Ufff… jeszcze „tylko” 12 tygodni a dwanaście tygodni to daje nam…
12×7=84 dni… czyli lepiej niż fala w wojsku.
Jednakowoż to prawie trzy miesiące.
Uffff…
I tak będę ufffać teraz z tygodnia na tydzień coraz ufffniej bo Proszę Państwa jedyne co mogę tym razem powiedzieć w kontekście relacji z poprzedniego tygodnia to:
- Aaaaaa… to o to chodziło!
Bo te wszystkie objawy wtedy wyliczane i opisywane okazały się jedynie wstępem… cieniutkim preludium dla wielkiej orkiestry, która najwyraźniej dopiero teraz się rozkręca!
Dopiero teraz to wszystko gra i buczy!
– Aaaa… bo to są te problemy z oddychaniem…
– Ooooo… a z tym kręgosłupem to o to chodziło….
Jestem małego wzrostu… postury też szczęśliwie nietęgiej, zatem jak kiedyś pracowałam na rusztowaniach przy rekonstrukcji sztukaterii na rozmaitych zabytkach, zwykle wpychano mnie w najciaśniejsze dziury.
Bo od sztukaterii w firmie było nas tylko dwoje. Ja i Józef. Ja kobitka 156 zaś Józef prawie 50-letnie zwaliste chłopisko ze dwa metry wzrostu.
Zatem podział zadań dokonywał się, że tak powiem, drogą naturalnego porodu…
żesz… nomenklaturę zdecydowanie mam teraz zorientowaną tylko na jeden temat.
I na Zbrojowni w Gdańsku, po tej stronie od Piwnej, jest taka wieżyczka… ostatnia na prawo. I fryz tej wieżyczki zdobią portrety takich różnych możnych i ważnych z wieków przeszłych.
I jeden a tych panów… taki całkiem z tyłu, na samiutkim końcu zawiniętego tylko z lekka w kierunku dachu rusztowania, nie miał połowy głowy.
Akurat tak fatalnie się złożyło, że ten najtrudniej dostępny medalion ubytek w urodzie miał najbardziej trefny.
I niestety nie dość, że na samym szczycie i na samym krańcu ponad wszystkimi dachami, to jeszcze wedle sumy wysokości kolejnych podestów dostęp do tego jegomościa miałam tylko z pozycji leżąco siedzącej… nawet nie półleżącej czy półsiedzącej… bo to zawsze jakiś półkonkret…
A tu kicha na całej linii.
Józef by tam nie wetknął nawet swojego brzucha.
Fatalna miejscówka.
Nie dość, że winkiel pod chmurami i wiało na okrągło… bo to w końcu Gdańsk… to jeszcze przez dwa dni w pozycji embrionalnej trzeba się było silić na precyzję bo panu akurat brakowało przede wszystkim ucha i włosów. A kręcenie loków to najgorsza rzecz w takim rzeźbieniu tradycyjnym i kto tę sztukę opanował jest mistrzem rzeźbiarskim zaś w wyższych uczelniach plastycznych nikt takich rzeczy nie wykłada.
Jedynie stosowna praktyka może otworzyć bramy wtajemniczenia i mi się to udało po dobrych dwóch latach uprawiania zawodu.
Porównywalne z produkcją loków w sztukateriach jest jeszcze tylko malowanie listków na drzewach w malarstwie typu landszaft ;P
Se teraz mogę powspominać niedawne całkiem czasy szykując się do kariery typu tyłkiem przed komputerem… było było…
I co teraz…
Nie wiem doprawdy po czym, bo ruszam się już – delikatnie mówiąc – niewiele… z domu prawie nie wychodzę… nie to że się oszczędzam ale po prostu się nie da!
Nogi się pode mną uginają, brzuch urywa w zawiasach a w klacie brakuje tchu i wtedy mroczki przed oczami.
Chodzę jak lokomotywa i sapię .
Wszelkie pozycje siedzeniowo – leżące staram się przyjmować jak najbardziej optymalne.
No i właśnie… też tak wypada, że są to zwykle pozycje leżąco siedzące… nie półleżące ani półsiedzące.
I mimo tych starań kręgosłup i stawy łupią mnie wciąż nieustannie jakbym właśnie zeszła z tej fatalnej wieżyczki.
I miednica…
Wiem, że to jeszcze za wcześnie na szykowanie się do porodu ale wyraźnie boli mnie miednica … właśnie tak jakby jej kości się rozstępowały. Taki tępy, na szczęście lekki ból… coś jak ból mięśni po większym wysiłku.
Zatem mogę się tylko spodziewać co mnie wkrótce czeka, skoro wedle zasady, to co teraz się dzieje to jedynie zajawka.
Ogólnie to koszmar, a szmat czasu jeszcze przede mną i gdyby przyroda tak sprytnie tego nie obmyśliła to chyba bym sfiksowała z tego nieszczęścia bez rychłej nadziei na ratunek.
Na szczęście hormony działają:) i dalej jestem szczęśliwa i cierpliwie ledwo dychając leżę sobie praktycznie bez przerwy na tym lewym boczku, masuję sobie brzuch nieustannie…
I czekam.
Cierpliwie.
Nie … nie to że coś mnie swędzi.
Masuję tak nie wiem dlaczego… jakoś samo to do mnie przyszło, że co chwila czy leżę czy stoję… co chwila odruchowo wykonuję takie okrężne masaże po moim wciąż ślicznym brzuszku.
Bo skubany… chyba już mu tak zostanie… że taki wąski i ładny i tylko do przodu tak nieskromnie się wyrywa.
I to pewnie dlatego wszelkie obserwowane przeze mnie objawy wskazują na trzydziesty któryś tam a nie dwudziesty ósmy tydzień.
Zatem nie martwi mnie to.
Oglądałam sobie inne 28-tygodniowe brzuchy w necie i są raczej tej samej wielkości co mój.
Tylko ze ja mam akurat tułów o wiele krótszy i z tej dysproporcji bierze się to wszystko.
Skoro brzuch nie może się rozrastać dalej ani w górę ani w dół … ani na boki, to kierunek pozostał mu tylko jeden.
I dlatego ten kręgosłup.
To teraz się trochę popocieszam:)
Więc dalej nie mam tych całych obrzęków.
Nie puchną mi stopy nie cierpną mi ręce.
Siusianie też mnie specjalnie po nocach nie gania, mimo, że piję sporo płynów i to zwykle przed snem szczególnie mnie suszy… dziś np miałam tylko jeden nocny kurs.
Nie wyłażą mi żadne plamy włosy zęby ani nic innego z zakresu braków na urodzie.
Zachcianek dalej jak nie miałam tak nie mam… żadnych.
Nawet tych z poprzednich ciąż czyli na wapno i kredę. Tym razem nic.
Z tego szczególnie się cieszę z powodu cukrzycy…. nie… dieta kompletnie w niczym mi nie przeszkadza.
Przyzwyczaiłam się nawet do herbaty bez cukru… czyli udało mi się coś o co od kilku lat bezskutecznie się starałam.
Kawa z mlekiem dalej mi nie wchodzi… zatem piję tylko czarną.
I już jestem pewna, że nie będę miała większych problemów z powrotem do stanu sprzed ciąży.
Zobaczymy tylko jak to wszystko zniesie moja macica.
komentarze