rss notki
mail
...
...
...

kolejne strony

tagi

31 stycznia 2010

paradoksy genetyczne

wpis impulsywny

…potem mija pierwsze pięć lat, największe burze są już za wami… nadchodzi mniejsza czy większa stagnacja i zwyczajnie… ON zaczyna Cię wkurzać… takie same nieistotne drobiazgi, jego codzienne nawyki, niedociśnięte połówki cytryny walające się po kuchennych blatach, kłębuszki brudnych skarpet i kurzu w każdym zakamarku mieszkania… no i ta… przede wszystkim ta … deska klozetowa… no do cholery jasnej! dlaczego ONI zawsze mają ambicję coby sikać na stojąco! …jakby nie mogli TEGO robić tym samym systemem jak robią TAMTO …

i różne takie, jednak nic z tych rzeczy, czego by wieczorny seks i inne miziania nie zutylizowały… tylko chwilę przed zaśnięciem ze swoim tyłeczkiem wcisniętym w jego dołek i jego prawą łapą na twoim lewym cycku pozłorzeczysz w myślach na teściową, że guła jedna wypindrzona nie potrafiła wychować dzieciaka.

Po dziesięciu latach wiesz, że i tak nie masz co liczyć na rozwód bo się zwyczajnie do niego przyzwyczaiłaś i chyba trudno byłoby ci bez niego żyć… tak zwyczajnie… nie to ze wielka LOVE ale życia bez niego już sobie nie wyobrażasz…

Jednak dalej Cię wkurwia… już nie wkurza a wkurwia, zatem tak planujesz rytm dnia, coby spędzać z nim jak najmniej czasu, mieć swój świat niezależny od jego i właściwie jest ci na rękę, że często wyjeżdża, prawie co wieczór chodzi z kumplami na piwo … raz że wracając po nocy skruszony przynosi ci kwiatka … czasami są to doniczkowe, kiedy wraca tak „wcześnie” że oprócz babć z przejścia podziemnego dostępne są już i kwiaciarnie… i rano jest do rany przyłóż… a dwa, że wtedy TY masz święty spokój i mniej więcej wolny wieczór i nikt ci przez ramię niecierpliwie nie zagląda, jak znowu siedzisz przy tym komputerze, pijesz Redsy i grasz albo blogujesz… i jakoś to wszystko daje radę…

Po piętnastu latach wpadasz na genialny pomysł natury socjologicznej… że małzeństwa powinny mieć nie jedno a dwa mieszkania… i że wszystko wtedy ładnie by się układało i bez żadnych zgrzytów, gdyby każdy mając dość obecności tego drugiego mógł iść sobie do swojej własnej chałupy a dzieci byłyby raz tu a raz tam… i tym sposobem i ty i on mielibyście na zmianę wolny czas a on mógłby sobie w tym swoim mieszkaniu brudnymi skarpetami ozdabiać nawet świąteczną choinkę zaś kibla nie myć w ogóle. Nic by cię to nie wzruszało, po prostu wracałabyś do swego domu i kota i ćwiczyła jogę.

A po dwudziestu latach zauważasz, że ten twój niuniuś pierworodny, te twoje najukochańsze skarby świata, to wylulane maleństwo, powód matczynej dumy i zmartwień… że jest dokładnie toczka w toczkę jak ON… i te skarpety i sika na stojaka… i w ogóle wszystko… acha… na szczęście nie lubi herbaty z cytryną.

I zaczyna Cię wkurzać…

I czujesz się z tym podle.

kategoria notki dziennik fizooloficzny — Tagi: , — jamatka @ 11:57

30 stycznia 2010

Czuj czuj! Czuwaj!

Postanowiłam zrobić dziś coś pożytecznego.

Obudziłam się o szóstej rano… no a jakżeby inaczej… w końcu dzień wolny od szkoły, zatem tradycyjnie budzę się nieproszona jeszcze przed świtem, coby nie uronić ani minutki tego weekendowego szczęścia na jakieś bezproduktywne odsypianie całego tygodnia.
Zatem obudziłam się o szóstej i do dziesiątej z nosem pod kołdrą układałam sobie listę spraw pożytecznych niezrobionych.
A ta lista jest tak dłuuuuga, a ponadto z dnia na dzień wydłuża się coraz bardziej, że teraz od godziny zastanawiam się co wybrać!
Mam nadzieję, że te opowieści coby sobie wszystko przygotować przed rozwiązaniem, bo potem dłuuuugo nie będzie na nic czasu, to takie same mity jak te o koszmarach z porodówki, którym mnie wszyscy wszędzie straszą.

Nie wiem o co chodzi, ale całe życie żywiłam pewność, że moje porody były wyjątkowo paskudne i paskudnie makabryczne i makabrycznie dłuuuugie przede wszystkim… a teraz jak jestem w ciąży odnoszę zupełnie inne wrażenie.
Nie wiem jaka kombinacja chemiczna za to pranie pamięci odpowiada, ale warto byłoby mnie przebadać, póki jest jeszcze okazja i ewentualnie opatentować ten hormon czy coś, bo można by zbić na takim cudzie prawdziwą fortunę… a czasu zostało niewiele.

Bo właśnie… zbieram się dziś … jak już to COŚ POŻYTECZNE odbębnię … to zamierzam dokonać podsumowania ciąży 2009/2010 kryptonim Inoczka, bo od dwóch dni wydaje mi się, że czas jest najwyższy… wiem, że do 24 lutego jeszcze ho-ho, ale co innego wiedzieć a co innego czuć.

Jestem już na wylocie… czuję to w kościach, czuję to w głowie, całą sobą to czuję i Inoczka też chyba coś wietrzy bo zrobiła się bardzo aktywna…

Zatem czuj-czuj-czuwaj! a ja spadam stąd póki zmrok mnie tu jeszcze przy tej kaszce ryżowej na mleku nie zastał.

Edit podwieczorkowy:

Nie wiem co mam o tym myśleć, ale zaczęłam gadać z własnym brzuchem / do czego wcześniej jakoś nie mogłam się przekonać / , mówię do niego skarbie i kochanie i właśnie jestem w trakcie wykopywania Piotrusia z jego pokoju. A zajrzałam tu tylko coby przynieść dziecku nawilżacz powietrza.

W ogóle nie miałam żadnych takich planów na najbliższy tydzień, zatem nie wiem co mi odbija… ale wszystko wskazuje na to, że od rana mam równie nieprzeparte, co niewytłumaczalne ciśnienie na tzw „wicie gniazda”

czad…

kategoria notki dziennik fizooloficzny — Tagi: , , , — jamatka @ 11:00

29 stycznia 2010

odnośnie wątku o karmieniu piersią vs butelka

Misio zalągł mi się w brzuszku w dosyć mało odpowiednim momencie, kiedy zabrałam właśnie papiery z gdańskiej uczelni coby się przenieść do Krakowa. Tzn nie tyle się przenieść co na nowo rozpocząć studia na całkiem nowym kierunku, bo ten który studiowałam od prawie czterech lat zdecydowanie mi się znudził, rozczarował i w ogóle bleeeh… doszłam do wniosku, że tym to ja się parać na pewno nie będę, to na co tu tracić czas dla jakiegoś papiera plus tytuł mgr.

Tzn dawno bym taką decyzję podjęła, bo nie ma chyba nic bardziej nudnego do studiowania na uczelni plastycznej jak wzornictwo przemysłowe… na dodatek w tamtych czasach.
Jednak do takiego samodzielnego decydowania o sobie potrzebna była mi absolutna niezależność finansowa. I właśnie mniej więcej na czwartym roku finansowo niezależna byłam tak absolutnie, jak nigdy więcej nie było mi już dane.

I właśnie zabrałam te papiery… pani Jadzia w dziekanacie uwierzyć wprost nie mogła… że ot tak… bez powodu ktoś mówi, że nie… że za więcej dziękuje… wręcz tych papierów nie chciała mi dać.
Mądra kobieta…
Zaś ja wtedy wyglądałam jak wygolony do zera 15-latek w czarnych pionierkach z białymi sznurówkami i tylko zestawu kolczyków powpinanych gdzie się da do stylowego imidżu mi brakło.
Zatem ulitowała się pani Jadzia, że nie wie biedne zbłąkane dziecko co robi… gdy tymczasem to dziecko w miesiąc zarabiało tyle, ile pani Jadzia w pół roku… o ile mu się chciało… bo jak mu się nie chciało to po prostu nie zarabiało tylko robiło sobie coś innego.
A na dodatek szanowne państwo nie dostawało z tych zarobków ani grosza…

W tym momencie uspakajam, że w wachlarzu zawodów jakimi wypadło mi się parać, prostytucja akurat się nie znalazła… choć moja matka chyba właśnie o to mnie wtedy podejrzewała… nigdy jednak nie zapytała, tylko ojca nasłała na niezgrabne spytki… grunt, że  przywoziłam do domu grosz.

Tak czy owak, zabrałam te papiury i już już wyjeżdżałam do Krakowa, nawet bilet miałam kupiony, jak właśnie… no właśnie… coś mi innego po drodze wypadło i zatrzymało na bite 9 miesięcy a nawet i dłużej… a właściwie to udupiło na dobre.
Nie… nie był to dla mnie wtedy żaden problem, nawet ojcem tego dziecka ani moją matką nie musiałam się przejmować, bo ojciec dziecka nie był mi do niczego potrzebny a moją matkę, krótko mówiąc, miałam w kieszeni. Resztką zdrowego rozsądku postanowiłam tylko zdać na tę samą uczelnię, z której zabrałam papiery, tyle że na nowy kierunek… no bo ubezpieczenie itede.
Proponowano mi nawet cobym starała się o przeniesienie z tego nieszczęsnego wzornictwa na upatrzoną grafikę ze stratą tylko jednego roku, ale ja nigdy nie miałam zacięcia do grzebania się w papiurkach, wałęsania po prośbie po rozmaitych pokojach… nie nie.
Jak już miałam coś nowego zaczynać, to bez żadnej ściemy, tylko uczciwie i od początku.

Złożyłam papiery, odbębniłam egzaminy… i ciut ciut mi zabrakło.

Może to i dobrze… wynajęłam sobie kawalerkę na Żabiance, urodziłam Misia a w czerwcu następnego roku udało mi się wreszcie na ową grafikę dostać…

Ale po co ja to piszę… ?
Acha…
Bo o karmieniu piersią miało być.
… to trochę nie w tym kierunku się zapuściłam.

Otóż chciałam wyłożyć okoliczności, jak to było, że ja Misia karmiłam tylko dwa miesiące.
Ano stało się tak to, że jak mówiłam, oprócz finansowania się osoby musiałam wspierać również moją bezrobotna matkę w potrzebie… tzn nie musiałam ale jeszcze wtedy o tym nie wiedziałam, że nie muszę… dopiero kilka lat potem to do mnie dotarło.
I po prostu po dwóch miesiącach kochana babcia przekonała młodą matkę, że lepiej będzie jak ona… i tak bezrobotna, zajmie się wnuczkiem a ja wtedy zrobię się robotna w pełnym zakresie, a ponadto, że wiejskie powietrze będzie miało o wiele bardziej zbawienny wpływ na zdrowie dziecka niż naturalny pokarm matki. I z tym powietrzem to się akurat zgadzam.

Nie trudno było mnie przekonać… i chyba specjalnej przenikliwości nie trzeba, coby domyślić się powodów.

Zatem oddałam mego Misia, bez większych skrupułów i nie wiedziałam, głupia, w co ja się na wiele lat pakuję…
Ale nieważne.
Misia chowała moja matka a ja w międzyczasie zarabiałam pieniądze na siebie, na Misia i na nią. Tak… a po trzech latach musiałam wykradać po kryjomu swoje własne dziecko, jak mi się ta opcja sprzykrzyła do bólu i rozstroju nerwów…
Ale mniejsza…

Tak czy owak stać mnie wtedy było na rozmaite gerbery z komisów, ciuszki i najlepsze mleko jakie się właśnie pojawiło na rynku. Było to chyba pierwsze dostępne w Polsce mleko dla niemowląt, co to się je rozpuszczało w ciepłej wodzie bez gotowania. Quiqoz bodajże się  nazywało. Takie żółte metalowe puszki z czerwonymi literami.
Było smaczne, przygotowanie go zajmowało max 2 minuty i Misio wolał je od moich cycków od pierwszego razu.

Zresztą… nie miałam większych problemów z pokarmem, nie miałam go ani za dużo ani za mało, z tym, że jak nie trudno zauważyć, dosyć impulsywna ze mnie osoba… a nic tak nie hamuje wypływu mleka jak nerwy. A z tym akurat na deficyt nigdy nie musiałam narzekać. Poza tym to całe zawracanie sobie głowy dietami… odmawianiem sobie tego i owego… nie nie…
rezygnacja z karmienia piersią przyniosła mi ulgę. Z tym, że zaznaczam… sama na ten pomysł bym nie wpadła i nie podjęłabym takiej decyzji gdyby nie sugestie mojej matki.

Z Piotrem było już zupełnie inaczej. Po pierwsze to żyliśmy już razem… tzn ja z ojcem moich dzieci… czyli owym tajemniczym NIM, chłopem, mężem od niedawna itede.
Wynajmowaliśmy razem mieszkanie, on pracował, ja dorabiałam na czarno. Ogólnie to klepaliśmy biedę, że hej, ale akurat zaszłam w ciążę w momencie, kiedy zabłysło światełko w tunelu i chłop wziął udział w bardzo ważnej i wielkiej międzynarodowej wystawie Europa Europa i dostał do tego zlecenie za bardzo poważne europejskie pieniądze… i wydawało nam się, że wreszcie ruszyło coś ku lepszemu.
Ale światełko jak zabłysło, tak zgasło i tak właściwie już było i było… do niedawna.
Dopiero kilka lat temu stanęliśmy na nogi, o utrzymanie nie trzeba się było nieustannie martwić i na koncie zawsze parę tysiaków siedziało…

I zaczął się kryzys… a my jako ludzie „kulturalnie zarabiający” dostaliśmy po dupie w pierwszej kolejności.

Na szczęście wszystko wskazuje na to, że bessa dobiega końca i nadchodzi powoli czas hossy…  który i tak pewnie niedługo znowu w bessę się zamieni…  nie mam co do tego żadnych złudzeń.

Ale mniejsza, bo ja znowu nie o tym…

Jak urodził się Ptyś, to krótko mówiąc cierpieliśmy bidę z nędzą. A jak bida to i nerwy i za fajnie z tym pokarmem nie było, choćby względu na fakt, że na specjalne pożywne diety dla matki karmiącej se nie mogłam pozwolić.
Najważniejszy był Miś… a ja najwyżej mogłam oblizywać kubełki po jogurtach Danona, jakie się właśnie pojawiły na naszym rynku.
Do tego Ptyś… takie niby wrażliwe, delikatne dziecko, poeta i w ogóle… jednak z cyckami obchodził się wyjątkowo brutalnie i przez cały czas musiałam używać kapturków z jakiegoś plastiku, coby mi sutków moje kochane maleństwo nagimi dziąsłami nie odgryzło.
Nie było to wygodne, bo trzeba było te kapturki myć, parzyć itede, a Ptyś też zadania nie ułatwiał wykazując irytująco mało zdecydowania przy ssaniu.

Miśki to niestety patologiczne przypadki tzw niejadków i przez kilkanaście lat moje życie w zasadzie polegało na nieustannym zamartwianiu się o zawartość ich brzuszków, nie tylko z punktu widzenia finansów, zaś czas dzielił się na dwu-trzy godzinne odcinki od jednego posiłku do drugiego.
Do tego Ptyś szybko posiadł paskudną umiejętność zwracania treści żołądkowej na zamówienie … bez żadnego problemu, gładko, wręcz z wdziękiem, w pewnym momencie robił bleeeh!  i szlag trafiał bezzwrotnie cały matczyny wysiłek.
Zatem nie wystarczyło wepchnąć dziecku kęs do mordki… trzeba jeszcze było uważać coby z tym wpychaniem nie przesadzić i wycofać się w odpowiednim momencie.
A jeżeli ktoś twierdzi, że na niejadka jest prosty sposób, coby go przegłodzić do skutku… to nie… nieprawda… ja to wiem z własnego doświadczenia niestety, że bywają takie dzieci, co potrafią się zagłodzić… no może nie na śmierć, ale do poważnej choroby swojej lub rodzica.

Żesz … jak se to teraz przypominam… w co ja się znowu wpakowałam!?

W każdym razie, kończąc nareszcie, chcę tylko powiedzieć, że dokarmiłam mego Ptysia cyckiem te pół roku i z ogromną ulgą przeszłam na butlę.

No i wtedy właśnie zaczęły się schody, bo Ptyś niedługo potem zaczął chorować i wykazywał nietolerancję na coś tam, czego bliżej nie dało się określić, dlatego zaczęliśmy karmić go kozim mlekiem.
Był rok `95 i zdobycie koziego mleka nie było tak proste jak dziś. Można było je dostać w butelkach po pół litra w jednym jedynym sklepie na cały Wrzeszcz, na zapisy, w ograniczonej ilości a na dodatek często okazywało się kwaśne.
Ale jakoś to szło, robiłam z tego mleka jogurty i twarożki i dawało radę… jednak w tym przypadku żałuję… żałuję, że zrezygnowałam z piersi. Ale tylko dlatego, że karmienie sztuczne okazało się jeszcze większą makabrą niż cycek.

I tyle mojej relacji do zaczętego niedawno wątku odnośnie decyzji o rezygnacji z karmienia piersią…
Tzn Decyzji to za dużo powiedziane… jednak jak na jeden wpis naklikałam się aż nazbyt, zatem może kiedy indziej dokończę … albo i nie… bo   z moimi postanowieniami i obietnicami jest tak jak z moimi decyzjami. Czyli tak samo.

A wróciłam do tematu właściwie z powodu wpisu jaki kilka dni temu ukazał się na blogu butelkowy.pl

kategoria notki opowieści dziwnej treści — Tagi: , — jamatka @ 18:01

Do licha… no coś jakby wracamy…

Pakujemy z Inoczką manatki i wracamy na stare śmieci. Bo tak to się jakoś składa, że ilekroć próbujemy stąd wyjechać zawsze zdarza się JAKIEŚ-NIEBELE-JAKIE COŚ, które nas zawraca z podróży w NOWE NIEZNANE NIEKONIECZNIE LEPSZE.

Jak to powiedział Kajtuś, która zna mnie najlepiej z całej blogosfery i widziała już takie cuda w  wykonaniu kolejnych naszych wcieleń, że jej opinię należałoby uznać jako wiążącą… mamy… MY… tzn Pampersa, Klejo, Prosty Prosiaczek i ta nowa wersja wirtualnej osobowości której imienia nawet tu nie wymienię, bo szybciej zeszła z TEGO świata niż dane jej było powstać…
No to MY mamy naturę nomada i dłuższe zasiedzenie przyprawia nas o nieuzasadnione mrowienie w palcach… poza tym WIELKA I MONDRA SIOSTRA KAJTUŚ podała nawet diagnozę. Otóż w dzieciństwie musiałam mieć ADHD. I to by się zgadzało, bo ADHD u dziewczynek objawia się zupełnie inaczej niż u chłopców i znacznie trudniej je wykryć. I jak sama zaczęłam drążyć temat, to rzeczywiście… nieomal wszystko się zgadza…

Zatem to nieleczone ADHD z wiekiem ewaluowało właśnie w takiego twora jaki się teraz od trzech lat po sieci nieustannie szwenda.

I teraz właśnie owa niedoleczona nomadzia natura od pewnego czasu szeptała mi uporczywie do ucha, że skoro dokonałam tak ważkich i przełomowych wyborów z okazji Nowego Roku i nasza rodzina znowu kompletna tapla się w LOVE I PEACE… / no z tym PEACE to może różnie bywa… ale LOVE u nas nigdy nie brakowało i moje dzieci, te już narodzone – przyzwyczajone do takiego stanu rzeczy wyraźnie odczuwały pewien niepokój z powodu ostatniej schizmy… ba! zaś sama schizma wynikła z powodu niebelejakiego bo naczelnego podmiotu tego bloga, czyli Inoczki.

Kiedyś, dawno temu pisałam, że podejscie ONIch do przypadkowej ciąży należy rozumieć zupełnie inaczej niż podejście ONEch… no bo NAM natura sama włącza w głowie mechanizm chcenia… a  ONI niestetety takiego ustrojstwa nie posiadają i muszą nadrabiać dobra wolą… a dobra wola wymaga odpowiednich warunków do rozwoju.

A w przypadku, kiedy JEMU marzy się się już tylko domek z ogódkiem na wsi z daleka od miejskiego zgiełku, z rana jakieś wędki i rybki a o zmierzchu mały bezpieczny seksik z wciąż ciepłą żoneczką … na  łące pośród cykad… no i może wieczorkiem telefon do dzieci, które gdzieś tam daleko podbijają świat i nie mają za wiele czasu, żeby do STARYCH często wpadać…
…no to w takim przypadku ONEMU zrozumienie się z mojej strony należało … tym bardziej, że ta szokujaca wiadomość nadeszła w samym oku kryzysowego cyklonu, znowu nie było co jeść i ogólnie wpadło chłopisko w panikę…

Tak czy owak od Nowego Roku wszystko się zmieniło i dlatego przyszło mi do głowy, że skoro to tak diametralna zmiana i odcinamy się od minionej dekady… to blog też powinien zmienić miejsce i zawartość… jak ciach to ciach!

I to była już druga próba… w sumie jednak chyba wykazała tylko całą bezsensowność pomysłu o przenosinach pod nowy adres… bo po pierwsze, to w efekcie takiego rozbicia chęć do SAMEGO BLOGOWANIA zaczęła mi stopniowo mijać… a po drugie, jak tak będę ciągle kombinować zamiast wziąć siedzieć na czterech literach i pracować nad tym co już mam, to nigdy do niczego nie dojdę… tak łażąc i łażąc z kąta w kąt.

Właśnie to ADHD tak się objawia… ale na to człek ma rozum coby nad naturą zapanować.

I wczoraj przed zaśnięciem dotarło do mnie, że jak nie pojawi się zaraz jakiś motywator… to chyba już mi się odechciało… i starego bloga i nowego i w ogóle wirtualu.

I już już oczka mnie się zamykały jak jednym paluchem kliknęłam jeszcze na linka do bloga przedporodem.pl … / znowu linkuję ;)… dobrego nigdy za wiele :) /…

No i jak mi się te oczka zamykały tak mi się szeroko otworzyły, znowu w pąsach cała stanęłam, serce mocniej zabiło i od tego co przeczytałam ponownie zakiełkowało… ba! rozkwitło gwałtownie poczucie misji…


Dodatkowo…

niech mi ktoś wyjaśni o co z tym blogfrogiem chodzi?

bo jak pisałam przed-ostatnią notkę to miałam frogrank 75 i zaraz potem spadło do 74… czy jakoś tak… a dziś jest 86!

No to mam w końcu pisać czy chodzi im o to cobym przestała?

Bo tak się też składa, że to nie ja sama siebie w to Frogowisko wpisałam i dodatkowo przejąć własnego bloga też nie mogę bo jakiś błąd  frogsystemu mi na to nie pozwala… i wisi to takie nieopisane nie wiadomo czyje…  i najwyraźniej dobrze się ma!

Tak czy owak… jak mi się te oczy tak otworzyły szeroko i serce zabiło, to zasnąć nie mogłam od kombinacji, co z tym blogowym nadmiarem zrobić… bo są teraz dwa blogi, tylko na tym nowym prawie nic jeszcze nie ma… ale jest wszędzie już zabukowany… w rezultacie zaspaliśmy na chemię i nakłamałam równo w usprawiedliwieniu… no i jestem z powrotem najszybciej jak się da!  Bo chyba pisane sobie jesteśmy … Pampersa Marcie R. a Marta R. Pampersie…

Strasznie jest mi miło i wdzięczna jestem za uznanie ogromnie, bo prawdę powiedziawszy to jako były budowlaniec z bardzo plebejskimi korzeniami mam ciągłe wątpliwości co do sensu i jakości tego co tutaj wyprawiam.

Zatem chwalcie mnie chwalcie wszyscy ile tylko się da!

Bo wprawdzie skutkuje to takimi palpitacjami jak ta wczoraj przed zaśnięciem, jednak przede wszystkim

SKRZYDŁA MI OD TEGO ROSNĄ!

Dziękuję ślicznie i już od rana wracam do pionu i na stare śmieci i staram się staram nie zawieść zaufania :)

kategoria notki blog,dziennik fizooloficzny — Tagi: , , , — jamatka @ 10:04

26 stycznia 2010

jak to się robi – poradnik kobiety udomowionej

Jak to się robi coby nie zwariować.

…konkretnie w sytuacjach kiedy świat tak przyparł nas do muru, że strach drgnąć coby i ten mur na nietęgą biało-głowę się nie zawalił.

To co wtedy robić?

Po pierwsze nie gotować obiadu… tylko pizza albo inne takie na telefon… nieważne, że nas na to nie stać. Akurat pizza należy do wydatków „luksusowych” tego rodzaju, że se można na nią pozwolić nawet jak nas nie stać.

A że ONO takich potraw nie jada…? A to już ONEGO problem… ludzie w krytycznych sytuacjach z głodu zjadają nawet surowe kartofle… surowe kartofle jakby co mamy na stanie.

Ostatecznie możemy ugotować sam makaron… coby do tej pizzy też Italiano… ale KONIECZNIE nic ponad to!

Po drugie i najważniejsze – wydajemy trochę pieniędzy bez sensu za to coby NAM było miło…

i w tym przypadku właśnie o to chodzi coby nie było nas na to stać… przynajmniej nie teraz.

Jakby kogoś od punktu drugiego bolała dusza to proszę sobie podliczyć ile kosztowały zakupy spożywcze z trzech ostatnich dni i przeanalizować dokładnie drogę ich utylizacji.

Oto przykład:

Ja dziś kupiłam sobie Blutusiową Myszkę do mego różowego laptopika…   kompletnie i dożywotnio mogłam się bez niej obchodzić… jednak dopiero teraz życie mego Pinki nabrało blasku. Właśnie z niego klikam ten wpisik… na leżąco.

I jeszcze rano zamówiłam przez allegro 4 nowe materace na łóżka. Od roku co najmniej do tego się zabieram, od kilku lat zabrać się należało … a jest to zakup wprawdzie bardzo sensowny, jednak z rodzaju tych co zawsze można z nimi poczekać.

I dobrze mi teraz… chyba zaczynam powoli być szczęśliwa… fuj fuj… coby nie zapeszyć.

kategoria notki mondrości dla potomności,zakupy — Tagi: , , , — jamatka @ 20:05

dziennik

  • 22 sierpnia 2010wczoraj nareszcie wyrównaliśmy szczerbę w ewolucyjnym płocie i nadrobiliśmy braki.Nareszcie dziecko dokonało epokowego odkrycia, ze jak na chwilę przestanie machać tymi łapami to może wykorzystać je do podparcia podczas siedzenia. Tak nagle tego dokonało, podobnie jak nagle przypomniało sobie o obrotach z pleców na brzuszek… tylko w odwrotną stronę jakoś nie bardzo. A wszystko to z okazji półrocznej "rocznicy"
  • 18 sierpnia 2010no i mamy pierwsze uczulenie. Przy okazji dowiedziałam się jak to wygląda bo ciągle nie byłam pewna czy to co jej wyskakuje na nosku to trądzik niemowlęcy czy uczulenie.To teraz wiem.Teraz trzeba określić na co to uczulenie.Czy na nowe mleko?Czy na kaszkę kukurydzianą z truskawkami?Czy na ro-coś tam ryżowe z czymś tam m.in pomidorami.Mam nadzieję, ze to nie mleko a stawiam na truskawki.
  • 12 sierpnia 2010O! już dwunasty. To za tydzień i dzień kończymy pół roku. Kończy się puszka z Bebilonem 1 i korci mnie strasznie zeby już kupić dwójkę. Tym bardziej, że Inka za mlekiem najwyraźniej nie przepada.I jakoś tak się samo zrobiło, ze zasypiamy już same. Ja tylko podchodzę kiedy zajęczy bo jej smoczek wypadł. A raczej sama go wyrzuciła.

katalogi

    Z brzucha wzięte w katalogu Gwiazdor Najlepsze Blogi Katalog blogów. Najlepsze blogi. Family BlogsBlogging My BlogCatalog Z Brzucha Wzięte Stronę monitoruje stat24