy

pod koniec poprzedniego zdania szczerzę się tak bez sensu, jednak nie bez powodu…

/ Bo na chwilkę tylko wpadłam coś zrobić, co mi przyszło do głowy dziś rano… i zakomunikować i wytłumaczyć ten debilny uśmiech…/

Zatem dziś na wstępie w ramach prezentu sobie i Szanownym Zebranym na Uroczystości, wpadłam na genialny pomysł i zaraz tu go zrealizuję… tzn już zrealizowałam w fazie wstępnej i na razie niech tak zostanie.

Bo podczas porannego karmienia, czytając komentarze i poprzednie wpisy…
coby nabrać rozpędu wpisowego …
wpatrywałam się w te paskudne żółte emotikonki, jakie WordPress automatycznie wkleja do tekstu, czy mi się to podoba czy nie…
a właśnie nie podoba mi się… tzn lubię używanie emotikonek, bo taki spontaniczny sposób narracji jaki tu uprawiam bez emotikonek istnieć nie ma prawa…
jednak obrzydliwe są te żółte paskudztwa, no…

i właśnie wpadłam na pomysł i znalazłam w folderach wordresowych jak te paskudztwa podmienić na paskudztwa swoje.

I udało się!

Tadammm!!!!!

Uprasza się zatem obecnie o emotinkowanie się w komentarzach ile wlezie i strojenie wszelkich możliwych emotikonkowych grymasów a ja to sukcesywnie będę przerabiać.

Na razie są trzy najpopularniejsze… w fazie wstępnej zaznaczam.


Edit Drugi Późno-popołudniowy

cudnie jest… nie dość, że noc przespana całkiem-całkiem, to jeszcze rano też było-miło a do pełni szczęścia brakowało tylko KUPY.
I właśnie jest!

… jest piękna żółta i pachnąca…

…sama niedawno nie mogłabym w to uwierzyć, ale taka regularna elegancka kupa o prawidłowym kolorze, gradacji i konsystencji pachnieć może piękniej niźli fijołki!

To się nazywa zależność punktu widzenia od punktu siedzenia…a jak się siedzi w takich po-sranych klimatach to preferencje zapachowe ma się właśnie takie

Zatem korzystając z tak pięknych okoliczności przyrody lecimy dalej to podsumowanie.

To tera kurde, JA!

Po pierwsze to do wagi sprzed ciąży zostało mi już tylko trzy kilogramy!

To po pierwsze i najpierwsiejsze

niedawno wlazłam na wagę i sama oczom nie wierzyłam…
stawałam na jednej nodze i na drugiej i przenosiłam wagę z miejsca na miejsce na wypadek jakby grunt pod kamienicą osiadał i podłoga się zde-poziomowała.

I jak nic w każdej pozycji ważę niecałe 60 kilo… tzn coś między 59 a 60.
W związku z czym udało mi się kilka dni temu wbić w takie jedne przedciążowe dżinsy, co to kiedyś były deczko za luźne a teraz są w sam raz… prawie.

Co jeszcze…

ANO CUD SIĘ STAŁ!

a nawet dwa cuda…
bo nie dość, że odjęło mi jak ręką uzależnienie od kropli do nosa, z którym od lat nie mogłam sobie poradzić… to jeszcze przeszła mi zgaga…
bo akurat zgaga u mnie nie była dolegliwością incydentalną, co to se na nią zasłużyć trzeba…
np zachodząc w ciążę.
Ja zgagę miałam całkiem za fri od rana i od dziecka o ile nie łyknęłam se na tę zgagę jakiegoś specyfiku.
A teraz…
Teraz ciągle trzymam w szufladzie ten ranigast, co to se go wzięłam do szpitala do wspomagania moich trzewi w zmaganiach ze szpitalnym wiktem… i jak do tej pory tylko jedną pigułę łyknełam, jak przejadłam się tym sernikiem na śniadanie do kawy…
Aaa… sernik!
przypomniało mi się…

Ano to resztę potem dokończę.

kategoria notki Inka,blog — Tagi: , , , — jamatka @ 10:46

18 marca 2010

wpis wczorajszy tragicznie przerwany przez …

… bo nie da się ogłosić Chwały Bebilonu niestety.

To znaczy zgodnie z rodzinną tradycją po-srania kilka dni temu i u mojej Inoczki pojawiły się zastoje kupowe a zaraz za nimi kolki.
Zaznaczam od razu, że to nie wynik sztucznego karmienia… nie nie… nic z tego drodzy ewentualni sami-wiecie-kto.
Nie… kolki i zastoje kupowe gnębiły również moje Miśki, jak najbardziej karmione siłami natury… cyckiem znaczy. Do tego w ich przypadku było jeszcze gorzej, bo kupki pojawiały się raz na 4 do 6 dni!

HOH! to było PRZE-SRANIE dopiero! Żadna pielucha nie zdołałaby tego ogarnąć.
Dlatego robiłam z pieluch takie baseniki i w centrum takowej konstrukcji spoczywała naga pupka i produkowała… pół godziny… czasem dłużej.
Misiek czy Ptysiek w tym leżał i wierzgał czerwieniał i się naprężał, a po wszystkim szedł do kąpieli i spać… spać na długo.
To można sobie tylko wyobrazić kolki, które takie wielkie PO-SRANIE poprzedzały…

A tym razem nie jest aż tak… prze-srane.

Najdłuższa kupowa przerwka, dokładnie ta inaugurująca całą akcję trwała 48 godzin. Jeszcze wtedy trudno było się zorientować, że to akurat kolki, bo Inoczka niepłaczliwa dziewczynka, choć nerwowa, jednak na bóle wybitnie odporna i obecność kolek manifestuje w dość zaowalowany sposób…
Długo by opowiadać… na razie nie miejsce a przede wszystkim nie czas.
Poczekamy do ewentualnego momentu, kiedy będzie można z czystym sumieniem ogłosić CHWAŁĘ BEBILONU!


TO TAMTO TO było wczoraj a teraz jest Edit Zdziś:

bo miał być wpis wczoraj… jeszcze przed tymi zdjęciami… ale tak się porobiło że nie szło go dokończyć.
A dziś nie ma już sensu bo wszystko się zmieniło i wiadomo już że Chwały Bebilonu nie będzie, zaś szkoda wczorajszego klikania, dlatego TAKI ZABIEG tu PRZE-PROWADZAM. I możliwie że w ogóle TAKI ZWYCZAJ tu ZA-PROWADZĘ, bo inaczej nic się nie będzie pojawiać, bo żadnego wpisu dokończyć się nie da… inaczej.

Bo czas wyznaczony na rozwianie wątpliwości już minął i wiadomo, że Bebilon Perfekt wcale taki perfekt nie jest, przynajmniej jeżeli chodzi o kupki i zaparcia.
Tyle na razie… idziemy lizać rany po dzisiejszej nocy, a o dziesiątej ma nas odwiedzić położna to się jej wypłaczemy w mankiet.

kategoria notki Inka — Tagi: , , , — jamatka @ 08:53

dziennik

  • 6 września 2010dziś dostała jamatka w kość. Nie wiem co… ząbkowanie czy podniecenie po wczorajszym spacerze nad morze. Widok morza zatyka dziecku dech w piersi i wprawia w dziwne podniecenie, które jak widać nie mija przez dłuższy czas.Albo budzi się w Inoczce zwierze pt. Rozwydrzony Bachor.dzisiaj zaczęło się… dla chwili świętego spokoju dałam jej mojego różowego laptopika, bo Inoczka ma bzika na punkcie wszelkiej elektroniki, a szczególnie ma jazdę na klawiatury z wyświetlaczem.Poza tym problem nowy.Nie będzie pełzania, będzie od razu raczkowanie.Dziś twardo staje na czterech z brzuchem wysoko w górze. Staje i boi się ruszyć. Ni w tył ni do przodu.I wtedy krzyk.Poza tym nie chce już siedzieć o leżeniu nie mówiąc, tylko by stała i machała skrzydełkami.Ptasiek mi rośnie?
  • 5 września 2010eee… tego … jakoś skończyło mi się zacięcie do pisania dziennika. Za dużo spraw na głowie, poza tym nowości już nie są nowościami a jak są to pojawiają się tak często, że jest to już norma.Więc o czym tu by…A… owsianka. Przebój piątego miesiąca to owsianka na mleku. Taka z torebki, dostosowana do wieku.Inoczka uwielbia, znacznie bardziej niż kleik ryżowy.Poza tym odkąd są te dwa ząbki włączył się odruch żucia, co stanowi pewien kłopot przy karmieniu łyżeczką.Za to biszkopty wcinamy aż miło.
  • 22 sierpnia 2010wczoraj nareszcie wyrównaliśmy szczerbę w ewolucyjnym płocie i nadrobiliśmy braki.Nareszcie dziecko dokonało epokowego odkrycia, ze jak na chwilę przestanie machać tymi łapami to może wykorzystać je do podparcia podczas siedzenia. Tak nagle tego dokonało, podobnie jak nagle przypomniało sobie o obrotach z pleców na brzuszek… tylko w odwrotną stronę jakoś nie bardzo. A wszystko to z okazji półrocznej "rocznicy"

katalogi

    Z brzucha wzięte w katalogu Gwiazdor Najlepsze Blogi Katalog blogów. Najlepsze blogi. Family BlogsBlogging My BlogCatalog Z Brzucha Wzięte Stronę monitoruje stat24