Misio zalągł mi się w brzuszku w dosyć mało odpowiednim momencie, kiedy zabrałam właśnie papiery z gdańskiej uczelni coby się przenieść do Krakowa. Tzn nie tyle się przenieść co na nowo rozpocząć studia na całkiem nowym kierunku, bo ten który studiowałam od prawie czterech lat zdecydowanie mi się znudził, rozczarował i w ogóle bleeeh… doszłam do wniosku, że tym to ja się parać na pewno nie będę, to na co tu tracić czas dla jakiegoś papiera plus tytuł mgr.
Tzn dawno bym taką decyzję podjęła, bo nie ma chyba nic bardziej nudnego do studiowania na uczelni plastycznej jak wzornictwo przemysłowe… na dodatek w tamtych czasach.
Jednak do takiego samodzielnego decydowania o sobie potrzebna była mi absolutna niezależność finansowa. I właśnie mniej więcej na czwartym roku finansowo niezależna byłam tak absolutnie, jak nigdy więcej nie było mi już dane.
I właśnie zabrałam te papiery… pani Jadzia w dziekanacie uwierzyć wprost nie mogła… że ot tak… bez powodu ktoś mówi, że nie… że za więcej dziękuje… wręcz tych papierów nie chciała mi dać.
Mądra kobieta…
Zaś ja wtedy wyglądałam jak wygolony do zera 15-latek w czarnych pionierkach z białymi sznurówkami i tylko zestawu kolczyków powpinanych gdzie się da do stylowego imidżu mi brakło.
Zatem ulitowała się pani Jadzia, że nie wie biedne zbłąkane dziecko co robi… gdy tymczasem to dziecko w miesiąc zarabiało tyle, ile pani Jadzia w pół roku… o ile mu się chciało… bo jak mu się nie chciało to po prostu nie zarabiało tylko robiło sobie coś innego.
A na dodatek szanowne państwo nie dostawało z tych zarobków ani grosza…
W tym momencie uspakajam, że w wachlarzu zawodów jakimi wypadło mi się parać, prostytucja akurat się nie znalazła… choć moja matka chyba właśnie o to mnie wtedy podejrzewała… nigdy jednak nie zapytała, tylko ojca nasłała na niezgrabne spytki… grunt, że przywoziłam do domu grosz.
Tak czy owak, zabrałam te papiury i już już wyjeżdżałam do Krakowa, nawet bilet miałam kupiony, jak właśnie… no właśnie… coś mi innego po drodze wypadło i zatrzymało na bite 9 miesięcy a nawet i dłużej… a właściwie to udupiło na dobre.
Nie… nie był to dla mnie wtedy żaden problem, nawet ojcem tego dziecka ani moją matką nie musiałam się przejmować, bo ojciec dziecka nie był mi do niczego potrzebny a moją matkę, krótko mówiąc, miałam w kieszeni. Resztką zdrowego rozsądku postanowiłam tylko zdać na tę samą uczelnię, z której zabrałam papiery, tyle że na nowy kierunek… no bo ubezpieczenie itede.
Proponowano mi nawet cobym starała się o przeniesienie z tego nieszczęsnego wzornictwa na upatrzoną grafikę ze stratą tylko jednego roku, ale ja nigdy nie miałam zacięcia do grzebania się w papiurkach, wałęsania po prośbie po rozmaitych pokojach… nie nie.
Jak już miałam coś nowego zaczynać, to bez żadnej ściemy, tylko uczciwie i od początku.
Złożyłam papiery, odbębniłam egzaminy… i ciut ciut mi zabrakło.
Może to i dobrze… wynajęłam sobie kawalerkę na Żabiance, urodziłam Misia a w czerwcu następnego roku udało mi się wreszcie na ową grafikę dostać…
Ale po co ja to piszę… ?
Acha…
Bo o karmieniu piersią miało być.
… to trochę nie w tym kierunku się zapuściłam.
Otóż chciałam wyłożyć okoliczności, jak to było, że ja Misia karmiłam tylko dwa miesiące.
Ano stało się tak to, że jak mówiłam, oprócz finansowania się osoby musiałam wspierać również moją bezrobotna matkę w potrzebie… tzn nie musiałam ale jeszcze wtedy o tym nie wiedziałam, że nie muszę… dopiero kilka lat potem to do mnie dotarło.
I po prostu po dwóch miesiącach kochana babcia przekonała młodą matkę, że lepiej będzie jak ona… i tak bezrobotna, zajmie się wnuczkiem a ja wtedy zrobię się robotna w pełnym zakresie, a ponadto, że wiejskie powietrze będzie miało o wiele bardziej zbawienny wpływ na zdrowie dziecka niż naturalny pokarm matki. I z tym powietrzem to się akurat zgadzam.
Nie trudno było mnie przekonać… i chyba specjalnej przenikliwości nie trzeba, coby domyślić się powodów.
Zatem oddałam mego Misia, bez większych skrupułów i nie wiedziałam, głupia, w co ja się na wiele lat pakuję…
Ale nieważne.
Misia chowała moja matka a ja w międzyczasie zarabiałam pieniądze na siebie, na Misia i na nią. Tak… a po trzech latach musiałam wykradać po kryjomu swoje własne dziecko, jak mi się ta opcja sprzykrzyła do bólu i rozstroju nerwów…
Ale mniejsza…
Tak czy owak stać mnie wtedy było na rozmaite gerbery z komisów, ciuszki i najlepsze mleko jakie się właśnie pojawiło na rynku. Było to chyba pierwsze dostępne w Polsce mleko dla niemowląt, co to się je rozpuszczało w ciepłej wodzie bez gotowania. Quiqoz bodajże się nazywało. Takie żółte metalowe puszki z czerwonymi literami.
Było smaczne, przygotowanie go zajmowało max 2 minuty i Misio wolał je od moich cycków od pierwszego razu.
Zresztą… nie miałam większych problemów z pokarmem, nie miałam go ani za dużo ani za mało, z tym, że jak nie trudno zauważyć, dosyć impulsywna ze mnie osoba… a nic tak nie hamuje wypływu mleka jak nerwy. A z tym akurat na deficyt nigdy nie musiałam narzekać. Poza tym to całe zawracanie sobie głowy dietami… odmawianiem sobie tego i owego… nie nie…
rezygnacja z karmienia piersią przyniosła mi ulgę. Z tym, że zaznaczam… sama na ten pomysł bym nie wpadła i nie podjęłabym takiej decyzji gdyby nie sugestie mojej matki.
Z Piotrem było już zupełnie inaczej. Po pierwsze to żyliśmy już razem… tzn ja z ojcem moich dzieci… czyli owym tajemniczym NIM, chłopem, mężem od niedawna itede.
Wynajmowaliśmy razem mieszkanie, on pracował, ja dorabiałam na czarno. Ogólnie to klepaliśmy biedę, że hej, ale akurat zaszłam w ciążę w momencie, kiedy zabłysło światełko w tunelu i chłop wziął udział w bardzo ważnej i wielkiej międzynarodowej wystawie Europa Europa i dostał do tego zlecenie za bardzo poważne europejskie pieniądze… i wydawało nam się, że wreszcie ruszyło coś ku lepszemu.
Ale światełko jak zabłysło, tak zgasło i tak właściwie już było i było… do niedawna.
Dopiero kilka lat temu stanęliśmy na nogi, o utrzymanie nie trzeba się było nieustannie martwić i na koncie zawsze parę tysiaków siedziało…
I zaczął się kryzys… a my jako ludzie „kulturalnie zarabiający” dostaliśmy po dupie w pierwszej kolejności.
Na szczęście wszystko wskazuje na to, że bessa dobiega końca i nadchodzi powoli czas hossy… który i tak pewnie niedługo znowu w bessę się zamieni… nie mam co do tego żadnych złudzeń.
Ale mniejsza, bo ja znowu nie o tym…
Jak urodził się Ptyś, to krótko mówiąc cierpieliśmy bidę z nędzą. A jak bida to i nerwy i za fajnie z tym pokarmem nie było, choćby względu na fakt, że na specjalne pożywne diety dla matki karmiącej se nie mogłam pozwolić.
Najważniejszy był Miś… a ja najwyżej mogłam oblizywać kubełki po jogurtach Danona, jakie się właśnie pojawiły na naszym rynku.
Do tego Ptyś… takie niby wrażliwe, delikatne dziecko, poeta i w ogóle… jednak z cyckami obchodził się wyjątkowo brutalnie i przez cały czas musiałam używać kapturków z jakiegoś plastiku, coby mi sutków moje kochane maleństwo nagimi dziąsłami nie odgryzło.
Nie było to wygodne, bo trzeba było te kapturki myć, parzyć itede, a Ptyś też zadania nie ułatwiał wykazując irytująco mało zdecydowania przy ssaniu.
Miśki to niestety patologiczne przypadki tzw niejadków i przez kilkanaście lat moje życie w zasadzie polegało na nieustannym zamartwianiu się o zawartość ich brzuszków, nie tylko z punktu widzenia finansów, zaś czas dzielił się na dwu-trzy godzinne odcinki od jednego posiłku do drugiego.
Do tego Ptyś szybko posiadł paskudną umiejętność zwracania treści żołądkowej na zamówienie … bez żadnego problemu, gładko, wręcz z wdziękiem, w pewnym momencie robił bleeeh! i szlag trafiał bezzwrotnie cały matczyny wysiłek.
Zatem nie wystarczyło wepchnąć dziecku kęs do mordki… trzeba jeszcze było uważać coby z tym wpychaniem nie przesadzić i wycofać się w odpowiednim momencie.
A jeżeli ktoś twierdzi, że na niejadka jest prosty sposób, coby go przegłodzić do skutku… to nie… nieprawda… ja to wiem z własnego doświadczenia niestety, że bywają takie dzieci, co potrafią się zagłodzić… no może nie na śmierć, ale do poważnej choroby swojej lub rodzica.
Żesz … jak se to teraz przypominam… w co ja się znowu wpakowałam!?
W każdym razie, kończąc nareszcie, chcę tylko powiedzieć, że dokarmiłam mego Ptysia cyckiem te pół roku i z ogromną ulgą przeszłam na butlę.
No i wtedy właśnie zaczęły się schody, bo Ptyś niedługo potem zaczął chorować i wykazywał nietolerancję na coś tam, czego bliżej nie dało się określić, dlatego zaczęliśmy karmić go kozim mlekiem.
Był rok `95 i zdobycie koziego mleka nie było tak proste jak dziś. Można było je dostać w butelkach po pół litra w jednym jedynym sklepie na cały Wrzeszcz, na zapisy, w ograniczonej ilości a na dodatek często okazywało się kwaśne.
Ale jakoś to szło, robiłam z tego mleka jogurty i twarożki i dawało radę… jednak w tym przypadku żałuję… żałuję, że zrezygnowałam z piersi. Ale tylko dlatego, że karmienie sztuczne okazało się jeszcze większą makabrą niż cycek.
I tyle mojej relacji do zaczętego niedawno wątku odnośnie decyzji o rezygnacji z karmienia piersią…
Tzn Decyzji to za dużo powiedziane… jednak jak na jeden wpis naklikałam się aż nazbyt, zatem może kiedy indziej dokończę … albo i nie… bo z moimi postanowieniami i obietnicami jest tak jak z moimi decyzjami. Czyli tak samo.
A wróciłam do tematu właściwie z powodu wpisu jaki kilka dni temu ukazał się na blogu butelkowy.pl
komentarze