pada… tak jak lubię, miarowo acz solidnie, co oznacza, że szybko nie przestanie.
Lubię deszcz.
W ogóle lubię wszelkie, kataklizmy oprócz tych wiatrowych. Burze szczególnie… ten zapach ozonu potem… i śnieżyce.
Bierze się to chyba stąd że jak byłam… eee… mała i trochę większa i mieszkałam w Korszach to jak była taka ulewa albo śnieżyca… ooo… zimę stulecia szczególnie miło wspominam…
to wtedy na naszym zadupiu zadupia gasło np do tego jeszcze światło i nic nie dało się robić.
Można było tylko leżeć i gapić się w sufit bo dzięki zarządzaniu mojej matki, jak coś było potrzebne to wiadomo było, że tego nie ma. Była masa różnych niepotrzebnych przedmiotów… np mnóstwo materiałów, choć moja matka nie umiała szyć, szafkę w łazience zapełniały różne puszki z cudownymi preparatami na odchudzanie, zaś np polopiryny ani widu… kolekcja kaktusów, ze 30 starych, w różnym stadium destrukcji samowarów i innych antyków,
ale tego co potrzebne nigdy nie było.
Nóż mieliśmy np tylko jeden… pamiętam… taki duży z czarnym ebonitowym trzonkiem. Jak się zawieruszył to gleba.
Zatem jak gasło światło to świeczki nigdy nie było, a nawet jak była to nikt nie wiedział gdzie i można było NIC NIE ROBIĆ w pełnym tego słowa znaczeniu.
A ja akurat miałam od 10 roku życia wielki deficyt nicnierobienia bo moja matka skrzętnie dbała o to cobym ręce zawsze czymś zajęte miała….
I chyba dlatego tak lubię te kataklizmy… nie z powodu gorącego temperamentu a przez dziecięce nieustanne zmęczenie.
Zresztą widać moje dzieciństwo po moich dłoniach… nie… nie mam po kim dziedziczyć takich robotniczych żylastych łap… już np mój brat ma rączki jak kobieta… zaś ja jak chłop.
Tak jak te dzieciaki ze wsi i pegeerów, co chodziły ze mną do Zbiorczej Szkoły Gminnej w Korszach… co zawsze się tych rąk wstydziły i trzymały je pod ławką.
Taki spokój w sobie teraz mam… taka czuję lekkość ulgę jak nie ma we mnie tej nieustannej złości, że nie czuje do nikogo dawnej nienawiści,co to mnie tak jeszcze niedawno nieustannie trawiła.
Do nikogo oprócz mojej matki.
Mam nadzieję, że się będzie smażyć w piekle długo i na wolnym ogniu… oczywiście zawodząc nieustannie jak za życia
- Boże, za co to mnie spotyka…
Bo moja matka zawsze będzie się miała za Anioła Miłosierdzia a nie Demona Zniszczenia.
Ten typ demonów tak ma… tożsamość im się myli.
No więc pada i jak się niedawno obudziłam to tak mi się przyjemnie zrobiło… bo cierpię na deficyt nicnierobienia straszliwie.
A w domu kongo, zaś na stronie od rana 30 odwiedzin już było…
A wczoraj coś powyżej 200…
Musze ten czat założyć jak najszybciej, iść do weterynarza po tabletki dla psa, do Biedronki po mięso… i ogarnąć ten syf czem prędzej bo koło dwunastej Piotr ma przyjść z chłopem … a przede wszystkim najpierw i po pierwsze iść z psami.
I żaden deszcz mi niestety nie pomoże…
Zresztą chyba właśnie przestało…
Tak tylko jak się obudziłam zanim dotarło do mnie ze wszystkimi szczegółami jaki jest czas i miejsce, to tak tylko przez chwilę jak usłyszałam deszcz to ulgę poczułam.
Heh… ale się rozpisałam zupełnie niechcący.
Ale i tak nieustannie jestem ostatnio szczęśliwa.
Choć czuję się podle i jeszcze podlej sypiam.






komentarze