
Inka 09 kwietnia 2010
Oprócz tego pozornie nie-pozornego ślimaczka Inka kocha jeszcze tę wielką czerwoną lampę z kuchni
no taaa... z notkami może być problem bo raczej nie "bywam" ostatnio, a właściwie bywam, ale w zupełnie odległych tematycznie rejonach... ale niech se wisi. Może zamiast bloku prasowego się nada kiedyś
odkąd jadamy zupki w słoiczkach nasze KUPY stały się lepsze. Regularne, zwięzłe i mniej aromatyczne.
Dawaj swemu dziecku tylko ZUPKI HIPPa!
a ten link znalazłam dziś w moich statsach
wygląda ciekawie, więc dzielę się nim czem prędzej bo póki ciepło i kanikuła może się okazać przydatny
www.gogaga.pl
- Atrakcje dla dzieci, wydarzenia, imprezy, Warszawa, Trójmiasto, Kraków, Poznań, Wrocław, Łódź

Inka 09 kwietnia 2010
Oprócz tego pozornie nie-pozornego ślimaczka Inka kocha jeszcze tę wielką czerwoną lampę z kuchni
ot co…
i tyle, nic więcej.
Się nazbierało wszystkiego, ciśnienie wzrosło i coś musiało pierdyknąć coby reszta ostygła.
Zresztą z tego co zauważyłam, wszystkie blogi po-ciążowe po początkowym rzucie na taśmie powoli zamierają… przynajmniej do czasu… nie wiem jakiego czasu… zobaczy się.
Może miesiąc może dwa jeszcze.
Trochę inaczej sobie TO wyobrażałam na początku TEGO… ale dalej jestem hepi i stawiam na przetrwanie.
Różnica tylko jest taka, że inne blogi po transformacji z ciążowych na dzieciowe przygasają chwilowo, zaś ja potrzebuję bardziej spektakularnych aktów.
Podobnie jak moja Inoczka…
… ma coraz bardziej spektakularne potrzeby ;)
I naprawdę super z niej dzidzia… dopóki się nie znudzi.
Zatem tak… krajobraz po bitwie wygląda następująco.
Jedyne co się ostało to pampersstory.pl a jest to zasługa ni mniej ni więcej jak korzystania z niezależnego hostingu…
Bo wystarczą 2 minuty coby zdążyć przed wybuchem skopiować wszystkie pliki w bezpieczne miejsce na twardym dysku swego komputera… a potem trzeba jeszcze tylko przypomnieć sobie gdzie się je tak bezpiecznie umieściło, co w moim aktualnym stanie proste nie jest, bo z niedosypiania wysiada mi nie tylko pamięć ale i wzrok.
Dlatego powrót z blogowych wakacji w NIEBYCIE trwał trochę dłużej.
A blox jak to blox… zawsze twierdziłam, że to trefna pod względem konstrukcji platforma… bo zdaje się, że w takim np bloggerze jest opcja skopiowania bloga… nie mówiąc o tym, że w dwie sekundy można zmienić sobie adres bloga na każdy dowolny, byle dostępny, i już efekt “BYŁ BLOG – NIE MA BLOGA” mamy gotowy. Podobnie nick se można w każdej chwili dopasować inny a przez bloxa pampersą zostałam już na wieki.
Ale nie… w bloxie w dwie sekundy można se tylko wszystko wysadzić w powietrze, co też uczyniłam… ostatecznie i bez backupu … na złość temu tępemu bloxowi… bo w bloggerze zawsze można cofnąć nawet tak spektakularną operacją… a na bloxie NIE.
Więc nie ma ma już bloxowych wpisów, choć przed wybuchem nawet myślałam o pokopiowaniu wszystkiego dla googlowej potomności… ale jak popatrzyłam na ogrom wpisów tych z sensem i tych bez sensu i pomyślałam, że selekcję najpierw trza by zrobić jakie warto a jakie nie… i ile czasu by to trwało… i w ogóle.
To z tym większa przyjemnością nacisnęłam czerwony guzik BUM BUM BURDELLO.BLOX.PL
i teraz korzystam z adresu pampersstory.blox.pl tylko do tego celu do jakiego blox się nadaje.
Za naganiacza mi robi lub raczej za przedpokój.
Mam tam po prostu przekierowanie do mego cichego zakątka na serwerach cba.pl
A blox robi za Dworzec Centralny, do którego zresztą bardzo jest podobny. Posttotalitarny moloch.
Zresztą bloxowe wpisy są dostępne dzięki przezorności googli… wystarczyło korzystać z RSSów… ;)
ale o tym szanowne panienki kiedy indziej bo to TECHNO za mocne na pampersowe klimaty ;)
rzecz się dzieje jakieś cztery trzy dni temu
Dziecko
wyrośnięty przystojny 22-latek, który od kilku lat powiada, że jest już za stary na gry komputerowe. I fakt…nie gra. Kupił se Apla i se papla w różnych programach graficznych
Matka
matka jak matka, 46lat , 156 centymetrów, średnio urodziwa, średnio inteligentna, w ogóle taka jakaś całą średnia całkiem przeciętna matka.
Jedyne co można o niej powiedzieć szczególnego, to że od przeszło dziesięciu lat przynajmniej raz do roku przechodzi całego Fallouta1.
Dwójkę już nie za bardzo, bo wkurza ją na końcu taka układanka pod prądem, zaś trójki nie zdążyła, bo zaszła w ciążę zanim skompletowała w G.E.C.Ku satysfakcjonujący ją sprzęt.
Właściwie to ta trójka pociąga ją głównie ze względu na obecność edytora, gdzie se może rozmaite pistolce sama konstruować.
No i potem z tego wypasionego pistolca lubi przywalić, że łeb odrywa za pierwszym strzałem… różnym takim…
złym ludziom.
Co jeszcze można o matce powiedzieć?
że dokupuje systematycznie nowe karty graficzne do nowych gier, w które nigdy nie zagra i z powodu tych gier nauczyła się dawno temu podkręcać różne podzespoły… owerklokuje jednym słowem namiętnie.
Choć to też raczej BYŁO a nie JEST.
jak dziecko do matki a matka do dziecka
A bo ani się obejrzycie jak oni będą mieli po 16-17 lat…
uhhh… a dopiero wtedy zaczyna się ostra jazda bez trzymanki… wierzcie mi.
Uprzedzam zawczasu, bo sama z ręką w nocniku się obudziłam i bolało… oj bolało… a kosztowało jeszcze więcej.
No nie, Misiu ?
Teraz drugi Ptyś zbliża się do masy krytycznej, ale tym razem nie dam się zaskoczyć.
Chciałam jeszcze coś mądrego napisać ale moja dziouszka, jak to mawia Pepe, się budzi…
ciekawe w co ona będzie grała…
moja mała Merigold.
Mam nadzieję, że nie w Simsy
a chodzi o wybór bujaczka.
bo był tatko… kompletna nowość, zmiana w zestawie rodzinnym i test odporności na owe zmiany.
No więc dziecko ZMIANY wszelkie lubi BARDZO, nie ma w niej za grosz lęku przed nowym, nieznanym, obcym, wręcz WOLI.
Woli NOWEGO OJCA niż STARĄ, mocno zużytą przez ostatnie tygodnie MATKĘ.
I zmian otoczenia też to dotyczy.
W nowym miejscu Inka przez dłuższy czas z oczami jak złotówki i rozdziawioną mordką w pełni zachwytu bada szczegół po szczególe: ściany, sufit, okna… okna uwagę przyciągają na dłużej.
Zaś np. w kuchni najbardziej interesujące są schody.
Nowy tatko nie dość, że był nowy, to jeszcze nosił dzidzię na rękach po coraz to NOWYM otoczeniu i dziecko było do rany przyłóż i spało snem kamiennym… w dzień.
A w nocy?
A w nocy w starym pokoju musiało gdzieś energię rozładować.
W każdym razie niunia jest coraz bardziej wszystkiego ciekawa i mus jest nabyć jak najszybciej leżaczek – bujaczek, bo leżenie na płasko w wózku,a co gorsza w łóżeczku to se ne da!
No i o mnie też chodzi, a nawet przede wszystkim.
Dlatego zagwozdka jest na tapecie od kilku dni.
JAKI LEŻACZEK?
Bo jest, kurdesz, wybór.
I to spory, a wybór to problem.
za czasów mojej… eee… jakby to ująć…. optymalnej prokreacji leżaczki dopiero wchodziły na rynek,a konkretnie wszedł jeden typ leżaczka, taka szmatka rozpięta na drucie i tyle.
I było prosto i nieskomplikowanie, może i bez obecnie dostępnych szaleństw ale i tak wszyscy się cieszyli, że coś takiego się pojawiło w szaroburej PRL-owskiej rzeczywistości.
a teraz…
Najlepszy byłby leżaczek co ma wszystko czego mi trzeba… ale tak się chyba nie da, bo jakoś znowu nie znalazłam.
Tak to zwykle z zakupami bywa, niby nie chcesz żadnych ekstrawagancji, tylko jedyne logiczne wymagania… i akurat tego najrozsądniejszego rozwiązania nie ma.
Są tysiące innych, ale tego najprostszego akurat nie.
Przekonała się o tym Mamrotka szukając stołu i krzeseł, przekonałam się ja szukając kanapy i co roku, butów.
Nie ma.
Nie ma na naszym rynku butów jakie by mnie satysfakcjonowały za żadne pieniądze.
A chcę tylko takie zwykłe najprostsze, byle by były zgrabnie uszyte i bez nadmiaru udziwnień.
I nie ma takich.
Przeciętny krajowy producent czy importer musi mieć jakiś feblik z zaburzeniami osobowości, bo wszystkie dostępne modele czegokolwiek cierpią na wyraźną schizofrenię formy.
I bujaczek jakiego szukam też ma spełniać tylko kilka podstawowych warunków.
Po pierwsze mieć wibracje.
to akurat nie wiem czy mi potrzebne, ale jak se pomyślę jak bardzo mogłoby mi ułatwić życie, to muszę spróbować.
zatem wibracje…
Z tymi wibracjami to właśnie problem, bo bez nich nie byłoby wielkiego kłopotu… bo są takie bujaczki co mi pasują pod każdym względem, ale wibracji w nich niet.
Po drugie – regulowane oparcie, koniecznie.
No i z tego co wyczytałam na forach najczęstszy dylemat to czy leżaczek ma być na drucie czy na rurce, tzn na płozach.
I właśnie na drucie lepiej i tu jest cały szkopuł, bo nie ma takiego leżaczka coby te trzy warunki spełniał.
Tzn miał wibracje, był na drucie i miał regulowane oparcie.
I do tego chciałabym jeszcze coby nie był plastikowy i jakoś szczególnie odjechany w formie. Ale to tylko tak pocichutku małym druczkiem.
Z tymi wibracjami to dłuuugo się zastanawiałam, bo np łóżeczko jakie Ince kupiłam nie podobało mi się od początku z powodu wyglądu i nadmiaru plastikowych elementów, ale założyłam sobie pewne warunki i tylko ten model wszystkie je spełniał.
A gdybym zrezygnowała z bujanej opcji mogłabym kupić takie co mi się najbardziej podobało.
I właśnie źle, bo w praktyce nie bujam wcale.
Inoczka nie da się oszukać i natychmiast rozpoznaje podróbę, że nie jest to bujanie Hand Made by Mama.
I właśnie to Hand Made by Mama ma zastąpić wibracja bujaczka.
bo te Hand tej Mama niedługo odpadną.
Zatem tak… przedstawię moje wybory oraz moje ALE do każdego z nich.
Jeszcze zanim zaczęłam się wgryzać w temat wybór padł na ten leżaczek
bo firma, która mi coś mówi, prosty, kolor nie dający po oczach a jednocześnie zauważalny i atrakcyjny dla BeBe… w końcu trzeba pamiętać, że leżaczek ma być dla BeBe, nie dla nas, a nie sadzę by stonowane beże i wyblakłe pistacje podobały się maluchom niezależnie jak elitarne geny owe BeBe noszą.
I opacie… oparcie regulowane, nie za dużo plastiku… właściwie myślałam, że nic tylko brać, tym bardziej, że tanio.
Jednak coś mnie podkusiło, coby podrążyć temat na wszelki wypadek.
I owa nie-moja, nabyta przezorność znowu stała się zmorą… i teraz mnie nęka.
to z kolei… kolory… wiadomo, ale pal sześć.
Grunt, że mi się podobają, dzidzi nie muszą.
Pszczółkę i ślimaczka w ostateczności pociągnie się jakimś fluoroscencyjnym sprejem
Za to jest na drucie i ma wibracje a nawet szumi jak morze i bije jak matczyne serce … niestety regulacji oparcia niet.
Bo wprawdzie jest w tym, podobnym, modelu:

jednak w formie takiego plastikowego paskudztwa i jakoś tak…
dodatkowo, ten bujak nie jest na drucie, choć ma półeczkę i w ogóle jest dość wysoki i można by stawiać go na ziemi …
ale nie wiem czy to dobrze, bo Fifi nie miałaby już żadnych przeszkód coby wylizać Inoczkę dokumentnie.
Za to obydwa te… okołobeżowe bujaczki same siedziska mają jakieś takie przytulne. Szczególnie to pierwsze.
Bo właśnie trafiłam wreszcie na taki egzemplarz co i jest na drucie i ma wibracje i regulowane oparcie a nawet budkę ekstra
ale samo siedzisko… szczególnie w porównaniu z poprzednikami, mało zachęca do zabujania się w nim.
No i nie wiem…
A wyboru dokonać muszę już dziś jak najszybciej… bo właśnie trzymam Inkę od dwóch godzin w wózku, podpartą na poduszkach… w międzyczasie w tym wózku dałam jej jeść… i teraz sobie dalej drzemie… i jest taki spokój, że mogę tu sobie klikać i klikać.
I wszystko by było okej ale jakoś przeszkadza mi świadomość, że ona na tych piernatach wykrzywia sobie właśnie kręgosłup…
Z drugiej strony jak widzę jak poskręcana wisi mi w chuście śpiąc twardo i nie zważając na wszelkie wstrząsy…
to sama nie wiem jak to z tym jest i co mam myśleć.
chyba znowu zdam się na intuicję.
Bo rady fachowców…
nie nie… dziękuję, nie poszukam na żadnych ortopedycznych stronach.
z radami fachowców jest jak w obrazku szpitalnym z mego życia niedawno wziętym.
W rolach głównych ja i pewna położna.
Rzecz się dzieje na oddziale położniczym Szpitala Wojewódzkiego w sali nr. 4.
pewna położna:
- ależ to pani dziecko się przegrzewa w tych kołderkach!
ja:
- no ale ma zimne rączki.
pewna położna:
- to Pani nie wie, że TERAZ na rączki się nie patrzy, tylko na nóżki?
ja:
- no a nosek? bo nosek też ma zimny…
pewna położna:
- Nie nie! Teraz tylko nóżki. W nóżki musi być ciepło a reszta nieważne.
No i właśnie tak to jest.
Ja nie wiem czym się różnią dzieci KIEDYŚ od tych TERAZ, że KIEDYŚ to nosek i rączki a TERAZ to nóżki… w każdym razie ja całe życie chodzę boso jak tylko mogę se na to pozwolić, bo moje stopy cierpią na klaustrofobię z termofobobią do pary, dlatego podobnie jak na fotkach tak i w życiu moja córka wywija gołymi nogami non stop, okno w pokoju na górze jest ciągle otwarte, nawet w nocy, nawet po myciu główki… bo Inka wciąż ma ciepłe łapki i ciepły nosek i tego termicznego wskaźnika się trzymam… i jakoś żyjemy.
Boso ale zdrowe.
Zatem chyba z bujaczkiem też zdam się na intuicję, tylko czy po takiej dawce teorii będę w stanie.
Dlatego wcale nie dziwię się temu panu z brodą od cyferek co nie chciał miliona.
Też bym chciała mieć taki ekwiwalent intelektualny, który by mi pierdoły doczesności zrekompensował.
Bo im więcej tym większy kłopot.
Już dawno wyznaczyłam sobie temat do rozpatrywania pt:
JAK MAŁO JEST POTRZEBA ŻEBY WYSTARCZYŁO?
i nawet ogłosiłam to na jakimś blogu tylko pewno nikt nie zrozumiał o co mi chodzi a mi się właśnie nie chciało wyjaśniać.
Bo to by było za dużo niż potrzeba coby zrozumieć.
Bo jak ktoś nie rozumie to widać nie ma powodu zatem po co?
a może taki ekwiwalent już mam?
Nawet trzy ekwiwalenty.
Właściwie to do permanentnego szczęścia brakuje mi tylko pewnej kupy.
notki w temacie:
komentarze