rss notki
mail
...
...
...

kolejne strony

tagi

1 września 2010

a było to tak…

Dawno dawno temu, jeszcze w poprzedniej epoce, konkretnie pod koniec października 2008 roku jamatka, będąca jeszcze wtedy prostym prosiaczkiem, z nagła posiadła świadomość, że dziełem życia jamatki są jej dzieci… co więcej te dzieła to nie jakieś tam zwykłe dzieła, tylko dzieła sztuki.

Kto zna choć trochę którekolwiek z dzieci jamatki, ten wie o co chodzi.

A ponieważ po skończonej karierze budowlańca przyszła jamatka, a były prosiaczek, przeważnie oddawał/a się celebrowaniu kolejnych depresji, w krótkich przerwach pomiędzy jedną depresją a drugą, starał/a się znaleźć lekarstwo na dojmujące poczucie bezsensu jamatkowego życia od poczęcia do… do października 2008 roku.

I doszła jamatka do wniosku, że skoro te jej dzieci, to takie dzieła sztuki i skoro ten świat wokół jest tak przeciętny, to ona, jako swój wkład w dobro ludzkości, powinna narodzić tych dzieci, ile jeszcze da radę.
Konkretnie wpadła na to w nocy… właśnie przed snem oglądała uroczystość którejś tam rocznicy czegoś tam Lecha Wałęsy i ten głupi Kukiz śpiewał te „Mury” i Danuśka jak zwykle cudnie milcząca robiła za tło dla swego Lesia… i zapatrzyła się jamatka na tę Danuśkę… i naszło ją na to dziecko.

Tatko akurat był na wyjeździe, więc jedyną formą manifestacji tak przełomowej decyzji było wywalenie całej antykoncepcji do kosza i mentalne szykowanie się do poczęcia.

Przyjechał Tatko… i tak starała się jamatka i siak, coby wykrztusić z siebie tę radosną wiadomość… że taką decyzję powzięła… i nie mogła.
Dopiero późnym wieczorem, w sprzyjających okolicznościach przyrody nareszcie wybąkała, że tego… no…
I ku bezgranicznemu rozczarowaniu jamatki Tatko wcale nie był zachwycony.
Nawet przeciwnie… był niezachwycony.

Mało jest rzeczy we wszechświecie równie bezgranicznych, jak owo rozczarowanie jamatki i na dłuuuugi czas w domu zapanowała zima emocjonalna.
Długo to trwało… no bo jak babę na dziecko najdzie, to nie ma letko.
Szybko nie puści.


Na początku listopada 2008 jamatka miała sen. Sen z rodzaju takich, co się je pamięta przez lata, jakby się właśnie śniły albo jakby się oglądało film, albo rzeczywiście przeżyło na jawie.

Było tak…



Było ciepłe słoneczne lato i trwał jarmark Dominikański i tak, jak kiedyś bywało, wzdłuż całego Długiego Targu i wzdłuż ulicy Długiej stały rozstawione stragany pełne rozmaitych cudeniek rzemiosła bardziej artystycznego niż chińskie gacie.
I między tymi kolorowymi straganami stał chłopiec a obok chłopca stał płytki okrągły kosz i w tym koszu chłopiec trzymał na sprzedaż małe kotki. I jeden z tych kotków, taki biały w rude łaty, nie miał głowy. Normalnie żył, tylko nie miał głowy i siedział bezradnie rozkraczony jak bezgłowa żaba. I tak się jamatce żal tego kotka zrobiło, że namówiła tatkę coby go wykupił.
Tuląc czule w ramionach przyniosła jamatka kotka do domu i zrobiła mu w koszu na górce, gdzie teraz mieszka z Inoczką, posłanie.

I mijał dzień za dniem a jamatka nic tylko zamartwiała się o kotka, że wydostanie się kiedyś z koszyka i błądząc po omacku spadnie z pięterka i się zabije.

Kotek bez głowy całymi dniami nic, tylko siedział jak żaba w tym koszu… a jamatka nic, tylko zamartwiała się na zmianę z pękaniem serca.

I kiedyś wraca jamatka do domu z zakupów, idzie na górkę do kotka pozamiartwiać się dalej, patrzy, a kotkowi odrosła głowa!
Poza tym nie jest już biały w rude łaty, tylko szary. I wprawdzie ma głowę, ale w tej głowie jest tylko jedno oko a w miejscu drugiego jest krwawa rana.

Ale co tam jedno oko!
Najważniejsza ta głowa!

Strasznie szczęśliwa była jamatka. Nie posiadała się z radości i tylko nie mogła zrozumieć, dlaczego Miśki podczas obiadu tak znacząco na siebie patrzą i wcale radości jamatki nie podzielają.

I wreszcie Misiek się sypnął.

Otóż, kiedy jamatka była na zakupach biało rudy kotek bez głowy rzeczywiście wydostał się z kosza i rzeczywiście błądząc po omacku spadł z pięterka i się zabił.
I Tatko z Miśkami czem prędzej pobiegli na targ kupić drugiego kotka, coby zrobić podmianę, cobym nie zauważyła straty i coby mi serce nie pękło na dobre.

I znaleźli tylko tego burego z jednym okiem.


Jak obudziła się jamatka z tego snu, to chęć na nowe dziecko odeszła jak ręką odjął i już nie wróciła.

A na początku czerwca 2009 roku ze zdziwieniem stwierdziła jamatka, że jest w ciąży.
Nie ma pojęcia jakim cudem, bo bardzo nie chciała mieć więcej dzieci i bardzo się pilnowała.

Kto jamatkę zna z tamtych lat, to wie, że to wszystko najprawdziwsza prawda, bo jamatka wszystko na bieżąco opowiadała na swoich blogach.


powiązane notki:

HA! Mam cie, ty jamatko!

kategoria notki opowieści dziwnej treści — Tagi: , — jamatka @ 20:11

23 marca 2010

a teraz zupełnie z innej beczki

ufff… ale mi dała popalić pod koniec dnia…
Z tymi moimi dzieciami de Bigest Problem Ys taki, że nie można dopuścić coby zmęczyły się zanadto jednocześnie dbając by nie-zmęczyły się za mało.

A o co chodzi konkretnie? Ano o ten sen. SEN BeBe, ten największy skarb rodzica, bo przecież nie ma cudniejszego widoku niż BeBe pograżone we śnie, najlepiej z rodzaju snów kamiennych.
I chociaż brak zorganizowania to podstawa mojej natury, w tym przypadku, muszę trzymać dom w ryzach i pilnować i siebie i dzieci, coby zegar biologiczny tykał miarowo.
Jednym słowem, jak się nie położę spać przed dwunastą to potem z zaśnięciem ma ogromny problem.
podobnie moje dzieci…

chociaż nie do końca…
Misia system dzienny od dłuższego czasu mnie zadziwia, zatem załóżmy, że Misie z czasem misieją i stają się coraz mniej podobne do matki, bo fakt, Piotrusia ostatnio też wykopać z wyra nie sposób przed południem a spać najchętniej kładłby się o świcie.
W końcu wiadomo, że nic tak dobrze jak noc na inwencję twórczą nie wpływa a moje dzieci od urodzenia twórcze są bardzo. Czasem bardziej niż bym tego sobie życzyła.

N`ale jak są małe to mają jak ja niestety i np. numery z przetrzymywaniem “aż padnie” są zupełnie nie dla nich.
Im bardziej zmęczone BeBe tym trudniej mu zasnąć a jak już wreszcie się uda, to śpi płytko budząc się z krzykiem co chwila a jak już się wybudzi to wpada w stan osobliwego szaleństwa, nad którym trudno zapanować. Wyprowadzanie beBe z owego zakręcenia wymaga potem całego dnia zabiegów: odkręcania, zakręcania, lulania, bujania, chuchania i dmuchania, dopóki wreszcie swego nie odeśpi.
Dlatego nie mam wyjścia, moje BeBe muszą być wylulane, wyprzytulane i wymiętoszone i nie ma matka-zmiłuj.
Trudno,taki ojciec taka matka to trudno, żeby mieszanka z tego wyszła normalna.

A tą razą źle wycyrklowałam z karmieniem. Właśnie się obawiałam czy zdążę z kąpielą Szanownej Królowej Proletariatu Artystycznego przed papu, zanim w królewski nerw wpadnie czy nie.
No i nie…

Raban był że hej.
Wpadła w gniew królowa, że mało nie zwróciła z trudem i na raty wciśniętej działki Bebilonu.
Jak pomyślę …
a gdybym karmiła piersią? moje biedne cycory… pewnie już by ich na świecie nie było.

Ufff…
Normalnie…
Normalnie, jak się nie napiję to mnie strzeli!

Teraz powiesiłam ostatnie pranie, on tam na górze pilnuje coby jej smoczek z królewskiego dziobka nie wypadł, bo znowu byłby błąd nie do wybaczenia… i raban… królewski.

… a ja jak najszybciej muszę zaliczyć jakiś relaks by zdążyć przed dziesiątą nie tylko powiesić pranie, wysterylizować butelki itede-babskie-sprawy, ale jeszcze zrelaksować się wystarczająco po tym zabieganym dniu, bo nie zasnę… a jak nie zasnę dziś, to jutro nie zasnę tym bardziej.

Zatem w ramach RELAXA NA MAXA popiszę teraz przy Kadarce o czymś zupełnie nie-w-temacie przewodnim, bo na dziś tematu przewodniego mam powyżej dziurek!
Byłam niedawno u Mamrotki i już klikałam jednym wolnym paluchem w okienku komentarzy, coby odklikać jej tym samym za nadobne, jak zdałam se sprawę, że przy obecnym deficycie klikacyjno-blogowym byłaby to z mojej strony karygodna rozrzutność. Tak opowiadać NIE-U-SIEBIE.
Zatem TU-I-TERAZ jest czas i miejsce na moją szczurzą historię.

MOJA SZCZURZA HISTORIA

Miałam wtedy lat “nie-pamiętam-ile”, w każdym razie mniej niż dziesięć, bo byłam ciągle jeszcze “singlem” i było to na mojej wsi… eee… znowu długo by opisywać, może potem dogrzebię się do archiwalnego wpisu to zalinkuję.

Tak czy owak mieszkaliśmy wtedy w parterowym budynku, nie wdając się w szczegóły natury budowlanej, bardzo parterowym.
Mój ojciec pracował w proszkowni mleka na zmiany i akurat “miał nockę” a matkę gdzieś wywiało MNIEJSZA Z TYM GDZIE.
Wiem tylko że jej nie było.
Możliwe, że leżała akurat w szpitalu z brzuchem, a w brzuchu leżało moje rodzeństwo… bleeeh… wraz z końcem mego dzieciństwa.
Tak czy owak, sami z ojcem se wtedy radziliśmy, ja miałam coś 10 lat albo mniej, ojciec był w pracy, praca była zaraz za ogrodzeniem a ogrodzenie ogradzało ten bardzo parterowy budynek, w którym mieszkałam z rodzicami i jeszcze innymi pracownikami proszkowni.
i nieważne, że gmatwam, ważne, że się relaksuję.

Mieliśmy wtedy takiego małego kundelka, Burszyn mu było na imię z powodu futerka… kundelka… heh! Relakssss… co to tak syczy? a teraz? przestało.

Jak zwykle przed zaśnięciem otworzyłam drzwi, jedyne, jakie mieliśmy, oprócz drzwi od szafy, bo mieszkanie nie dość, że znajdowało się w budynku mocno parterowym, to jeszcze składało się z jednej izby i nie była to kawalerka, nie.
Kawalerką nazwać tego by się nie dało.
No więc otworzyłam drzwi zaraz przed pójściem do łóżka a było to lato i byłam boso w koszuli tylko, otworzyłam drzwi wejściowe a zarazem jedyne poza drzwiami od szafy, żeby wpuścić na noc psa do domu.
Bo jakby jakiś mieszczuch mnie czytał, to powiadamiam, że na wsiach, nawet jak się nie ma żadnego gospodarstwa, to psy większość dnia spędzają na dworze, szczególnie latem, a do domu woła się je tylko na noc albo jak się gdzieś wychodzi na dłuższy czas.
I nie to, że się je wyrzuca z domu, tylko one same tak chcą. I dodam jeszcze, że porządny pies, co ma jakieś swoje zasady i nie jest zmanierowany ludzkim wychowaniem, nigdy by sobie nie pozwolił na sypianie w łóżku.
Nie to co moja Fifi, co nata bene z jeszcze większej wiochy pochodzi niż ja.
Z Kirklewa konkretnie.
Przyjechała do nas ciągnikiem w reklamówce.
Moja Fifi…

Uhhh… ależ ja mam tu spraw nie-do-powiedzianych do o-powiedzenie, na które wciąż czasu brakuje, ale o Fifi będę musiała wspomnieć, bo Fifi teraz niepokalanie poczęła, tzn nie będąc w ciąży sądzi, że ma szczeniaczka. Podobnie jak nie mając przyrodzenia sadzi, że jest chłopcem i ze dogadza śnieżnemu tygrysowi.
Przynajmniej tak się zachowuje jakby sama była matką, mieszka z nami w pokoju na górce, przestała szczekać i cały czas pilnuje o nieustannych próbach wylizania Inoczki nie mówiąc.
I tym to dziwniejsze, że Fifi to suczka – transwestytka.
Ale ale…

Zatem miałam dziesięć lat jak zostałam na noc sama w domu i przed pójściem spać, jak zwykle otworzyłam drzwi, żeby wpuścić naszego psa na noc i jak zwykle Bursztyn już pod tymi drzwiami czekał, czego dowodem był chrobot jego pazurków po linoleum, kiedy wchodząc mijał moje nagie stopy.
Brrr…
Zamknęłam drzwi, przekręciłam dwa razy łucznik i poszłam za psem do czegoś w rodzaju pokoju.
A tam…
A tam na środku dywanu zamiast mego psa stał półmetrowy szczur!
Pół metra!
Serio.
Tak mam do tej pory, że w sytuacjach krytycznych odchodzi ze mnie cały nerw i panika, do czego w bardziej neutralnych warunkach mam równie nieustanne co bezzasadne skłonności i jak jest nóż na gardle, to ja się zwykle robię spokojna i rozważna i w ogóle jasność jakaś na mnie spływa i moja matka zawsze mówiła, że z tego powodu powinnam zostać chirurgiem i z powodu kasy jaką wtedy bym zarabiała zapewne będąc takim wybitnie zimnokrwistym łapiduchem.
I wtedy też, na widok tego… tego stwora, co zeżarł naszego psa pode drzwiami, spokojnie wyszłam do czegoś w rodzaju przedpokoju, założyłam wysokie gumowce /nie wiem dlaczego/ i poszłam po nocy po ojca do proszkowni.
Szczurzysko okazało się być szczurem nie-całkiem a piżmakiem.
Niedaleko w ogrodzie była studzienka melioryzacyjna i pewnie stamtąd zwierzę wylazło, jednak jak trafiło pod moje drzwi i dlaczego spokojnie weszło do ludzkiego lokum, nie wiadomo.
W każdym razie wściekłe nie było.
Mój wielce odważny ojciec, osoba o równie ambitnej posturze co charakterze, jedyne na co mógł się zdobyć w tak wymagającej sytuacji, to zagonić bydle do jednej z szafek regału, zamknąć za nim drzwiczki i zastawić odkurzaczem.
Potem poszedł do pracy a ja noc spędziłam w gumowcach.
Rano wybrałam się do szkoły, zatem dalsze losy niecałkiem-szczura znam tylko z relacji ojca.

Otóż tatko chciał złapać gryzonia do papierowej torby. Tylko mój tatko mógł coś takiego wymyślić.
Chciał go zanieść w tej torbie do weterynarii na badanie, czy aby wsciekły nie jest, bo jak nie, to żal przecie zabijać.
Tak tak, karpie wigilijne też u nas w wannie nigdy nie pływały.

Można się łatwo domyślić co niby-szczur z papierową torbą zrobił, oczywiście o ile się nie jest moim tatkiem.
Ostatecznie tatko wpadł w desperację i choć wstępnie nie zamierzał zwierzątka skrzywdzić, jednak ostatecznie tak mu przyłożył… że tego… sekcja wykazała, że stworzonko wściekłe nie było.

To tyle.

O, dziesiąta!To spadam luli.

kategoria notki opowieści dziwnej treści — Tagi: , , — jamatka @ 22:59

29 stycznia 2010

odnośnie wątku o karmieniu piersią vs butelka

Misio zalągł mi się w brzuszku w dosyć mało odpowiednim momencie, kiedy zabrałam właśnie papiery z gdańskiej uczelni coby się przenieść do Krakowa. Tzn nie tyle się przenieść co na nowo rozpocząć studia na całkiem nowym kierunku, bo ten który studiowałam od prawie czterech lat zdecydowanie mi się znudził, rozczarował i w ogóle bleeeh… doszłam do wniosku, że tym to ja się parać na pewno nie będę, to na co tu tracić czas dla jakiegoś papiera plus tytuł mgr.

Tzn dawno bym taką decyzję podjęła, bo nie ma chyba nic bardziej nudnego do studiowania na uczelni plastycznej jak wzornictwo przemysłowe… na dodatek w tamtych czasach.
Jednak do takiego samodzielnego decydowania o sobie potrzebna była mi absolutna niezależność finansowa. I właśnie mniej więcej na czwartym roku finansowo niezależna byłam tak absolutnie, jak nigdy więcej nie było mi już dane.

I właśnie zabrałam te papiery… pani Jadzia w dziekanacie uwierzyć wprost nie mogła… że ot tak… bez powodu ktoś mówi, że nie… że za więcej dziękuje… wręcz tych papierów nie chciała mi dać.
Mądra kobieta…
Zaś ja wtedy wyglądałam jak wygolony do zera 15-latek w czarnych pionierkach z białymi sznurówkami i tylko zestawu kolczyków powpinanych gdzie się da do stylowego imidżu mi brakło.
Zatem ulitowała się pani Jadzia, że nie wie biedne zbłąkane dziecko co robi… gdy tymczasem to dziecko w miesiąc zarabiało tyle, ile pani Jadzia w pół roku… o ile mu się chciało… bo jak mu się nie chciało to po prostu nie zarabiało tylko robiło sobie coś innego.
A na dodatek szanowne państwo nie dostawało z tych zarobków ani grosza…

W tym momencie uspakajam, że w wachlarzu zawodów jakimi wypadło mi się parać, prostytucja akurat się nie znalazła… choć moja matka chyba właśnie o to mnie wtedy podejrzewała… nigdy jednak nie zapytała, tylko ojca nasłała na niezgrabne spytki… grunt, że  przywoziłam do domu grosz.

Tak czy owak, zabrałam te papiury i już już wyjeżdżałam do Krakowa, nawet bilet miałam kupiony, jak właśnie… no właśnie… coś mi innego po drodze wypadło i zatrzymało na bite 9 miesięcy a nawet i dłużej… a właściwie to udupiło na dobre.
Nie… nie był to dla mnie wtedy żaden problem, nawet ojcem tego dziecka ani moją matką nie musiałam się przejmować, bo ojciec dziecka nie był mi do niczego potrzebny a moją matkę, krótko mówiąc, miałam w kieszeni. Resztką zdrowego rozsądku postanowiłam tylko zdać na tę samą uczelnię, z której zabrałam papiery, tyle że na nowy kierunek… no bo ubezpieczenie itede.
Proponowano mi nawet cobym starała się o przeniesienie z tego nieszczęsnego wzornictwa na upatrzoną grafikę ze stratą tylko jednego roku, ale ja nigdy nie miałam zacięcia do grzebania się w papiurkach, wałęsania po prośbie po rozmaitych pokojach… nie nie.
Jak już miałam coś nowego zaczynać, to bez żadnej ściemy, tylko uczciwie i od początku.

Złożyłam papiery, odbębniłam egzaminy… i ciut ciut mi zabrakło.

Może to i dobrze… wynajęłam sobie kawalerkę na Żabiance, urodziłam Misia a w czerwcu następnego roku udało mi się wreszcie na ową grafikę dostać…

Ale po co ja to piszę… ?
Acha…
Bo o karmieniu piersią miało być.
… to trochę nie w tym kierunku się zapuściłam.

Otóż chciałam wyłożyć okoliczności, jak to było, że ja Misia karmiłam tylko dwa miesiące.
Ano stało się tak to, że jak mówiłam, oprócz finansowania się osoby musiałam wspierać również moją bezrobotna matkę w potrzebie… tzn nie musiałam ale jeszcze wtedy o tym nie wiedziałam, że nie muszę… dopiero kilka lat potem to do mnie dotarło.
I po prostu po dwóch miesiącach kochana babcia przekonała młodą matkę, że lepiej będzie jak ona… i tak bezrobotna, zajmie się wnuczkiem a ja wtedy zrobię się robotna w pełnym zakresie, a ponadto, że wiejskie powietrze będzie miało o wiele bardziej zbawienny wpływ na zdrowie dziecka niż naturalny pokarm matki. I z tym powietrzem to się akurat zgadzam.

Nie trudno było mnie przekonać… i chyba specjalnej przenikliwości nie trzeba, coby domyślić się powodów.

Zatem oddałam mego Misia, bez większych skrupułów i nie wiedziałam, głupia, w co ja się na wiele lat pakuję…
Ale nieważne.
Misia chowała moja matka a ja w międzyczasie zarabiałam pieniądze na siebie, na Misia i na nią. Tak… a po trzech latach musiałam wykradać po kryjomu swoje własne dziecko, jak mi się ta opcja sprzykrzyła do bólu i rozstroju nerwów…
Ale mniejsza…

Tak czy owak stać mnie wtedy było na rozmaite gerbery z komisów, ciuszki i najlepsze mleko jakie się właśnie pojawiło na rynku. Było to chyba pierwsze dostępne w Polsce mleko dla niemowląt, co to się je rozpuszczało w ciepłej wodzie bez gotowania. Quiqoz bodajże się  nazywało. Takie żółte metalowe puszki z czerwonymi literami.
Było smaczne, przygotowanie go zajmowało max 2 minuty i Misio wolał je od moich cycków od pierwszego razu.

Zresztą… nie miałam większych problemów z pokarmem, nie miałam go ani za dużo ani za mało, z tym, że jak nie trudno zauważyć, dosyć impulsywna ze mnie osoba… a nic tak nie hamuje wypływu mleka jak nerwy. A z tym akurat na deficyt nigdy nie musiałam narzekać. Poza tym to całe zawracanie sobie głowy dietami… odmawianiem sobie tego i owego… nie nie…
rezygnacja z karmienia piersią przyniosła mi ulgę. Z tym, że zaznaczam… sama na ten pomysł bym nie wpadła i nie podjęłabym takiej decyzji gdyby nie sugestie mojej matki.

Z Piotrem było już zupełnie inaczej. Po pierwsze to żyliśmy już razem… tzn ja z ojcem moich dzieci… czyli owym tajemniczym NIM, chłopem, mężem od niedawna itede.
Wynajmowaliśmy razem mieszkanie, on pracował, ja dorabiałam na czarno. Ogólnie to klepaliśmy biedę, że hej, ale akurat zaszłam w ciążę w momencie, kiedy zabłysło światełko w tunelu i chłop wziął udział w bardzo ważnej i wielkiej międzynarodowej wystawie Europa Europa i dostał do tego zlecenie za bardzo poważne europejskie pieniądze… i wydawało nam się, że wreszcie ruszyło coś ku lepszemu.
Ale światełko jak zabłysło, tak zgasło i tak właściwie już było i było… do niedawna.
Dopiero kilka lat temu stanęliśmy na nogi, o utrzymanie nie trzeba się było nieustannie martwić i na koncie zawsze parę tysiaków siedziało…

I zaczął się kryzys… a my jako ludzie „kulturalnie zarabiający” dostaliśmy po dupie w pierwszej kolejności.

Na szczęście wszystko wskazuje na to, że bessa dobiega końca i nadchodzi powoli czas hossy…  który i tak pewnie niedługo znowu w bessę się zamieni…  nie mam co do tego żadnych złudzeń.

Ale mniejsza, bo ja znowu nie o tym…

Jak urodził się Ptyś, to krótko mówiąc cierpieliśmy bidę z nędzą. A jak bida to i nerwy i za fajnie z tym pokarmem nie było, choćby względu na fakt, że na specjalne pożywne diety dla matki karmiącej se nie mogłam pozwolić.
Najważniejszy był Miś… a ja najwyżej mogłam oblizywać kubełki po jogurtach Danona, jakie się właśnie pojawiły na naszym rynku.
Do tego Ptyś… takie niby wrażliwe, delikatne dziecko, poeta i w ogóle… jednak z cyckami obchodził się wyjątkowo brutalnie i przez cały czas musiałam używać kapturków z jakiegoś plastiku, coby mi sutków moje kochane maleństwo nagimi dziąsłami nie odgryzło.
Nie było to wygodne, bo trzeba było te kapturki myć, parzyć itede, a Ptyś też zadania nie ułatwiał wykazując irytująco mało zdecydowania przy ssaniu.

Miśki to niestety patologiczne przypadki tzw niejadków i przez kilkanaście lat moje życie w zasadzie polegało na nieustannym zamartwianiu się o zawartość ich brzuszków, nie tylko z punktu widzenia finansów, zaś czas dzielił się na dwu-trzy godzinne odcinki od jednego posiłku do drugiego.
Do tego Ptyś szybko posiadł paskudną umiejętność zwracania treści żołądkowej na zamówienie … bez żadnego problemu, gładko, wręcz z wdziękiem, w pewnym momencie robił bleeeh!  i szlag trafiał bezzwrotnie cały matczyny wysiłek.
Zatem nie wystarczyło wepchnąć dziecku kęs do mordki… trzeba jeszcze było uważać coby z tym wpychaniem nie przesadzić i wycofać się w odpowiednim momencie.
A jeżeli ktoś twierdzi, że na niejadka jest prosty sposób, coby go przegłodzić do skutku… to nie… nieprawda… ja to wiem z własnego doświadczenia niestety, że bywają takie dzieci, co potrafią się zagłodzić… no może nie na śmierć, ale do poważnej choroby swojej lub rodzica.

Żesz … jak se to teraz przypominam… w co ja się znowu wpakowałam!?

W każdym razie, kończąc nareszcie, chcę tylko powiedzieć, że dokarmiłam mego Ptysia cyckiem te pół roku i z ogromną ulgą przeszłam na butlę.

No i wtedy właśnie zaczęły się schody, bo Ptyś niedługo potem zaczął chorować i wykazywał nietolerancję na coś tam, czego bliżej nie dało się określić, dlatego zaczęliśmy karmić go kozim mlekiem.
Był rok `95 i zdobycie koziego mleka nie było tak proste jak dziś. Można było je dostać w butelkach po pół litra w jednym jedynym sklepie na cały Wrzeszcz, na zapisy, w ograniczonej ilości a na dodatek często okazywało się kwaśne.
Ale jakoś to szło, robiłam z tego mleka jogurty i twarożki i dawało radę… jednak w tym przypadku żałuję… żałuję, że zrezygnowałam z piersi. Ale tylko dlatego, że karmienie sztuczne okazało się jeszcze większą makabrą niż cycek.

I tyle mojej relacji do zaczętego niedawno wątku odnośnie decyzji o rezygnacji z karmienia piersią…
Tzn Decyzji to za dużo powiedziane… jednak jak na jeden wpis naklikałam się aż nazbyt, zatem może kiedy indziej dokończę … albo i nie… bo   z moimi postanowieniami i obietnicami jest tak jak z moimi decyzjami. Czyli tak samo.

A wróciłam do tematu właściwie z powodu wpisu jaki kilka dni temu ukazał się na blogu butelkowy.pl

kategoria notki opowieści dziwnej treści — Tagi: , — jamatka @ 18:01

dziennik

  • 22 sierpnia 2010wczoraj nareszcie wyrównaliśmy szczerbę w ewolucyjnym płocie i nadrobiliśmy braki.Nareszcie dziecko dokonało epokowego odkrycia, ze jak na chwilę przestanie machać tymi łapami to może wykorzystać je do podparcia podczas siedzenia. Tak nagle tego dokonało, podobnie jak nagle przypomniało sobie o obrotach z pleców na brzuszek… tylko w odwrotną stronę jakoś nie bardzo. A wszystko to z okazji półrocznej "rocznicy"
  • 18 sierpnia 2010no i mamy pierwsze uczulenie. Przy okazji dowiedziałam się jak to wygląda bo ciągle nie byłam pewna czy to co jej wyskakuje na nosku to trądzik niemowlęcy czy uczulenie.To teraz wiem.Teraz trzeba określić na co to uczulenie.Czy na nowe mleko?Czy na kaszkę kukurydzianą z truskawkami?Czy na ro-coś tam ryżowe z czymś tam m.in pomidorami.Mam nadzieję, ze to nie mleko a stawiam na truskawki.
  • 12 sierpnia 2010O! już dwunasty. To za tydzień i dzień kończymy pół roku. Kończy się puszka z Bebilonem 1 i korci mnie strasznie zeby już kupić dwójkę. Tym bardziej, że Inka za mlekiem najwyraźniej nie przepada.I jakoś tak się samo zrobiło, ze zasypiamy już same. Ja tylko podchodzę kiedy zajęczy bo jej smoczek wypadł. A raczej sama go wyrzuciła.

katalogi

    Z brzucha wzięte w katalogu Gwiazdor Najlepsze Blogi Katalog blogów. Najlepsze blogi. Family BlogsBlogging My BlogCatalog Z Brzucha Wzięte Stronę monitoruje stat24