rss notki
mail
...
...
...

kolejne strony

tagi

31 sierpnia 2010

butelkomania czyli antykolkowe ściemy

bo kto miałby o tym pisać jak nie ja?

Jeszcze w szpitalu, gryząc ścianę i zarzucając nogi na sufit przy okazji każdego przystawiania BeBe do piersi, podjęłam tę decyzję.
Trochę to trwało, bo krew nie woda a natura ciągnie wilczycę do lasu i rezygnacja z karmienia piersią to nie takie HOP-SIUP!

Naczytawszy się tu i ówdzie o tym i owym, jak tylko przekroczyłam próg domu wysłałam kompletnie nieobeznanego w temacie Tatkę do apteki po Bebilon i butelki… oczywiście marki AVENT.
Jeszcze rok temu bladego pojęcia nie miałam, że taka firma w ogóle istnieje, bo z dziećmi, ciążami itede kojarzyłam tylko hasła Pampers, Penaten, Bambino i Bobofrut, ale przez 9 miesięcy można se wiedzę nieco zaktualizować. Jest czas.
No i właśnie przez owe 9 miesięcy wszędzie… na prawo i lewo, do góry i na dół – wszędzie tylko AVENT to AVENT tamto…

I stoją teraz…
Rumianek do przemywania tego i owego inoczkowego w nich parzę.
Dobrze, że nie miałam czasu na wyprawę po większe ilości, tylko wyczyściłam wszystkie okoliczne apteki z resztek adwentowych zapasów.

Właściwie to nie wiem czemu się nie przyjęły. I Inoczka specjalnym szałem nie zapałała na ich punkcie i ja nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że z tej pary nic nie będzie.
Bo ogólnie… AVENT ma w sobie coś z klimatu sprzętu AGD Bosha… może to i niezawodne, ale jakoś tak wdzięku brak.
Co z tego, że szeroka szyjka to łatwo z mlekiem trafić.
Aż tak ręce mi się nie trzęsą… w ogóle mi się nie trzęsą.

NO I CENA!

Ja pierdziu… powie jamatka, jak to jamatka.
Ja pierdziu… na tych dzieciach to prawdziwe zdzierstwo się odprawia.
Wiem, że są butelki o wiele droższe, ale te droższe właśnie mają jakby więcej finezji.

N`ale póki co wierzyłam naiwna, że jak ten BOSH, że drogie znaczy dobre.

Zaczęłam zgłębiać temat i doczytałam się, że teraz DOBRE znaczy przed wszystkim BISFENOL FREE!
A akurat te butle AVENTA znaczka BPA nie miały.

BPA

Aż mi się wierzyć nie chciało… że tyle kasy a nie najlepsze.
Nieważne – wierzyć czy nie wierzyć, na wsiakij słuczaj, w przypadku z takim trudem wyprodukowanego skarbu lepiej dmuchać na zimne, no nie?
Na skarb.

Potem jeszcze raz dałam AVENTOWI szansę, jak nastały kolki, jednak ten ich pseudo-anty-kolkowy patent to zwykła marketingowa ściema!
Ot, dodatkowe dziurki w smoku, tyle, że w nietypowym miejscu i nietypowym kształcie. Wielkie mi ajwaj..
W każdym razie na nasze kolki pomogły jak umarłemu kadzidło
A że dziecko niby nie musi przerywać smok-tania, coby powietrze miało okazję się zassać?… że niby te dziurki to po to?
W przypadku takiego zasysacza jak Inoczka takie półśrodki nie wydolą niestety.

No i właśnie a propos mocy ssącej mojej ponadnormatywnie drobnej dziewczynki.

….albo jeszcze jeden gwóźdź do trumny AVENTu.

Wiem, są też butelki tej firmy bez tego tam… biosfenolu, ale ich cena jest tak powalająca, że sory. A ja tu cały czas rozprawiam o przedziale finansowym dla przeciętnego zjadacza chle… przeciętnego zasysacza mleka modyfikowanego.

W przypadku karmienia tylko mlekiem z torebki optymalna ilość butelek – wedle systemu jaki jamatka se opracowała, wynosi mniej więcej osiem sztuk. Tak, coby zawsze min. jedną czystą mieć pod ręką i coby mieć czym załadować sterylizator dwa razy dziennie.
Wtedy naprawdę… to, że to butelka a nie cycek… to nie jest żaden wysiłek. Dwa razy dziennie 10-15 minut na mycie… buch! do sterylizatora parowego – do nabycia w Rossmanie za 70 PLN i po sprawie. Potem tylko podgrzać wodę, wsypać mleko, dwa ruchy ręką i gotowe.


O ile się korzysta z wody Mama i Ja bez gotowania ;)

No to osiem butelek… o, tu znalazłam w komplecie x2… to 54 zł x 4 to wychodzi 216 zeta!

Avent BPA

Dosyć znęcania się nad AVENTem


Wracając do siły ssącej mojej słodkiej dziewczynki.

Jak nas przyparło z kolkami, na gwałt zaczęłam szukać ratunku, naiwnie wierząc, że takie coś istnieje… hehe… głupia jamatka… i między innymi kupiłam w sklepie wysyłkowym takie coś.

tommee tippee butelka antykolkowa 260ml bisfenol free

tommee tippee

Zapowiadało się nieźle.
Ustrojstwo „antykolkowe” wyglądało na coś niesłychanie wyspecjalizowanego a ponadto zawierało wskaźnik temperatury mleka, wedle tego co jamatka wyczytała tu i tam, wielce przydatna rzecz.
Oczywiście wszystko Biosfenol fri.
Co więcej… a nawet co NAJ-więcej wyjątkowo tanie, jak na taki cud!

Tyle, że z wysyłką już nie było tak fajnie, bo za pak x2 butelki plus transport zapłaciłam prawie 50 zeta.
I to był największy bezsens w dziedzinie zakupów butelkowych.

Ja nie twierdzę, że butelki Tommee Tippee są złe… może są super, ale nie dla takich ssaków jak moja Inoczka.
Ten wiotki silikonowy smoczek, co niby tak akuratnie imituje matczyny cycek
/ coś dla Ciebie Mago… może Twojej Małej by pasowało/
W każdym razie moja dzidzia wystarczy, że pociągnęła dwa łyki i cała ta imitacja cycka robiła zwrot w przeciwną stronę ku wklęsłości.
Poza tym to ustrojstwo antykolkowe… i tak i siak kombinowałam… i nie mam bladego pojęcia na czym ten cud polega ani jak działa. I czy w ogóle działa?
Jak dla mnie to zwykły prymitywny kit mydlący oczy jak very jest professional.
Poza tym na ten CUD techniki antykolkowej składa się od groma drobnych elemencików tajemniczego kształtu i zastosowania i mycie takich butelek… rozkładanie, składanie, pilnowanie coby te pierdułki składowe nie rozlazły się w trakcie mycia… no to w takim przypadku karmienie butlą, to rzeczywiście masakra.

Ponadto, tak jest to bezmyślnie skonstruowane, że nie da się tego gluta pseudo-anty-kolkowego wyjąć i korzystać z butelki, jak z każdej innej.
Nie… nic z tego, bo ustrojstwo robi też za uszczelkę a bez uszczelki butelka jest nieszczelna.
Bez sensu.

Co jeszcze?

Ten wskaźnik temperatury… paranoja… albo z mojej Inoczki tak gorąca dziewoja albo z tym wskaźnikiem jest coś nie tak, bo mleko o ciepłocie wskazanej przez wskaźnik spotkało się niestety z bardzo „zimnym” przyjęciem ze strony konsumentki.
Poza tym zanim ten wskaźnik raczył się zdecydować co wskazuje to… to ja nie mam czasu na takie. Wolę własne nadgarstki.

No i nareszcie kształt, co to niby tak zgrabnie wbrew pozorom w ręku się układa.
No to ja najwyraźniej czujnik zgrabności mam innego typu.
Poza tym chciałabym zobaczyć podgrzewacz, do którego takiego grzmota da się upchnąć.
Przyznam szczerze, że jak rozpakowałam przesyłkę, to moja pierwsza reakcja miała znamiona zachwytu…
Łał… jak rakieta!

A potem było już tylko gorzej.

Kolejny bezsens zalega w szafie bezużytecznie.
Kiedyś, normalnie, powyciągam te bezsensy spod szafy i podsumuję straty.

Nie wiem po co. Dla nauczki.

Nie… stanowczo butelek Tommee Tippee nie polecam a już szczególnie tych specjalnych antykolkowych.


Pojeździłam sobie równo po badziewiu, teraz dla odmiany będę PRO.
Będę PRO i przy okazji powiem, czym właściwie od pół roku zasysamy.

No więc mojej Inoczce, jak na plebejską dziedziczkę przystało, najbardziej podpasowały te tradycyjne najtańsze butle z kauczukowym smoczkiem o niby anatomicznym w kształcie, jakie można dostać w Rossmanie za rogiem.

canpol butelkasmoczek do butelki

Tyle, że one nie są BPA.

A butle Biosfenol Free są… a raczej były pół roku temu, pieruńsko drogie. Pewno, że nie z powodu wyższych kosztów produkcji, tylko za sprawą ludzkiej pazerności.
Bo to, co się wyprawia w tej dzieciowej dziedzinie… to jest naprawdę MEGA ZDZIERSTWO!
Ale to takie, że przechodzi ludzkie pojęcie!

Jednak firma Canpol, która współpracuje z Rossmanem ma swojej ofercie takie same butle, ino ze szkła.
Zamówiłam zatem szklaną baterię x8 online i po krzyku.

canpol butelka

I mam z bańki ewentualne rewelacje, że coś tam w produktach dla dzieci stosowanych dwadzieścia lat temu okazało się nie teges.
Bo fakt, że plastikowe butle BPA nie zawierają Bisfenolu A nie znaczy, że nie zawierają jakiegoś innego paskudztwa, o jakim jeszcze nie wiemy.
A szkło to szkło. Krzem i tyle…

Wprawdzie można się jeszcze przyczepić do smoczka… czy kauczuk mniej szkodzi czy silikon, jednak nie dajmy się zwariować, bo bardziej ta paranoja NAM zaszkodzi niż podejrzany smoczek naszemu dziecku.


A jakiś czas temu apetyt Inoczki zwiększył się stosownie do wieku i butelki 150 ml stały się za małe.
I tak fajnie przypasowało, że w naszym kochanym niezastąpionym Rossmanie za rogiem pojawiły się butle firmy Babydream, nie tylko BPA, ale na dodatek w różnych kolorach plastiku i o w fajnym kształcie, takim z dziurką po środku, wygodnym do trzymania i dla dziecka i dla matki.
Jedyny feler, to że takie powyginane ciutek trudno się myje. Ale da radę.
I nie wiem w czym wist, czy to prawda czy autosugestia, ale są wyjątkowo lekkie.
Choć to raczej autosugestia wynikająca z ergonomicznego kształtu, bo są tej firmy i z takiego samego tworzywa butle kształtem zbliżone do tych AVENTA i te właśnie wydają się być cięższe, choć mają mniejsza pojemność.

A te z dziurą są super!

Niestety, chyba to jakaś nowość, bo nie znalazłam wizerunku w sieci a pstrykać z natury mi się nie chce, tym bardziej, że nie wierzę coby komuś specjalnie było przykro z tego powodu.

Canpol też ma podobne w ofercie, też z dziurką i z nalepką BPA, choć nie kolorowe, ale ja im nie ufam.

Tworzywo bez biosfenolu ma taki charakterystyczny lekko mleczny wygląd a te niby BPA Canpolu są klarowne jak szkło.
Może to jakaś nowa ojaniemośna technologia … nie wiem.
Na wszelki wypadek nie tykam, skoro są te drugie.

Kupiłam różowe, niebieskie i pomarańczowe.
Różowe szczególnie mi leżą.
Coś mi się zrobiło z tym kolorem odkąd mam córeczkę… muszę kiedyś stosowny wpis poczynić w obronie różowego.

A! i najważniejsze… kosztują 3-4 a nawet 5 razy mniej niż butle BPA innych firm.
Coś około 10 PLN.
Też mają profilowane smoczki, tyle, że z silikonu, a w tych smoczkach w bardzo rozsądnym miejscu jest zwykłe nacięcie i tym nacięciem zasysa się powietrze podczas ssania mleczka. Patent prosty jak drut a jednocześnie najbardziej sensowny i skuteczny ze wszystkich z jakimi miałam do czynienia, choć wcale nie nazywa się antykolkowy.

Nie byłaby jamatka sobą jakby do tej słodyczy nie dodała odrobinę dziegciu.

Szklane butle są szklane i godne zaufania, jednak są ciężkie.
Jednak bezpiecznie można podgrzewać w nich wodę na gazie, co jamatka czyni odkąd popsuł jej się podgrzewacz, bez ryzyka stopienia plastikowego boczka.
Jednak są ciężkie i do karmienia niewygodne, dlatego tej większej wersji 250 ml już nie kupiłam.

Zaś te kolorowe plastiki z dziurką mają ten feler, że trochę niezbyt są dopasowane gwintem… nakrętka z butelką… i że smoczek profilowany zazwyczaj wypada w innej płaszczyźnie niż butelka.
Trudno mi to dokładnie wyjaśnić… jak kto będzie miał do czynienia ten w lot zrozumie o co mi chodzi.


A… na zakończenie jednak jeszcze troszkę sobie pojeżdżę.

Otóż w szale antykolkowej desperacji trafiłam w Aptece na takie coś.

Butelka antykolkowa Dyduś

Ja nie wiem… żadnej specjalnej instrukcji do tego nie było a nie udało mi się samodzielnie wydedukować, jak takie ustrojstwo obsługiwać.
Bo butelka DYDUŚ ma dwie dziurki!
To na dole… ta niby nakrętka nie wiem po co, to ona ma na środku wielką dziurę!
Jedna dziurka jest w smoczku a druga w dnie!

Nie mam pojęcia jak to mleko ma się utrzymać.

I ten kształt… bez sensu. Bardziej przeszkadza przy trzymaniu butelki niż pomaga.
Totalny przerost formy nad treścią.

Największy butelkowy bubel jaki na oczy widziałam!


Ufff….

kategoria notki zakupy,zdaniem Jamatki — Tagi: , , , , , — jamatka @ 16:58

26 sierpnia 2010

odżywianie niemowląt typu Inoczka – pitku pitku część rozruchowa

mama_i_ja

zauważyłam jakiś czas temu, że kampania reklamowa wody Mama i Ja nadal się toczy, zatem chyba powinnam dorzucić co nieco od siebie, jako kontynuację wpisu, jaki popełniłam jakiś czas temu, jeszcze w poprzednim wcieleniu tego bloga, w ramach wymiany usługowej.

wpis merytorycznie sponsorowany

Otóż jako jeden z niewielu zarzutów skierowanych przeciwko opiniowanemu produktowi podałam małą dostępność.
Ą Ę, jamatko! Jaki masz styl podaniowy!
Nawet więcej niż małą, bo jeżeli ktoś nie ma zwyczaju zaopatrywania się w Mega Centrach Handlu Totalnego, jak na ten przykład jamatka, to dostępność tej wody jest NIEDOSTĘPNA.

No i właśnie dlatego errata się należy.


Bo woda Wosany jest m.in dostępna w MAKRO, a w MAKRO zaopatrują się m.in właściciele małych sklepików „osiedlowych” np pani Teresa ze sklepu na Piwnej.

Mniejsza o całą historię, w sumie to był przypadek, grunt, że w wyniku tego przypadku od prawie pół roku roku jedziemy na butlach bazujących właśnie na tej wodzie.

Bez przegotowywania!

Wodę Mama i ja mamy na rzut beretem w każdej ilości i kiedy chcemy, także w nocy, i nawet jak jesteśmy jedynym odbiorcą tego konkretnego produktu w tej konkretnej placówce handlowej, to pani Teresie i tak się widocznie opyla trzymanie specjalnie dla nas min. jednej zgrzewki na półce.
Musi się opylać, bo p. Teresa nie wygląda na osobę, która robi cokolwiek co się nie-opyla.

Zatem jak się opyla Pani Teresie, to musi się też opylać każdemu jednemu sklepikarzowi, zatem podejrzewam, że wystarczyłoby w zaznajomionym sklepie szepnąć słówko na uszko odpowiedniej osobie i problemu z dostępnością wody Mama i Ja nie byłoby w ogóle.

Bo nie ma sensu ciskać się na system dystrybucji, skoro można to załatwić jak człowiek z człowiekiem… po ludzku.

Powyższa refleksja mnie naszła, jak słucham debaty transmitowanej przez TokFM na temat turystyki aborcyjnej.

No fajno… ale to kolejna nic nie wnosząca burza w szklance wody… i na co to wszystko?!
Komu to potrzebne tak naprawdę?

I znowu bez sensu szlak trafia jamatkę na myśl o kraju w jakim przyszło jej się urodzić… i urodzić swe dzieci, skoro jak trzeba, to wszystko da się załatwić, po ludzku i wcale nie u akuszerki!
Po co takie debaty, co i tak nic nie zmienią?
Dobrymi chęciami to tego… niebo…

Że trzeba, bo małymi kroczkami?

Nie w tym kraju.

A szanowne ugrupowania okołofeministyczne bardziej by się przydały robiąc, od czasu do czasu, zrzutkę na konkretny cel, niż bijąc kolejną pianę polityczną, tym razem po swojej stronie.
Już jamatka wspominała co myśli o tutejszym feminizmie.

„Czym Ty myślisz, kobieto?! mózgiem czy macicą?! bo ja macicą”

Czy problem ten jamatkę kiedykolwiek dotyczył, że tak się wymądrza?

Cóż… jamatka ma trójkę dzieci, bardziej niż bardzo kochającego męża…
Nie… no jasne, że nie dotyczył.
Tak tylko mówi jamatka.

W każdym razie wiedza jamatki w temacie jest wystarczająca, coby mieć pojęcie, że ewentualnie jest to koszt zestawu średniej klasy kina domowego… a kto dziś nie ma kina domowego?
A raczej kto przede wszystkim ma?

No dobra Mamrota, wiem, że se kupiłaś, ale dopiero niedawno, a ja mówię o ogólnym zjawisku ;)

I wszystko okej, jakby była szansa, że te wojenki coś dadzą.
A tymczasem panowie i panie po przeciwnych stronach piorą się po mordach publicznie, a nastolatki rodzą dzieci.
A Giertych dał tysiąc becikowego.
Którego już nie będzie.
Paranoja…
Pierniczę to wszystko i wyłączam radio, bo czuję jak mi się mózg w wodę zamienia.

A… wracając do wody…


Zatem jest powód cobym tu i teraz zabrała głos w sprawie bo Inoczka niedawno (19 sierpnia) skończyła pół roczku, tzw sraczki nie miała ni razu, nigdy na nic nie chorowała… fuj fuj… odpukać… uczulenie na cokolwiek miała raz… niedawno, ale jeszcze nie wiem dokładnie na jakim produkcie psy wieszać, zatem się wstrzymam. Poczekam na wyniki testu.

W każdym bądź razie na pewno nie była to woda.
Jeżeli już, to ta z wiaderka TummyTub i to też nie wina wiaderka ni naszej kranówy a kiepskiej strawności płynu do mycia Dżonson-en-Dżonson trzy w jednym ;P

I nasza Inoczka od pół roku rośnie krzepka jak rzepka właśnie na niegotowanej wodzie Mama i Ja!

I Bebilonie, ale to inna historia.

kategoria notki zdaniem Jamatki — Tagi: — jamatka @ 15:49

10 sierpnia 2010

Szczury do rury a chusty na szmaty!

największy bezsens w dziedzinie tekstyliów

Kiedyś, jeszcze w poprzednim wcieleniu tego bloga, popełniłam pewien wpis co miał otwierać cykl największy bezsens… w dziedzinie czegoś tam i cykl ten nie doczekał się kontynuacji, zatem może by tak… zakontynuować.

Tym bardziej, że patrząc wstecz z półrocznej perspektywy konfrontacji wyobrażeń z praktyką trzeba przyznać, że trochę tych bezsensów się uzbierało.

No więc…
No więc nigdy bym się nie spodziewała, że kiedyś to powiem, ale tytuł absolutnego lidera w rankingu Największy Bezsens w Dziedzinie Tekstyliów należy się chuście!

Konkretnie tzw chuście elastycznej wiązanej.

W ogóle przyznać muszę, że nosząc się z brzuchem i celebrując ten nieoczekiwany w jesieni życia stan, zupełnie inaczej to wszystko sobie wyobrażałam.
Bo fakt, że mam na koncie już odchowane potomstwo, nie ma żadnego znaczenia, ponieważ warunki KIEDYŚ i TERAZ są tak zupełnie inne… poza tym tak długi czas minął… i w ogóle nie może być mowy o jakimkolwiek doświadczeniu, o które niektórzy mnie podejrzewali.

I coraz bardziej jestem przekonana, że wszelkie blogi typu poradnikowego, dotyczące kompletowania tzw wyprawki, są kompletnie bez sensu, bo więcej wprowadzają mylącego zamieszania niż niosą pożytku i mówię to jako hehe… ofiara tego zamieszania.
Ano cięta taka jestem, bo wywaliłam kesz w błoto jak ta głupia a nic tak nie uwiera jak własna głupota.
To mam wskazać paluchem przez jaki to blog?

Dlatego słowo jamatki teraz tu daję, że jeżeli kiedykolwiek na jakikolwiek temat będę się tu wymądrzać to tylko w przypadku, kiedy podmiot wymądrzania przetestowałam na własnym zadku gruntownie i będę się czuła w prawie mieć swoje zdanie.


No więc…

Otóż tysiące lat temu, w epoce kamienia łupanego, kiedy nie było jeszcze internetu a kobiety ciężarne wiedzę, co z czym i do czego, czerpać mogły jedynie z przekazów ustnych, tudzież nielicznych podręczników przekazywanych sobie z matki na matkę, wyczytała jamatka w jednym takim podręczniku pewną przypowieść.

Otóż to w latach – ątych czy -estych dwudziestego wieku jedno z pradawnych plemion, zamieszkujących wysokie Andy, zaczęło wymierać z tego mianowicie powodu, że kobiety tego ludu rodziły dzieci przedwcześnie.
A wiadomo…

Wiadomo?
Bo czasem mam wrażenie, że nie wszystkim wiadomo, że dzieci to przyszłość narodu… a nie historia i kombatanci.

W każdym razie wiadomo, że w wysokich Andach inkubatorów raczej niet.

I jacyś tam naukowcy wykumali taki sposób, coby przedwczesnego Indianina pakować do specjalnej torby coby indiańskie matki na wzór kangurzyc nosiły wcześniaki w tych torbach blisko cyca i ciepła swego ciała, do czasu aż wszystko dojrzeje jak trzeba.
I ponoć zadziałało, unikalna nacja przetrwała i pewno trwa do dziś, bo ma to szczęście, że żadna korporacja w wysokich Andach nie ma żadnego interesu.

Uwiedziona tą opowieścią wyobrażałam sobie, że ja też… jak ta kangurzyca… non-stop jak długo się da, dopóki krzyż mi nie trzaśnie.

Taaa… cycory też w to wliczałam.

I niewielu rzeczy tak nie-żałuję jak rezygnacji z karmienia piersią.
Szkoda, że wcześniej nie byłam w stanie zdobyć się na odwagę forsowania swego zdania, tak jak potrafię to teraz.

Ale wracając z Wysokich Andów do tutejszej rzeczywistości, to muszę przyznać, że do tej pory tylko dwa razy widziałam zachustowaną kobietę na żywe oczy.
A faceta wcale i nigdy.

Ale cóż… myślałam sobie… wiocha ten Gdańsk to i naród taki niereformowalny i nie umieją docenić tego co dobre.

Heh… głupia jamatka…


Bo tak… w praniu to z tymi chustami jest tak…

Po pierwsze… to ja pierdziu… koszt.
Prawie dwie stówy za kawał bawełnianego trykotu w elegancko-bajeranckim pudełku z kolorową instrukcją na kredowanym papierze.

No co za ściema marketingowa!

No bo, jak miałam tak non stop używać, to chciałam coby było gatunkowo, cobym miała pewność, że moje dziecko będzie miało komfort i ekologię i wszystko co najlepsze.

Taaa… a to po prostu kawał szmaty i tyle.

I tak dobrze, że nie zamówiłam tej dwa razy droższej wersji z aplikacjami i z czapeczką, ze specjalnej ekologicznej bawełny.

No i właśnie ten kawał szmaty…

Konkretnie 5 metrów bieżących szerokich na metr czy coś koło tego.

I zamotać się w to i odmotać… to jasna cholera! …to nie to samo, co pstryknąć zatrzaski w nosidełku i już.

Do lekarza z takim wybrać się nie sposób, bo jak?
Co robić z tym pięciometrowym trenem po rozmotaniu siebie i dziecka?
Trzeba by mieć ze sobą specjalnego asystenta coby to niósł za nami.

A jak gorąco w takiej szmacie… nie sposób długo wytrzymać w pomieszczeniu i mus się rozmotać.
A przed wyjściem zamotać.
Coby za chwilę, po powrocie do domu, znowu się rozmotać…
Paranoja.

I właściwie ten goronc stanowi też jedyny plus, bo fakt, że na wiosnę Bebe noszone w czymś takim nie musi być zbyt ciepło ubrane, bo ciepło matki je ogrzewa.

No i jeszcze, że ten system chustowy jest taki konfigurowalny… że można i tak i siak i pole do inwencji jest spore, czego dowodem rozmaite filmiki na jutubie.
Zaś w przypadku nosidełka już nie jest tak fajnie.

Jednak podstawowa wada chusty to krótka żywotność.

Bo ja nie wyobrażam sobie, że targając moją prawie pół roczną i prawie 7-kilową Inoczkę przed sobą z przodu / bo co innego na plecach / stać by mnie było na uśmiech prezentowany przez zachustowane lejdis reklamujące ten kawał ściery.

Bo ja pierdziu… powyżej 2 miesiąca… to ja pierdziu… kręgosłup mi siadał już po kwadransie a teraz nawet nie wiem gdzie ta chusta leży i nie chcę wiedzieć.

I coby nie gadać… jednak cywilizacja robi swoje i 46-letnia świeżo upieczona matka to chyba jest inna konstrukcja niż Indianki z wysokich Andów.


Jest jeden wyjątek, który muszę polecić, by oddać sprawiedliwość zjawisku.
Właściwie sama na to wpadłam i razu pewnego w poszukiwaniu trzeciej ręki ciepnęłam te 5 metrów szmaty w kąt i kierowana bieżącą potrzebą sięgnęłam po szal, który przywiózł mi kiedyś Tatko z Palestyny.
Zawiązałam go na supeł wokół siebie przez ramię i w powstałą fałdę wpakowałam małą Inoczkę i ten system bardzo się sprawdził w czasie, kiedy Inka miała kolki i bez przerwy wisiała mi na rękach…

jaaa… ale to były czasy. Zupełnie zapomniałam. A teraz na nią narzekam, jak mi się budzi przed szóstą.

… no więc był taki czas kiedy dziecko non stop wisiało mi na rękach, Tatki nie było od miesiąca a obsługa całego domu spoczywała na moich barkach. I wtedy taka minimalistyczna chusta, co to jedną ręką założył drugą zdjął, to było bardzo dobre rozwiązanie.

Tym bardziej, że materiał tego szala miał takie magiczne właściwości, że był sztywny i dobrze podtrzymywał plecki dziecka a jednocześnie układał się do kształtu zawartości.

I potem przeczytałam w sieci, że takie chusty nazywają się „kieszonka” tudzież „Pouch”


Bardzo prosto można je sobie samemu uszyć
, zajmują niewiele miejsca, wychodzi na nie niewiele ponad metr materiału i w ogóle są super i praktyczne i kiedy Inoczka mi w takiej chuście zasnęła, to bez problemu mogłam zdjąć chustę razem z „zawartością” jednym gestem bez ryzyka, że mi się „zawartość” obudzi.

Poszyłam sobie kilka takich „kieszonek” z różnych materiałów do różnych celów i trzymałam w różnych miejscach mieszkania coby zawsze mieć je pod ręką.

Jako wadę chust kieszonek rozmaite źródła podają tylko, że nadają się jedynie na krótkie dystanse, bo coś tam, że to szkodzi dziecku i te sprawy.

No nie wiem… wedle mego doświadczenia to dobrze dopasowany Pouch lepiej trzyma małe plecki niż te elastyczne tasiemce.
Poza tym ja sobie nie wyobrażam noszenia dziecka w jakiejkolwiek chuście na dystanse dłuższe niż pół godziny.
A budowlaniec do cholery jestem, zatem nie ułomek.
Dlatego taka kieszonka wydaje mi się optymalnym rozwiązaniem, bo te motanie w kilometrach materiału… paranoja.

I tyle.


Na zakończenie powiem tylko, że będąc w ciąży i mieszkając na piątym piętrze kamienicy bez windy, nawet nie planowałam zakupu wózka… ale pierwsze doświadczenia z chustą wiązaną natychmiast mnie do tego skłoniły.
I jestem pewna na 1000%, że w dwudziestym pierwszym wieku dzieci transportować powinno się w wózkach, a nie na barana.
No… chyba że się mieszka w wysokich Andach i nie ma się helikoptera… bo wtedy to fakt… to jeszcze gorzej niż piąte piętro.

kategoria notki zdaniem Jamatki — Tagi: , — jamatka @ 13:50

4 sierpnia 2010

Fisher Price – nie wszystko złoto co się świeci

ale i tak jestem szczęśliwa…

Leżaczek Fisher Price jest mały, zgrabny, wygodny do przenoszenia, lekki, wszędzie się mieści i ma wszystko co trzeba na właściwym miejscu, dokładnie jak jamatka dwadzieścia lat temu.

Piękny może nie jest /dokładnie jak jamatka 20 lat temu/ choć z tego co widzę pojawiły się różne wersje kolorystyczne i ja wybrałam sobie taką możliwie najbardziej marchewkopodobną…

kto się nie domyśla dlaczego to patrz fotka post niżej…

Nie wzięłam tylko pod uwagę papek jagodowych.

sory że fotka niezbytniej jakości, ale ciemno wczoraj było cały dzień a ja strasznie nie lubię używać flesza, bo jakież takie nieautentyczne te zdjęcia wychodzą.
No i Inuś tu wyszła toczka w toczkę jak Papay.
Inka zresztą też lubi szpinak i siłę też ma stosowną. Naprawdę zasługuję na miano Terminatora, jako że PUK PUK… ma prawie pół roczku a jeszcze nigdy nic, choć wcale na nią nie dmucham ni chucham.


No więc wracając do tematu, to przy wyborze koloru zapomniałam o jagódkach, jednak tego typu zapędy prewencyjne okazały się zbędne, bo obok zalet rozmaitych FisherPrice jest pokryty takim kosmicznym materiałem, co jest miły w dotyku i wcale nie plastikowy a czyści się go jak ceratę!
Normalnie wystarczy przetrzeć szmatką i wszytko znika jak na Zakupach Mango coś tam coś tam.
Nawet nie trzeba prać.


To teraz jak już najsłodszą słodycz z siebie wylałam…

… a naprawdę w porównaniu z przeciwnikiem, czyli bujaczkiem Bright Starts, to niebo a ziemia, pod względem ergonomii…

To teraz dla równowagi przejdę do tych innych względów, w których BrightStarts wysuwa się na prowadzenie o całą długość konia.


Otóż opcja wibracyjna, gibająca czy jak tam to zwać…

Tu znowu nie ma nawet co porównywać, ponieważ różnica na plus dla BrightStarts jest ogromna… kosmiczna.
Otóż leżaczek BrightStarts wyposażony jest w urządzenie do automatycznego gibania.
Zaś FisherPrice ma ustrojstwo do automatycznych wibracji.
I te wibracje wcale nie gibią tylko wibrują jak… jak wibrator.
Dokładnie.
Że ktoś nie wie jak wibruje wibrator?
Cóż…
…………………………

Poza tym Fisher Price nie ma melodyjek ani innych takich.
Jedynie Fibruje, łatwo się czyści, jest lekki i w ogóle genialny i przydatny jak cholera!

Ludzie!
Kupujcie leżaczki Fisher Price bo naprawdę warto!

Choć piękne nie są i tę wkładkę pod plecki mogłyby mieć twardszą i wyjmowaną na okoliczność prania pokrowca.


notki w temacie:

Bright Starts vs Fisher Price – leżaczki w szrankach

na rurce czy na drucie… czyli nowe czasy albo osiołkowi w żłobu dano

kategoria notki zdaniem Jamatki — Tagi: , , — jamatka @ 15:21

31 lipca 2010

Bright Starts vs Fisher Price – leżaczki w szrankach

Od urodzenia Inoczki zauważam w sobie… i nie tylko w sobie, bo i u tak zdeklarowanego… zawodowego wręcz… estety jak Tatko, skłonność do zmiany rodzicielskiej preferencji nabywczej z opcji pro-estetycznej na pro-praktyczną.
W skrócie: nieważne jak co wygląda, ważne tylko coby dzidzi było miło.

Jeszcze pół roku temu nie przyszłoby mi do głowy, że położę moje wyrafinowane pod względem formy BeBe z nosem jak Kondor Wielki (Vultur gryphus) i uszami Słonia Afrykańskiego (Loxodonta africana) choćby w pobliżu tych słodkich różowych kocyczków i wdzianek sprezentowanych nam przez rozmaitych krewnych i znajomych królika.

A teraz…

Teraz te obleśne kocyki, co dostałam w paczce z pieluchami, co tak je klęłam, że taki badziew, że jak ja mogłam a jak oni śmieli…

…to teraz nie wiem jak bym się bez nich obeszła, bo co z tego, że plastik plus wściekły róż z obleśnym błękitem i chorym fioletem, skoro nie tylko lekkie jak piórko ale jeszcze grzeją jak trzeba.
Zaś te bardzo eleganckie kocyki 100% bawełna w kolorze wysublimowanego beżu zamawianie w ojaniemoge zagarmanicznej firmie za ojaniemośny grosz… wszystkie leżą na najniżej półce, zajmują miejsce i czekają nie wiem na co.


Dawno dawno temu w poprzednim wcieleniu tego bloga odnotowałam zamiar nabycia leżaczka w tym dokładnie wpisie.
W wyniku eksploracji zasobów sieciowych nabyłam leżaczek Bright Starts, bo jako jeden z niewielu spełniał prawie wszystkie warunki jakie na wstępie sobie wytyczyłam.

Mniejsza o szczegóły, nie będę się powtarzała a kto ciekawy niech se przeczyta podlinkowany powyżej wpis archiwalny, powiem tylko że jednym z kryteriów były względy estetyczne, dlatego niestety wychwalany na wszelkich forach „Fiszer Prajs” …
kompletnie nie był brany pod uwagę.
No i właśnie wczoraj owego „Fiszer Prajsa” nabyłam i jestem szczęśliwa.


A teraz konkrety:


Bright Stars

Po pierwsze, z czasem deczko uległ transformacji, bo tego… bo rzeczywiście nie jest w stanie udźwignąć więcej niż 9 kilo… w każdym razie prawie 60 kilo jakie waży teraz jamatka zdecydowanie przekracza jego możliwości.
Ale zanim doszło do owego testu wytrzymałości to przyznam, że Bright Starts gibał się zgrabnie i lekko a przede wszystkim przekonywająco, bo dołączone doń ustrojstwo do automatycznego gibania bardzo sprawnie symulowało gibanie na wpół zasypiającej matki.
Przyznam, że trochę inaczej sobie wyobrażałam ten efekt, jednak to delikatne ledwie wyczuwalne gibanie gibaczka… eee…. bujaczka, w jakie ustrojstwo bujaczek wprawiało usypiało Dzidzię bardzo skutecznie… przynajmniej przez kilka nocy dopóki Dzidzi się nie znudziło.
No ale to już feler Dzidzi, co tak ponadnormatywnie łaknie coraz to nowych nowości, a nie wada bujaczka.

Tak czy owak kilka gładko przespanych nocy gibaniu gibaczka… znaczy leżaczka… zawdzięczam.

Dołączone do ustrojstwa melodyjki też bardzo ten-teges i nawet niedawno korzystałam, bo ustrojstwo w każdej chwili można od leżaczka odłączyć i dobrze, bo trochę jest wielkie i trochę waży.

No i właśnie wielkość i waga całości…
to tego…
nie bardzo.

Leżaczek Bright Starts to zdecydowanie stacjonarny mebelek, tzn można go przenieść, ale jakoś tak niewygodnie.
Niby wszystko filigranowe takie i puszyste, jednak w sumie sporo miejsca zajmuje i nie jest łatwo wygospodarować przestrzeń na kuchennym stole dla tak rozbudowanej konstrukcji.

Co do ustrojstwa gibającego dodam jeszcze, że jest bardzo bardzo energooszczędne i mam teraz spory zapas niewykorzystanych baterii dziwnego typu, bo się nie spodziewałam, że tak krótko będę z opcji automatycznego gibania korzystała.

Co do melodyjek to są O.K, jednak dołączone „dźwięki natury” już nie są tak fajowe i jedynie cykady znalazły jakie takie zastosowanie.
Fajowe czy nie, nasunęły mi pomysł wykorzystania naturalnych szumów do usypiania Inoczki i stąd właśnie wziął się ów osławiony szum Small Waterfall in the Woods, o którym też już tu kiedyś pisałam we wpisie, co się niestety nie ostał po ostatniej blogowej transformacji.
I za to ustrojstwu chwała, bo bez tego nie wiem jakby to było…
…właśnie dziś w nocy była awaria i wyłączyli prąd i nie szumiało do rana.
Uhhh… horror.
Cisza aż piszczała w uszach budząc mnie i Dzidzię co chwila.
Chyba się uzależniłam.


Okej… tyle o ustrojstwie.


To może teraz przejdę do początku czyli do składania, tego co dostałam pewnego pięknego ranka w pięknej eleganckiej paczce pięknie i elegancko zapakowane z instrukcją na pięknym i eleganckim papierze kredowym.

Bo jeżeli chodzi o składanie to uhhhh…
Przyszło mi to składać, kiedy Tatko był jeszcze na wyjeździe i sama se musiałam radzić i mimo, że nietypowa ze mnie kobieta a do tego budowlaniec, to spociłam się cała, szare komórki spociły mi się jeszcze bardziej, palce krwawiły, śrubokręt się chował… i w ogóle.

Składanie bujaczka Bright Stars to koszmar i znakomity przykład jak bardzo można skomplikować rzeczy nieskomplikowane.

I na co to wszystko?
Na to tylko, coby po miesiącu się połamało.
Jakby było mniej skomplikowane to najwyżej by się wygło a tak…


To teraz kilka pochwał coby najgorsze mieć za sobą i na deser zostawić same cymesy, a wiadomo, że nic tak frajdy nie sprawia jamatce jak jazda po badziewiu.


Jakość wykonania.
Bardzo good.
Naprawdę ktoś się przyłożył bardzo bardzo… jakiś mały nieletni Chińczyk czy inny biedaczek z kraju trzeciego świata…
Bardzo się przyłożył i właśnie za bardzo, przynajmniej w fazie projektowej, bo wszystko to jest jakieś takie przekombinowane, mało intuicyjne i zbyt dopasowane a dzieci wiadomo… różne bywają.

I np to coś szeleczkopodobne… takie to ładne ze specjalnym haftem z wizerunkiem uroczego ślimaczka… no a Inoczka za cholerę nie pozwalała się w to zapiąć, bo zbyt ograniczało jej ruchy.
Trochę to przypominało inne opisywane już przeze mnie ustrojstwo pt. Snoozzz.

Co do samego siedziska… też niestety potwierdziło moje obawy, że jest zbyt głębokie i Dzidzia będzie się w nie zapadać, jak jamatka swego czasu w fotele pierwszej klasy pociągów InterCity.

I NA PEWNO żaden z leżaczków Bright Starts z tej linii nie nadaje się dla małych 2-3 miesięcznych maluchów!
Właśnie ze względu na to głębokie siedzisko bez żadnego usztywnienia pod pleckami.
Że te ich kręgosłupy… słupki… kręgosłupki.

Zresztą w przypadku 5 miesięcznej Inoczki też nie bardzo… ergonomicznie… bez wspomagania.
No i właśnie co do wspomagania, to poradziłam sobie z tym problemem własnym sumptem instalując sztywną podkładkę specjalnie wykrojoną z kapy.
Ale w końcu nie każdy maluch ma szczęście mieć Tatkę co para się robieniem makiet i nie w każdym domu poniewierają się skrawki kapy po kątach.
A bez owego wspomagania Dzidzia w leżaczku Bright Starts wygląda jakby zapakowano ją do siatki na zakupy.

I jeszcze raz powtarzam… bardzo ładny jest ten bujaczek i milusi w dotyku i te słodkie poduszeczki i podkładki z mięciutkiego materiału, co tak łatwo się je pierze nawet z marchewki…

…. choć te plastikowe maskownice na ramie trochę mój zachwyt studziły…

… i bardzo gustowne są te motywy ślimaczka i pszczółki i Inoczka była nawet zakochana przez jakiś czas w ślimaczku, co zostało uwiecznione na tym zdjęciu…

Jednak absolutnie nie polecam zakupu żadnego z leżaczków Bright Starts z tej serii, bo wprawdzie miałam do czynienia tylko z jednym z nich, jednak z tego, co widziałam na fotkach innych modeli, wszystkie mają tak samo głębokie siedziska a to niestety podstawowy, dosyć istotny zarzut.

Bo co do braku regulacji kąta nachylenia oparcia, to żaden problem. Podkładałam sobie coś pod stojak z przodu i regulowałam sama wedle życzenia i potrzeby.


Uhhh… trochę się rozpisałam jak za dawnych dobrych czasów, zatem o leżaczku Fisher Price będzie w następnym odcinku.
Może to i lepiej, bo będę miała okazję gruntownie przetestować.


notki w temacie:

BFisher Price – nie wszystko złoto co się świeci

na rurce czy na drucie… czyli nowe czasy albo osiołkowi w żłobu dano

kategoria notki zdaniem Jamatki — Tagi: , , , — jamatka @ 16:10

dziennik

  • 22 sierpnia 2010wczoraj nareszcie wyrównaliśmy szczerbę w ewolucyjnym płocie i nadrobiliśmy braki.Nareszcie dziecko dokonało epokowego odkrycia, ze jak na chwilę przestanie machać tymi łapami to może wykorzystać je do podparcia podczas siedzenia. Tak nagle tego dokonało, podobnie jak nagle przypomniało sobie o obrotach z pleców na brzuszek… tylko w odwrotną stronę jakoś nie bardzo. A wszystko to z okazji półrocznej "rocznicy"
  • 18 sierpnia 2010no i mamy pierwsze uczulenie. Przy okazji dowiedziałam się jak to wygląda bo ciągle nie byłam pewna czy to co jej wyskakuje na nosku to trądzik niemowlęcy czy uczulenie.To teraz wiem.Teraz trzeba określić na co to uczulenie.Czy na nowe mleko?Czy na kaszkę kukurydzianą z truskawkami?Czy na ro-coś tam ryżowe z czymś tam m.in pomidorami.Mam nadzieję, ze to nie mleko a stawiam na truskawki.
  • 12 sierpnia 2010O! już dwunasty. To za tydzień i dzień kończymy pół roku. Kończy się puszka z Bebilonem 1 i korci mnie strasznie zeby już kupić dwójkę. Tym bardziej, że Inka za mlekiem najwyraźniej nie przepada.I jakoś tak się samo zrobiło, ze zasypiamy już same. Ja tylko podchodzę kiedy zajęczy bo jej smoczek wypadł. A raczej sama go wyrzuciła.

katalogi

    Z brzucha wzięte w katalogu Gwiazdor Najlepsze Blogi Katalog blogów. Najlepsze blogi. Family BlogsBlogging My BlogCatalog Z Brzucha Wzięte Stronę monitoruje stat24